01.04.2010
NEWSY

24.03.2010
RELACJE
PLEROMS GATE, FURIA - 07.03.2010, Bydgoszcz, Klub "Yakiza"

HYPOCRISY, SURVIVORS ZERO - 25/01/2010 - Berlin, Columbia Club

KATAKLYSM, BELPHEGOR, DARKEST HOUR, SUICIDAL ANGELS, RESISTANCE, 24/01/10 - Berlin, Postbahnhof


23.03.2010
NEWSY

22.03.2010
POLECAMY
DEVILSTONE OPEN AIR
VII OLSZTYN OLD UNDERGROUND "GRIND 'N' ROLL" PARTY

18.03.2010
POLECAMY
BLACKASTRIAL MAGAZINE: NOWY NUMER
WYWIADY
CARNAL

17.03.2010
NEWSY

16.03.2010
POLECAMY
THRASH METAL NIGHT VOL. 1

12.03.2010
POLECAMY
FROM HERE TO PAST 2010 - Asphyx

11.03.2010
NEWSY

09.03.2010
WYWIADY
CLOSTERKELLLER

METALEKSYKON
RUSSIAN CIRCLES

08.03.2010
POLECAMY

NIGHT OF THE ANCIENT DEATH INCANTATION vol.6
METAL WAR MACHINE II
BESTIALITY OVER EUROPE 2010
THRASH METAL MANIA
ANTI-HUMAN BEHAVIORS

03.03.2010
NEWSY

02.03.2010
KONKURSY
KONKURS CORRUPTION / CARNAL

PUSZKA PANDORY
UNWOM - "Phase 1: Inner Earth Dimension"

RECENZJE
AFFLICTION GATE - "Aeon of Nox (from darkness comes liberation)"
ALTVATER - "Chroniken"
ANDRALLS - "Andralls"
BROKEN SWORD - "Nest of Evil"
CARNAL - "Re-Creation"
DIORAMIC - "Technicolor"
DIVINE EVE - "Vengeful And Obstinate"
EFFECT MURDER - "Architects of Sense"
EGZEKUTHOR - "Czas Sumienia"
ENTHRAL - "A Spiteful Dirge"
ESCAPE FROM - "Opętani Okrucieństwem"
FATALIST - "The Depths of Inhumanity"
FORMOSUS - "Alter"
FRONTSIDE - "Korzenie"
GENITORTURERS - "Blackheart Revolution"
GOREZONE - "Brutalities of Modern Domination"
LEASH' EYE - "V.E.N.I."
LIFE AS WAR -"To Tell You This"
MALICE - "Symphony of Darkness"
MANEGARM - "Nattvasen"
MAQAMA - "Maqamat"
MERCILESS DEATH - "Sick Sanctities"
MOLOCH LETALIS - "Apoteoza Śmierci"
MOUGA - "The God & Devil's Schnapps"
OBLOMOV - "Communitas (Deconstructing the Order)"
PURE HATE - "Hate Is Coming"
RIMFROST - "Veraldar Nagli"
ROTENGEIST - "Fear Is the Key"
ROTTING CHRIST - "Aealo"
SANGRE ETERNA - "Amor Vincit Omnia"
SPACE MIRRORS - "Majestic 12: A Hidden Presence"
TARANIS - "Obscurity"
THE ELYSIAN FIELDS - "12 Ablaze" / "Suffering G.O.D. Almighty"
THE SICKENING - "Death, Devastation, Decay"
THORN.S - "2009"
TRUNAR - "Christs Not Christians"
V/A - "The Dark Side of the Blues - A Tribute To Danzig"
VIOLATED - "Only Death Awaits"
VOTUM - "Metafiction"
WHOREHOUSE - "Execution Of Humanity"

01.03.2010
WYWIADY
VOTUM

28.02.2010
POLECAMY
CORRUPTION I CARNAL NA WSPÓLNEJ TRASIE

CK ZABRZE KONCERTY - MARZEC 2010

27.02.2010
NEWSY

POLECAMY
PSYCHODELIC MISANTHROPY FEST 8

KONKURSY
KONKURS EMPTY PLAYGROUND

25.02.2010
RELACJE
TURBO / CHAINSAW - 09.02.2010, Białystok, "Gwint"

10 LAT THY DISEASE - 24.01.2010, KRAKÓW, ROTUNDA (THY DISEASE; VIRGIN SNATCH; ARMAGEDON; CEMETARY OF SCREAM; CRYPTIC TALES; HELLIAS; HEART ATACK)

POLECAMY
DEFENSEFEST 2

24.02.2010
POLECAMY
EMPTY PLAYGROUND: PRE-RELEASE PARTY
UNHOLY NIGHT
CHAINSAW METAL SLAUGHTER - LUBLIN DESTRUCTION

23.02.2010
NEWSY

WYWIADY
DECAPITATED
MAQAMA
LISOV - "A TRIBUTE TO DANZIG"

RELACJE
HYPOCRISY, DECAPITATED, HATESPHERE - 26.01.2010. MEGA CLUB, KATOWICE

21.02.2010
POLECAMY
Extreme Night vol. III

RELACJE
"CREATIVE ACT OF MUSIC TOUR 2010" - VIRGIN SNATCH, THY DISEASE, ARMAGEDON, HEART ATTACK, NAMMOTH - Rzeszów, 12.01.2010

15.02.2010
NEWSY

13.02.2010
POLECAMY
TRASA KONCERTOWA ROTTING CHRIST PO POLSCE

09.02.2010
POLECAMY
LET THE NORTH BURN TOUR

04.02.2010
NEWSY

01.02.2010
POLECAMY
EFFECT MURDER: KONCERT "EXTREME METAL UNDERGROUND" - nowa data

i
| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z | | INDEX |


INDEX   N   [1   2  3]  




NAUMACHIA - "Black Sun Rising"

(CD 2009 / Witching Hour Productions)

Zawsze lubiłem wydawnictwa tego wyszkowskiego zespołu (nie warszawskiego hehe). Już myślałem, że kapela odpuściła sobie i zakończyła działalność. Jakże miłym zaskoczeniem było otrzymanie w przesyłce ich najnowszego wydawnictwa. Zawsze lubiłem ich za umiejętność połączenia melodii z agresją i jakże brutalnym brzmieniem. Wszystko to wypośrodkowane, umiejętnie dobrane i przede wszystkim pasujące do siebie. Również muzyka kapeli, wzbogacona partiami klawiszy, dodaje smaczku poszczególnym numerom. Możemy porównywać sobie do DIMMU BORGIR, ale po co? Wzór niech pozostanie, a kapela nieźle radzi sobie z rozwinięciem go i swoimi dodatkami w postaci ciekawych rozwiązań rytmicznych i melodyjnych. Zespół już chyba znalazł swoje miejsce i wie dokładnie co chce grać. Ma pomysł na swoją muzę i słychać to na całej płycie. "Inward Spiral" - pierwszy kawałek płyty jest świetnym wstępem do tego co czeka nas na całym albumie. Odpowiednie wyważenie agresji i melodii, wściekłego wokalu i ostrej pracy gitar, popartych dobrą grą perkusji. Szczególnie polecam "Mortification Study" z mrocznym, industrialnym wstępem i zimnym wokalem, który jest niezłym przerywnikiem. A zaraz po nim mamy "Voreristic Life Abuser", świetnie wkomponowujący się w cały album i z ciekawymi rozwiązaniami, utrzymany w średnich tempach. Cały album jest przepełniony dobrą muzą, umiejętnie łączącą death metalowe zagrania z blackowymi wstawkami, poparte progresywnym dźwiękami i zimnymi klawiszowymi pochodami. POLECAM!!!

ocena: 8/10
www.naumachia.pl
www.myspace.com/naumachia
www.myspace.com/witchinghourprod
www.witchinghour.pl
autor: Peter




NARGAROTH - "Jahreszeiten"

(CD 2009 / No Colours Records)

Zawsze uważałem NARGAROTH za któryś tam, nie przykuwający na dłuższą chwilę black metalowy band. Zasłynęli albumem "Black Metal ist Krieg", nagrywali sporo i dość często, ale nie wyróżniali się czymś szczególnym, może poza tym, że na niektórych wydawnictwach folgowali trochę bardziej eksperymentalnej stronie "czarnej" muzy i flirtowali z folkiem oraz muzyką klasyczną. Cenię black metal i słucham go całkiem sporo, lecz w wielu przypadkach, również przy okazji NARGAROTH uważałem, że ideologia góruje tu dość znacznie nad muzyką, co przekłada się na raczej umiarkowaną reakcję z mojej strony. Tymczasem niemiecka horda dowodzona przez Ash'a przyłożyła się mocno do stworzenia koncepcyjnego materiału "Jahreszeiten" i pomimo, że muzycznie w dużej mierze nie odbiega od dotychczasowych wydawnictw NARGAROTH, to jestem już po którymś tam przesłuchaniu i stwierdzam, że każde kolejne 66 minut i 6 sekund nie jest straconym czasem. A to już bardzo dużo. Tym razem Ash (znany również jako Kanwulf) zmierzył się ze zilustrowaniem bogactwa pór roku i zainspirowany przez "Cztery Pory Roku" Antonio Vivaldiego przełożył to na język zrozumiały dla (black) metalowej publiki. Wyłożył to w (a jakże!) czterech długaśnych utworach nawiązujących do motywów z tej klasycznej kompozycji, ale przetworzonych na wściekłe, choć przy tym melancholijne oblicze black'u. Podoba mi się na tym krążku powolne, acz misterne budowanie każdego z rozbudowanych kawałków i dostosowywanie klimatu do skojarzeń z daną porą roku, umiejętne nawroty do głównego wątku, dzięki czemu nawet w 22-minutowym "Herbst" (Jesień) słuchacz nie pogubi się w gęstwinie pomysłów i nie pozostanie przy tym z poczuciem znużenia. W tym ostatnim całkiem udanie prezentują się czyste wokalizy. NARGAROTH pokazuje się jako dojrzała ekipa zdolna do łączenia tradycyjnie black'owych brzmień ze strukturami typowymi dla muzyki poważnej. Zaskakuje rozmachem, wyczuciem, polotem, odpowiednio dorzuconymi odgłosami natury, ekspresją i dramaturgią. A to już świadczy o tym, że niemiecki band wyzbył się ortodoksyjnych nawyków i znajduje się na wyższym pułapie niż wiele podobnych kapel.

ocena: 9/10
www.nargaroth.de
www.no-colours-records.de
autor: Diovis





NHORIZON - "Skydancers"

(CD 2009 / My Kingdom Music)

Imponuje mi, jak wielu włoskich muzyków chce grać muzykę na tak zwanym wysokim poziomie artystycznym. Niestety, sięgają po środki wykorzystane już przez wielu innych i w efekcie, zamiast cieszyć się każdym dźwiękiem, stwierdzam, że to kolejna niezbyt dobra podróba czegoś innego. W przypadku NHORIZON jest to - a jakże! - DREAM THEATER i dodatkowo jeszcze STRATOVARIUS. A z pozoru wszystko jest dobrze: ładniej poukładane utwory, co najmniej poprawne opanowanie instrumentów, przebojowe linie melodyczne, starający się usilnie wokalista, solowe popisy gitarzysty i klawiszowca. Za to motywy są oklepane, co chwilę sprawdzam, czy to aby właściwa płyta jest w odtwarzaczu i słychać, że jeszcze długa droga przed Włochami, by wyszli poza odtwarzanie pomysłów tych bardziej uznanych kapel. Takich jak oni jest przecież masa i jak tak sobie przypomnę, co się stało z wieloma zespołami grającymi podobne dźwięki, to słuch o nich zaginął. Na co jednak mimo wszystko warto zwrócić uwagę? Na pewno na wokalistę, który barwą głosu przypomina co prawda Jamesa LaBrie z DREAM THEATER i Timo Kotipelto ze STRATOVARIUS, ale chwilami urozmaica swoje wokalizy zakrzykami a la Eric Adams z MANOWAR i Rob Halford z JUDAS PRIEST. Momentami wychodzi to może trochę komicznie, ale jest to paradoksalnie jakiś tam pozytywny punkt NHORIZON. Włoski band tworzy też zgrabne instrumentalne kompozycje, a są tu takowe dwie (świadomie pomijam krótkie i banalne intro "Into the Night"). Może brakuje im odpowiedniego pałera, ale można to wyjaśnić krótkim stażem zespołu, bo w końcu to dopiero ich debiut. Jednocześnie wpasowują się w panujący od kilku dobrych lat trend pościgu za power/prog metalową perfekcją, który jak na razie kończy się na dobrych chęciach i zbytnim zapatrzeniu w idoli. Za wcześnie więc ganić NHORIZON, jednak na pochwały też nie mogą liczyć.

ocena: 5/10
www.nhorizon.it
www.myspace.com/nhorizon
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis




NECRONOMICON - "Revenge of the Beast"

(CD 2008 / Xtreem Music)

W zeszłym roku (2008) niemieckiemu NECRONOMICON stuknęło 25 lat. Oczywiście nie grali w tym okresie czasu non-stop i nie dostarczali wciąż i wciąż nowych nagrań, ale akurat na ćwierćwiecze przyłożyli się szczególnie i nagrali dwa razy ten sam album: w wersji nowoczesnej i stylizowanej na lata 80-te. Wydawnictwo to ujrzało światło dzienne w limitowanej edycji, a ja opiszę Wam jedynie połowę tego materiału, czyli wersję podstawową, tę nowoczesną. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to dopieszczone brzmienie. Gitarowe riffy tną jak brzytwa, bębny konkretnie trzymają rytm, ale nie brakuje tu wszystkich tych przebitek na blachach, popularnych dwóch "kopytek" (teraz na to się mówi triggery), bas odpowiednio punktuje lub pomrukuje, a wokal został odpowiednio wysunięty do przodu, wspierany pogłosem, ale i dodatkowymi krzykaczami, którymi są prawdopodobnie koledzy z zespołu. Jedyny członek zespołu będący w składzie od samego początku, Volker "Freddy" Fredrich, ma wyrazisty, lekko zachrypnięty wokal, ale cedzi słowa tak, że słychać o czym są teksty. Do pracy gitar, basu i perkusji też nie można mieć większych zarzutów, tak jak i do samych kawałków, które mają w sobie pałera, chwytliwe refreny, odpowiednio wplecione solówki i akustyczne smaczki. Czy jest więc coś, co jest negatywem "Revenge of the Beast"? Pewnie można by się doczepić do pewnych zbyt wyraźnych nawiązań do JUDAS PRIEST, a nawet ACCEPT i SLAYER'a, albo do tego, że NECRONOMICON wykorzystał aktualną koniunkturę na thrash metal i nagrał taki album, jakiego oczekiwali fani tej muzy, ale takie jest ich prawo i chwała im za to, że po tylu latach chce im się jeszcze wycinać kawał ostrego grzańska. Kiedyś byli w cieniu wielkiej niemieckiej thrash'owej trójcy (KREATOR, SODOM, DESTRUCTION), teraz mam wrażenie, że zaczynają dość poważnie im zagrażać, bo takie numery, jak "Magic Forest", "Warfare", "On Pain of Death", "Who Dies?" to prawdziwe oszlifowane brylanty i jestem przekonany, że będą koncertowymi killerami. A różniący się od pozostałych, balladowy i zaśpiewany w niezwykle emocjonalny sposób "One Universe" pokazuje odmienne oblicze NECRONOMICON. Mienicie się fanami thrash'u? Nie przegapcie tego albumu.

ocena: 8/10
www.necronomicon.eu
www.myspace.com/possessedbythrash
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis




NAMMOTH - "Demo 2009"

(Demo-CD 2009)

NAMMOTH brzmi jak BEHEMOTH. Ale tylko z nazwy. Chociaż z tego, co obserwuję, wynika, że dąży do osiągnięcia podobnie wysokiego pułapu i już to można wziąć za dobrą monetę. Debiutanckie demo rozpoczyna się od klawiszowego, mrocznego intro, ale to tylko cisza przed burzą. "Curse All" to kawałek nowocześnie zaaranżowany, ale przy tym kopiący konkretnie w ryło. Można by rzec, że łączy tradycyjne, "polskie" podejście do death metalu z większym otwarciem tego gatunku na nowinki, co zaowocowało już nie raz wartościowymi tworami, ale trochę częściej różnymi "potworkami". NAMMOTH gra gdzieś na styku klasyki i modernizmu, a już wspomniany "Curse All" to z jednej strony Morbid'owskie riffy i dynamika, a z drugiej nisko nastrojone gitary, pokręcona solówka, co wskazuje na pewne odniesienia do twórczości np. CEPHALIC CARNAGE i HATE ETERNAL. "Last Moments of God" kontynuuje ten wątek, ale mamy tu też więcej nisko strojonych gitar i świadomie nierównomierną rytmikę trochę w stylu MESHUGGAH. W "Pain of Mankind" spotykają się na swój sposób oba poprzednie utwory - jest ciężko, jest łamany rytm, jest przyśpieszenie, nawet niepokojące klawiszowe tło gdzieś tak w połowie. Na koniec mamy jeszcze bezlitosny "Burn the Liars" z ciekawą akustyczną solówką na gitarze umieszczoną między szybkimi blastami a wgniatającymi w ziemię riffami oraz mocną sekcją rytmiczną. Jeszcze tylko gwałtownie urywające się klawiszowe outro i już naprawdę koniec. Nie wspomniałem o wokalach, za które odpowiada gościnnie występujący Michał Pukin z FORGOTTEN PAST i wywiązał się ze swego zadania lepiej niż poprawnie. Growluje aż miło, czasem wrzeszczy. Jak widzę, teksty są między innymi autorstwa Artura "Chudego" Chudewniaka (obecny frontman MASTABAH). No tak, NAMMOTH brzmi trochę jak nieco nowocześniejsza wersja TRAUMY, ale to już tak zupełnie na marginesie, choć skądinąd to naprawdę właściwa inspiracja, bo TRAUMA to jeden z najlepszych i najbardziej solidnych bendów w historii polskiego death metalu. A NAMMOTH nagrał naprawdę bardzo dobry debiutancki materiał i czekam na więcej. A jak mi przekazano, to więcej będzie gotowe już niebawem. Powodzenia w pracy nad nowymi utworami, a wszystkich ekstremistów zachęcam do poszukania nagrań z pierwszego demo. Bo warto.

ocena: 8/10
www.myspace.com/nammothband
autor: Diovis




NAZXUL - "Iconoclast"

(CD 2009 / Eisenwald Tonschmiede)

Opis muzyki NAZXUL to jakiś pseudofilozoficzny bełkot. Zawsze węszę w takich przypadkach, że ktoś chce zamydlić oczy słuchaczom, którzy mają już z góry uznać dany zespół za wybitny i ambitny. Na szczęście "Iconoclast", który powstał po około 10-letniej przerwie w działalności australijskiego combo to nie żadne mętne próby "kupienia" nowych wyznawców pewną ideologią, ale przede wszystkim inteligentna muzyka niosąca z sobą duży ładunek emocji i nieprzebrane pokłady mroku. NAZXUL wywodzi się z black metalowego nurtu wychodzącego poza kanon jednostajnego łupania i beznamiętnego skrzeczenia o lasach, kozłach i śmierci. Można by rzec, że kontynuuje to, co sam stworzył w połowie lat 90-ych, czyli na debiucie "Totem" i EP-ce "Black Seed", a jednocześnie wpasował się w to, co z dobrym skutkiem tworzy ostatnimi czasy na przykład ABORYM (oczywiście bez zbędnego eksperymentowania). "Iconoclast" to monumentalna, pełna katastroficznej tajemnicy piguła, w której zmieszano nieco przymulone brzmienie, współuczestniczące w tworzeniu melodyki i niepokojącego hałasu z gitarami klawisze, wściekłe, acz schowane nieco w tle wokale i niesamowity klimat. Na najnowszym albumie upchano aż 14 kompozycji, ale kilka z nich to klawiszowo - ambientowo - industrialne preludia dzielące zmasowaną siłę Zła i bezkresu Natury zobrazowanych specyficznymi i pozostającymi w pamięci na długo dźwiękami. Nie wiem... może w pewnym sensie "Iconoclast" to rozwinięcie pewnych pomysłów z "Anthems To the Welkin' At Dusk" EMPEROR'a - jeszcze bardziej niepokojące, działające na podświadomość, czysto mistyczne i obwieszczające nadejście Apokalipsy, końca technokracji. To, co nie udało się większości aroganckich i wychwalanych przez media i fanów "gwiazdom" black metalu, udało się jednym - że tak powiem - pociągnięciem pędzla Australijczykom. Nie zapomnieli o przeszłości, o swoich poprzednich dokonaniach, a jednocześnie umieścili swoje niepokorne dzieło o kilka szczebli wyżej niż niektórzy przereklamowani "artyści" są w stanie sięgnąć tworząc swoje marne, bzycząco - skrzeczące wypociny. HAIL NAZXUL!

ocena: 9,5/10
www.myspace.com/nazxul
www.eisenton.de
autor: Diovis




NEAERA - "Omnicide - Creation Unleashed"

(CD 2009 / Metal Blade Records & Mystic Production)

Zespół odwiedził nasz kraj we wrześniu tego roku. Niestety ogromnie żałuję, że nie byłem na ich koncercie, gdzie mógłbym zobaczyć ich na żywo i ocenić jak prezentują się na scenie. Może następnym razem. Pozostaje słuchanie najnowszych dokonań Niemców z ich ostatniego albumu "Omnicide - Creation Unleashed". Kapela zwróciła moją uwagę na siebie już ostatnim krążkiem "Armamentarium" i muszę tutaj przyznać, że na nową płytę czekałem z wielką niecierpliwością. Już od samego początku zespół raczy nas ostrą metalową muzyką, wypadkową core i death. Mamy tutaj wokal growlujący, jak i przypominający metal-core krzykliwy i melodyjny. Muzyka pełna motoryki i ciągnąca do przodu. Nie ma chwili na odpoczynek i wytchnienie. Uroku nadaje również melodia pojawiająca się w kawałkach. Obawiałem się trochę, że kapela obierze drogę w kierunku melodyjności i straci na swojej agresywności. Jednak moje obawy znikły po pierwszym przesłuchaniu materiału. Pierwszy "I Loathe" daje od razu poznać, że nie ma litości - od początku kapela atakuje nas mocnymi dźwiękami. Wokal growlujący przeplatany z krzykliwym, mocna praca gitar i rytmiczna perkusja pozwalają, że muzyka zawarta na tej płycie płynie. Fakt, że jest ona przewidywalna: przyśpieszenie - zwolnienie - przyśpieszenie - melodia - przyśpieszenie. Ale nie jest to na minus. Podoba mi się w tej kapeli umiejętność łączenia melodii z agresywną muzyką. Kawałki na tej płycie mają niewiele ponad 4 minut i to jest odpowiedni czas, gdyż dłuższe mogły by być przesadą. "Prey To Anguish" jest takim typowym koncertowym numerem, nie pozwalającym stać w miejscu. Całość ciągnie do przodu z małymi chwilami na złapanie oddechu. Tytułowy kawałek jest wolniejszy, bardziej walcowaty, powoli przetaczający się po słuchaczu, by za chwilę porwać w typowe średnie tempo ciągnące do przodu. Płyta może nie jest czymś odkrywczym, ale posiada spory ładunek energii miłej dla ucha. Minusem może być trochę przewidywalność w utworach. "The Nothing Doctrine" zaczyna nam się prostym skocznym rytmem, by chwilę później przemienić się w wolno sunący niczym walec motyw i później powrót w szybsze rejony. Melodia i rytmika tej płyty jest jak najbardziej na plus. Widać, że NEAERA znalazła już swój kierunek i ostro podąża do przodu. Zawsze znajdą się tacy, którym ten kierunek nie będzie odpowiadał, ale to już ich problem - nie muszą słuchać NEAERA. Mi się to podoba i już jestem ciekaw co też zaserwują nam na następnej płycie i może niedługo zobaczę ich na żywca. Bo ta muzyka chyba najlepiej prezentuje się live.

ocena: 9/10
www.myspace.com/neaera
www.metalblade.de
autor: Peter




NECROPHOBIC "Death To All"

(CD 2009 / Regain Records)

Podczas zeszłorocznej wizyty na Wacken uciąłem sobie przy piwku pogawędkę z jednym z wioślarzy NIFELHEIM, którego nie omieszkałem zapytać o sprawy związane z jego pierwszoplanową kapelą. Jako że zapytanym okazał się Johan Bergebäck, sprawujący na co dzień funkcję szarpidruta w NECROPHOBIC, pytanie moje znajdowało szczególną zasadność, gdyż akurat sztokholmscy masakratorzy nie od wczoraj zajmują wysoką pozycję w moim prywatnym rankingu szwedzkich śmierć metalowych wymiataczy. Potężny wesołkowaty blondyn zapewnił mnie, iż o jakość znajdującego się wówczas na etapie tworzenia materiału martwić się absolutnie nie muszę, a jeśli chodzi o szczegóły - za niecały rok przekonam się sam. No cóż - nemo sapiens nisi patiens, toteż nie ciągnąc muzyka już więcej za język, odpuściłem sobie dalsze indagacje. Mijał miesiąc za miesiącem, a ja w natłoku życiowego zapieprzu oraz innych premier zapomniałem o NECROPHOBIC. Kiedy wczesnym latem bieżącego roczku dotarły do mnie wreszcie zapowiedzi następcy "Hrimthursum", ciekawość moja odżyła na nowo, choć znając zespół jako solidną firmę od wielu lat, spodziewałem się co najmniej równego, death metalowego wymiotu do którego zdołał mnie przyzwyczaić. Kiedy koniec końców włożyłem stęsknionymi łapami srebrny krążek do kieszeni odtwarzacza, już pierwsze minuty otwieracza "Celebration Of The Goat" dały mi do zrozumienia, że dwie chyba tylko rzeczy są w życiu pewne - to, że prędzej czy później przeniesiemy się do wieczności oraz to, że NECROPHOBIC nigdy nie pokpi sprawy, pomagając nam nawet w osiągnięciu tegoż. W celu uniknięcia nieporozumienia zaznaczam oczywiście pozytywny kontekst użytego zestawienia, gdyż najświeższa porcja hymnów sztokholmskiej załogi po prostu zabija! "Death To All" to 44 minuty i 45 sekund doskonałej satanistycznej jatki, opatrzonej doskonałymi zagrywkami, świetnymi pomysłami oraz kapitalnym jadowitym brzmieniem. Niby wciąż to samo, ale jednak zawsze coś innego, bo choć NECROPHOBIC zawsze trzymał się ścieżki balansującej na pograniczu szybkiego melodyjnego death i lodowatego black metalu, krążek niniejszy pokazuje zespół w jeszcze lepszej kondycji. O ile jednak na "Hrimthursum" jakość kompozycji charakteryzowała znana i będąca znakiem firmowym zespołu demoniczna zadziorność, będąca od samego początku istnienia jego determinantą, o tyle na "Death To All" NECROPHOBIC pokazał się jako jeszcze bardziej kąśliwa, zwarta, pełna kolców i zębów bestia. Ha! Tak jest, proszę państwa - żarty się w tym momencie skończyły, gdyż słuchając poprzedniego dzieła ani chwili nie myślałem, że przedstawione na nim pomysły to tylko preludium do prawdziwej krwawej łaźni, gdzie o jakimkolwiek humanitaryzmie absolutnie nie może być mowy. “Revelation 666” zadaje bowiem słuchającemu co najmniej tyleż ran kłutych i szarpanych, a zwolnienie i wieńczące utwór niepokojąco zimne solówki wcale nie zwiastują jakiegokolwiek kompromisu. Następujące po nim kolejne akty mordu mogą tylko skutecznie dopomóc w zmianie koloru ścian w naszych pokojach - krew leje się bowiem gęsto, gdy zmasowane ataki w postaci "La Satanisma Muerte", "For Those Who Stayed Satanic" czy "Temple Of Damnation" nie oszczędzają choćby jednej istoty żyjącej. "The Tower" to typowy dla szwedzkiego stylu kawałek o strukturze umpa - umpa, przy którym łeb aż prosi się o headbanging, dwa ostatnie zaś - "Wings Of Death" oraz ponad 8-minutowy tytułowiec "Death To All" - dopełniają obrazu zniszczenia dokonanego przez pięciu (o tym jeszcze za chwilę) nawiedzonych osobników, którzy z Panem Bogiem chyba ani chwili nie byli na ty. Wysoka jakość zawartych na krążku rytmów to bez wątpienia rezultat wyszkolenia i posiadanych przez muzyków umiejętności, gdyż masakrujący swoimi riffami duet Ramstedt - Bergebäck w połączeniu z wrzaskliwym i jakże doskonale uzupełniającym istotę muzyki NECROPHOBIC wokalem Tobiasa Sidegarda to diabelstwo w czystej formie, nie zapominając oczywiście o sekcji Sterner - Friberg. Ostatni z wymienionych czartów to nowy basista o imieniu Anders, który odciążając tym samym długoletniego śpiewaka, dał mu zapewne więcej czasu na popracowanie nad tak nienawistnymi wokalizami. Ot i cały sekret! Nietaktem byłoby jednak nie wspomnieć choćby słowem o człowieku, który pomimo samodzielnej i zasługującej na medal produkcji własnej zespołu też po trochu zatroszczył się o odpowiedni poziom stężenia jadu w jego najnowszym bluźnierstwie - to Fredrik Folkare z UNLEASHED, który wymieniony w booklecie też pokręcił nieco gałeczkami, a Necrophonic Studios - zupełnie nowa chyba (?) czeluść piekielna przeznaczona do nagrań może już spokojnie uchodzić za poważną konkurencję dla wszystkich znanych instytucji tego rodzaju na Starym Kontynencie. Wszystkie wymienione wyżej czynniki zadecydowały bowiem o tym, że NECROPHOBIC ponownie nagrał wyborny album, zupełnie jakby wiedział do kogo go zaadresować, jeśli ma się na myśli parafrazę refrenu z czwartego utworu płyty - "For Those Who Stayed Satanic", notabene mojego faworyta z całego kompletu ośmiu diabelskich hymnów. Bez dwóch zdań - znakomity album dla wszystkich lubujących się w lepkości smoły, smrodzie siarki i blasfemicznej poezji, podanej według przepisu a la Sweden. Mocarna dycha.

ocena: 10/10
www.necrophobic.net
www.regainrecords.com
autor: Nikolaus (Mikołaj) Kunz aka Manstein




NEUROTHING - "Murder Book"

(CD 2009 / własna produkcja zespołu)

Nie miałem żadnych oczekiwań co do NEUROTHING. Nie zawsze za starannie przygotowanymi materiałami promocyjnymi idzie ciekawa muza, choć tym razem jest tak, jak być powinno. Jest profesjonalnie, jest nowocześnie, jest intrygująco, neurotycznie i niepokojąco. Nie jest łatwo przystosować się do świata, w którym porusza się muzycznie ta poznańska kapela. A początek ten "morderczej księgi" to taka przysłowiowa cisza przed burzą, gdy spokojne dźwięki leniwie snują się przez pierwsze sekundy po odpaleniu dysku. Dalej już zaczyna być mocno, dominuje rwana i połamana rytmika, nisko nastrojone gitary z mozołem i bez litości smagają końcówki nerwów, a wokal swoimi wrzaskami wprowadza słuchacza w stan obłędu. Zresztą Fajfer z NONE - bo to on odpowiada za wokalne choróbsko - odwalił na tej płycie kawał świetnej roboty. Growluje, krzyczy, zawodzi prawie jak nieodżałowany Layne Stayley z ALICE IN CHAINS, szepcze i mówi coś dziwnego... Na jego tle reszta instrumentów "tańczy" w jakimś pokręconym korowodzie. Gitary grają z pozoru toporne riffy, czasem druga z nich przejmuje na moment inicjatywę i gra odwrócone motywy wobec przewodniej linii melodycznej (o ile można to nazwać melodią...), są nawet swoiste solówki. Perkusista bije industrialne rytmy, tyle że nie w rytmie, a basista po prostu stara się utrzymywać to w ryzach, samemu uciekając czasem gdzieś daleko od reszty. Tu i ówdzie słychać dźwięki jakiejś dziwnej maszynerii. Oj, nasłuchali się panowie MESHUGGAH! Ale to w sumie dobrze, bo nie skopiowali i nie skopali oryginału. Mam wrażenie, że już prawie, prawie znaleźli swój sposób, by nie przekombinować, a przy tym grać cholernie zawile, technicznie, mechanicznie i dokładnie. Brawo! Mam jedynie obawy, czy tak wymagającą w odbiorze muzę zaakceptują nasi fani, których zepsuto blastami, diabłami i okrzykami "napie*dalać". Cóż, nie od dziś wiadomo, że najtrudniej mają ci, którzy idą pod prąd i wbrew modom. Bo jeśli już był jakiś trend słuchania zagmatwanych dźwięków, to i tak pozostali przy nim jedynie ci, co takie rzeczy lubią. Ja lubię i daję na razie tylko dziewiątkę, bo jestem przekonany, że najlepsze dopiero przed nimi.

ocena: 9/10
www.neurothing.com
www.myspace.com/neurothing
www.youtube.com/neureality
autor: Diovis




NEXUS - "The Paradise Complex"

(CD 2009 / własna produkcja zespołu)

Gdyby NEXUS działało w Stanach lub Europie, byłoby w cieniu swoich starszych braci z różnych grających pokombinowaną muzę kapel. Z kolei mieszkając w Australii, są póki co skazani na nieznajomość poza swoim ojczystym krajem. Mogą się promować na majspejsie, bo to też sposób, mogą rozsyłać swój materiał poprzez dość prężnie działającą Prime Cuts Music, i to też super sprawa. Na razie mogą jednak liczyć na poparcie tych, co ich nie oleją, kładąc tę płytkę w kąt, po czym zapomną o niej, nie reagując nawet na zapytania zespołów czy wydawców, co czyni kilku zasrańców również w naszym kraju (w czym zdecydowanie przoduje pewien "mistrzowski" i "opiniotwórczy" webzine). A to wcale nie tak znowu przeciętna pozycja. Nie dość, że wydali ten stuff własnym sumptem, zapakowany w dodatku w digipak, przeznaczyli sporo miejsca na wyjaśnienie o co im chodzi w tekstach i przekazie (to akurat leniwa gawiedź pewnie przegapi), to przez około pół godziny grają technicznie, kosmicznie i z głową. Co jest ostatnio raczej rzadkim zjawiskiem. Inspirują się CYNIC, ATHEIST, PESTILENCE, późnym DEATH i trochę też wszystkimi wynalazkami z cyklu prog-metal czy math-core, ale mieszają to zdecydowanie po swojemu, w stylu a la "Antypody". W ten sposób mówią wszystkim po cichu, choć konkretnie: "jesteśmy z Australii, ale my też mamy rączki i mózgi, by zrobić coś po naszemu". To właśnie czynią na "The Paradise Complex" i pomijając zbyteczne dla większości odbiorów wywody z cyklu wyjaśniających filozofię stojącą za tym materiałem warto zwrócić uwagę na to, jak zgrabnie poruszają się w materii "połamanego" grania. Kawałki nie są wydumane i długie, ale za to przekazują jakąś myśl, a myśl jest taka, że death metal nie musi być tylko do machania dyńką równo w tempo, ale że może być przede wszystkim technicznie wyrafinowany i na swój sposób melodyjny. Wpływy wcześniej wymienionych kapel są wyraziste, ale trzeba pochwalić NEXUS za gładkie wyjście od razu na początku z amatorskiego okresu działalności każdej z kapel i zagranie dźwięków w sposób jak najbardziej dojrzały oraz przemyślany. Gitarzyści szaleją i zdarza im się pograć akustycznie i z użyciem różnych efektów (z kolei szkoda, że bas jest za bardzo schowany), perkusista miesza, a bębniarz i wokalista w jednej osobie, który nota bene wygląda jak młodsza kopia Fisha z pierwszego składu MARILLION, też jest mocnym ogniwem całości. No to jak? Zachęciłem do zapoznania się z NEXUS? Zajrzyjcie na ich stronę MySpace i posłuchajcie, by zweryfikować moje słowa z rzeczywistością, a potem ewentualnie zakupcie tę płytę bezpośrednio od zespołu lub nielicznych dystrybutorów. I tak wiem, że zdania na ten temat będą różne, ale nie po to poświęciłem tej płycie już dwie godziny z mojego życia (i nie czuję się w żaden sposób rozczarowany, choć kilka niedostatków wysłyszałem), by choć kilku dusz nie nawrócić na tę muzę ;)


ocena: 8/10
www.nexusmetal.com
www.myspace.com/nexusmetal
autor: Diovis




NATIONAL NAPALM SYNDICATE - "Devolution of Species"
(CD 2009 / Violent Journey Records & Foreshadow Music)

Przyznacie, że nazwa pomysłowa i chwytliwa, prawda? Na okładce ludzkie sylwetki z głowami szympansów i zapowiadało się intrygująco. Na tym jednak się skończyło, bo trzeci album w dobrze ponad 20-letniej historii zespołu (przerwanej trwającym jakiś czas niebytem) jest po prostu nijaki, nie poukładany i tak naprawdę nie wiadomo co ci muzycy chcą grać. Z jednej strony trzymają się kurczowo klasyki heavy metalu (świadczy o tym między innymi bonusowy "Mob Rules" z repertuaru BLACK SABBATH z epoki z Ronnie Jamesem Dio na wokalu), dorzucają do tego thrash'owe akcenty (te w rodzaju TESTAMENT i późniejszych nagrań METALLIKI, jak i tych wszystkich modern kapel wzorujących się na MACHINE HEAD na przykład), a z drugiej skłaniają się ku obrzeżom klimatycznego czy nawet chwilami gotyckiego metalu w fińskim stylu. Chwilami już nie wiadomo, czy to jakiś składak nagrań z różnych okresów twórczości NATIONAL NAPALM SYNDICATE, czy oni sami nie wiedzą w jaką stronę chcieliby pójść. Owszem, jest tu parę numerów, przy których warto chwilę się zatrzymać, ale i one są jakimś zlepkiem różnych gatunków i są zrobione trochę bez głowy. Ani tu przechylania się ku bardziej agresywnej muzie, ani też wygładzanie dźwięków nie wychodzi tak dobrze jak innym, o wiele młodszym kapelom. Nic dziwnego, że błąkają się od lat nieznani szerszemu audytorium i nic nie osiągnęli tymi swoimi poszukiwaniami, na które mieli przecież tyle czasu. A wydawać by się mogło z pozoru, że ta płyta jest na wskroś metalowa, a przy tym przebojowa. W kilku numerach w chórkach pohukują nawet jakieś panienki... Cóż, potwierdza się zasada, że muzycy bardzo przeciętnych zespołów nie osiągają niczego ciekawego nawet w innych zestawieniach. Widocznie nie było komu pociągnąć tego bandu w jakimś konkretnym kierunku... Krążek należy zdecydowanie pominąć przy planowaniu swoich muzycznych zakupów.
ocena: 3/10
www.nationalnapalmsyndicate.com
www.myspace.com/nationalnapalmsyndicate
www.violentjourneyrecords.com
www.foreshadow.pl
autor: Diovis

NON OPUS DEI - "Constant Flow"
(CD 2008 / Empire Records)

Przyznaję, że po dziś dzień nie wiem jak mieniąca się profesjonalną firmą wydawniczą Empire Records mogła tak położyć promocję kilku swoich wydawnictw, w tym między innymi ostatniego studyjnego albumu NON OPUS DEI. Rozumiem, że kilka ostatnich rzeczy zostało wydanych już tylko z rozpędu i brak promocji był niejako spowodowany rychłym zakończeniem działalności przez tego wydawcę, ale po co w takim razie robić z zespołów debili?! Nagrywają się, starają, a tu wydawca liczy na to, że każdy na bieżąco śledzi ruchy na rynku wydawniczym. Zresztą wyjaśnienie takiej postawy niech znajdzie sobie każdy zainteresowany sprawą, a ja dodam, że "Constant Flow" dotarło do mnie prosto od Klimora z NON OPUS DEI i to nie pierwsza i nie jedyna tego rodzaju sytuacja, gdy chodzi o wydawnictwa dołączane ongiś do magazynu "Thrash 'em All"... Recenzji poprzedniego krążka tej olsztyńskiej formacji nie napisałem z przyczyn obiektywnych, ale czytając opis osoby, która się tym zajęła odnoszę to do swojego poglądu na ten jedyny w swoim rodzaju i trochę niestety niedoceniany band. Zdania właściwie nie zmieniam po zapoznaniu się z "Constant Flow", jednak nieco mnie ten materiał rozczarował. Owszem, jest tu ta trudna do jednoznacznego zaszufladkowania muza, chora aura otaczająca dźwięki, oryginalne teksty, lecz tym razem, poza kilkoma killerami w rodzaju utworów "Ona Jest Kluczem" (jakżeż destrukcyjny jest ten kawałek, pomimo że tak wolno się toczy!) czy "Alne" reszta po prostu jest i nie wzbudza we mnie żywszych emocji. NON OPUS DEI gdzieś zagubiło swoją umiejętność uwalniania negatywnych wibracji, choć nadal gra pokrętnie (rytmika zbliża się chwilami do tej znanej z krążków MESHUGGAH) i ekstremalnie. Brakuje mi jednak zrobienia odważnego kroku do przodu, co działo się w przeszłości między następującymi po sobie albumami. Paradoksalnie najbardziej ciekawie z całego zestawu "Constant Flow" wypadają utwory z tekstami w języku polskim (z tym akurat NON OPUS DEI zawsze sobie radziło bez problemu), w tym te dwa, o których wspomniałem wcześniej. Lekkim nieporozumieniem jest natomiast industrialny remiks numeru "Saule's Dark Gifts", bo choć lubię tego typu eksperymenty, to tutaj wypadło to mało ciekawie. Na dysku zamieszczono również dwa video clipy: "Alne" i "Saule's Dark Gifts". Oba, jak na stosunkowo niski budżet posiadany przez zespół, wyszły na tyle interesująco, że śmiało można im poświęcić te kilka czy kilkanaście minut.

ocena: 6/10
www.nonopusdei.com
autor: Diovis


NEBIROS - "Kommando666"
(CD 2008 / Fallen Angel & Redrum666)
I oto, dzięki małej Fallen Angel, możemy w pełni rozkoszować się trzecim oficjalnym materiałem demo formacji NEBIROS. Wydawnictwo te pierwotnie ukazało się w 2005, wydane tzw. własnym sumptem. Lecz dzięki bezczelnemu uporowi co poniektórych osobników, dostajemy ten materiał w formie CD-R. Ja osobiście nie narzekam na tego typu manewrowanie słuchaczami. Tak samo nie mam zamiaru narzekać na zawartość muzyczną tego cacka!!! Każdy, kto choć odrobinę zna twórczość tych przemiłych panów, nie będzie zawiedziony. Prosty, szybki, bezkompromisowy black metal w hołdzie takim tuzom jak BEHERIT czy stare BATHORY. Miłośnicy bardzo dobrze brzmiących płytek nic tu dla siebie nie znajdą, ponieważ tym panom głowy z karków jeszcze nie odpadły. Wiedzą jak podejść do rzeczy. Siarczyste brzmienie tylko dodaje odpowiedniego ducha tej muzyce. Do tego polskie teksty, które dodają pikanterii!!!! Nie no QURVA!!! Dalej nie jadę, bo się spuszczę!!!
ocena: 9/10
www.myspace.com/nebiros666
www.redrum666.net
autor: Narmer


NOVA ART - "Follow Yourself"
(CD 2009 / My Kingdom Music)
Marsjanie, pfu, Rosjanie atakują! ;) Na razie rzadko i jeszcze mało skutecznie, ale kto wie, czy za jakiś czas nie staną się jedną z metalowych potęg. Póki co, tu i ówdzie możemy poznawać nowe kapele z tamtego regionu i podziwiać jaki postęp poczyniły przez ostatnie lata. NOVA ART jest podobną jedną z czołowych rosyjskich grup grających prog-metal. Jeszcze brakuje im oryginalności, bo jak wielu ich kolegów z innych krajów, na ołtarzyku postawili u siebie DREAM THEATER i to im biją największe pokłony. Słychać to w tym, jak są budowane poszczególne utwory, jak ułożone są linie melodyczne i jak wiele uwagi przywiązują muzycy do detali, smaczków i złożonych solówek. Jednocześnie nie brakuje tu klimatycznych momentów, żeńskich głosów (w czterech utworach pojawiają się zaśpiewy autorstwa dwóch zaprzyjaźnionych z zespołem wokalistek), ale nie wnoszą one nic nowego do muzyki. Nie brakuje też mocniejszych akcentów w postaci growli i prawie że thrash metalowego pałera, a i nowoczesne rozwiązania są tu co rusz wplatane. Piątka muzyków trzyma rękę na pulsie, słuchają aktualnych trendów, a że grać potrafią, to wyszedł z tej mieszanki bardzo dojrzały materiał opatrzony czytelnym soundem uzyskanym między innymi w niemieckim Kohlekeller Studio (SIEGES EVEN, CREMATORY...). Patrząc bardziej szczegółowo na zawartość "Follow Yourself" warto zwrócić uwagę na bardzo pieczołowicie skonstruowany i złożony z trzech oddzielnych utworów "Deliverance", w którym pojawiają się wszystkie elementy charakterystyczne dla NOVA ART - od progresywno-rockowych fragmentów w stylu RUSH, MARILLION czy naszego RIVERSIDE, poprzez łamańce rytmiczne i inteligentne melodie, aż po mocarne riffy. Właściwie każdego z muzyków należy pochwalić za wkład do tych, jak i innych kompozycji, ale chyba największą uwagę skupia na sobie bardzo wszechstronny wokalista Andrew Nova, którego może pozazdrościć tej grupie niejeden uznany band. Oprócz wokali to on jest autorem muzyki do wszystkich kawałków z tej płyty. Ogólnie "Follow Yourself" to naprawdę udany stuff i warto przypatrzeć się bliżej tej rosyjskiej formacji, bo mogą jeszcze ostro namieszać w przyszłości.
ocena: 7/10
www.nova-art.ru
www.myspace.com/novaartband
www.mykingdommusic.net
autor: Diovis


NECROPSY / ESKATON / PARANOIA / FAECES / UNBORN SUFFER - "5-way Split"
(Split-CD 2008 / Redrum666)
Jak to dobrze, że znajdują się jeszcze ludzie utrzymujący przy życiu szlachetną ideę splitu. Na tym jakże zacnym wydawnictwie znajdujemy aż pięć polskich kapel z nurtu szeroko pojętego death/grindu. Na pierwszy ogień rusza formacja NECROPSY z Rzeszowa. Otrzymujemy od nich pięć mocnych ciosów mocno osadzonych w ramach w/w stylistyki. Obowiązkowa prędkość, lekka skoczność, solidny rytm i ciężar. W całym tym zamieszaniu obrywamy jeszcze live'm na koniec. Po nich do akcji wkracza również rzeszowski ESKATON. Tu z kolei mamy odrobinę więcej melodii. Natomiast cała reszta składników niemal identyczna jak u NECROPSY. Lecz nikogo nie powinno to dziwić. Jako trzecia w kolejce prezentuje się sosnowiecka PARANOIA. Zespół ten jest najsilniej reprezentowany na tym materiale. Chłopcy postanowili umieścić aż 12 utworów soczystego grindowego zapierdalacza z death metalowymi turbinami. Całość przywołuje skojarzenia z "jedynką" CARCASS oraz całą plejadą grindowych wykolejeńców. Mocna rzecz!!! Dalej jeden z najbardziej doświadczonych w całym towarzystwie, słomnicki FAECES. Panowie specjalizują się w brutalnym death/grindzie, czyli standard dla tego wydawnictwa. Osiem utworów niespecjalnie się wyróżniających, jakich to mnóstwo w eterze. Więc jedziemy dalej, a tam za rogiem czai się ostatni delegat krwawej rzezi, czyli UNBORN SUFFER. Szkoda, że mamy tylko trzy utwory. Ponieważ pędzony przez nich death metal w stylu SUFFOCATION bądź DYING FETUS całkiem dobrze radzi sobie z osobliwym gustem. Coś, co często mi nie odpowiada, tutaj wchodzi jak nóż w masełko. Jednym słowem - klasowa robota. Na koniec wypadałoby ocenić te wypociny, lecz z takowej procedury zrezygnuję z powodu dość sporej rozbieżności wykonawczej.

ocena: -/10
www.myspace.com/eskatonband
www.myspace.com/thetruenecropsy
www.myspace.com/paranoiagrindcore
http://faeces.prv.pl
www.myspace.com/unbornsuffer
www.redrum666.net
autor: Narmer


NUCLEAR VOMIT - "Obora"
(CD 2008 / Mad Lion Records)
Jest takie powiedzenie na temat beknięć: "po świńsku, ale zdrowo". Prawie dosłownie można to wykorzystać przy opisie pierwszego pełnego materiału NUCLEAR VOMIT wydanego pod sam koniec 2008 roku przez Mad Lion Records. Po zabójczym demo "Shit Fuck Kill" grind'owcy postarali się o kawał obleśnego mięcha, którego na pęczki produkują dziesiątki czeskich ekip, ale na naszych ziemiach wbrew pozorom jest mało takich wytwórców, a na pewno tylko kilka, które nie powielają schematu "byle do przodu, głośno i szybko". Dlatego być może to właśnie nasi południowi sąsiedzi prędzej dostrzegą potencjał w tym materiale niż polscy fani wierni okrutnym dźwiękom spod znaku death czy black metalu. A "Obora" to brudny, soczysty, często baardzo szybki, czasem spontaniczny, a na pewno masakrujący narządy słuchu porn/gore/grind najwyższych lotów. Bez cienia wstydu podążają tropem najlepszych w tym fachu majstrując krótkie formy muzyczne uzupełnione samplami różnej proweniencji: od fragmentów polskich filmów (np. prześmiesznego i zarazem surrealistycznego obrazu pt. "Hydrozagadka"), poprzez odgłosy prosto z tytułowej obory, aż po jęki przeżywających ekstazę lub torturowanych pań. Wokale też nie ograniczają się tylko do standardowych growli i ryków, są więc też tak zwane "prosiaki" i piekielne wrzaski. Groteska miesza się na tym krążku ze specyficznym poczuciem humoru, nie ma tematów tabu i ograniczeń, a tytuły takie, jak "Analcephalus", "Pathological Bestial Masturbation" czy "Gorefuck" mówią same za siebie. Do tego na płycie umieszczono na sam koniec dwa krótkie hołdy złożone mistrzom gore/grind'u: AHUMADO GRANUJO i MORTICIAN. Cóż więcej dodać? Jest ekstremalnie, bestialsko, są przeróżne pomysły, naprawdę niezłe wykonania i brak miejsca na nudę. Polecam nie tylko grind-maniakom!
ocena: 8/10
www.myspace.com/nuclearfuckingvomit
www.madlion.eu
autor: Diovis


NECROBLASPHEME - "Destination: Nulle Part"
(CD 2008 / Agonia Records)
Daleki jestem od zachwytów nad drugim długograjem Francuzów z NECROBLASPHEME. Ekscytacje gościnnym występem MkM'a z ANTAEUS w trzech numerach i miano jednej z najlepszych deathmetalowych kapel nowej generacji są mocno na wyrost. Osobiście twierdzę, że tym tak silnie nagłaśnianym w podziemiu francuskim ekipom ekstremistyczno-metalowym wystarcza pomysłów na jedną, góra dwie płyty, a potem "jadą" na nazwie czy "kulcie" albo znikają w nicości. "Destination: Nulle Part" na pewno wyróżnia się okładką, która oparta jest na pomyśle domalowania czegoś nie pasującego do obrazka, jak to czynili niespełna 100 lat temu niektórzy z surrealistów oraz dość zmyślnymi tytułami poszczególnych numerów, lecz muzycznie to w sumie klasyczny death metal podrasowany atakami blastów i dodającymi całości smaczku cięższymi, walcowatymi fragmentami. Dlatego nie twierdzę, że ten album nie jest godny poznania i rozsmakowania się w jego zawartości, przestrzegam jedynie przed nastawianiem się, że jest to wydawnictwo ponadczasowe i wybitne. Z korespondencji od czytelników Mrocznej Strefy wiem, że dosłowne odczytywanie podjaranych jakąś płytą bazgrołów popełnionych przez "wybitnych" znawców tematu z klapkami na oczach zamieszczanych w tak zwanych "opiniotwórczych" webzinach i serwisach www wielokrotnie mijało się całkowicie z prawdą. Gdy do czegoś nie mam dystansu, zaznaczam to w recenzji, w pozostałych staram się w miarę możliwości znaleźć plusy i minusy. Wiem, miało być o muzyce, a walnąłem tyradę o sztuce grafomanii wykonywanej przez duże tylko w głowach ich twórców portale internetowe, ale na kogoś musiało paść :P Już na koniec, bez zbędnego mędrkowania, postawię ocenę końcową NECROBLASPHEME, a w następnym tekście będzie już tylko o samym wydawnictwie. Lub będzie tak w dużej części. PS. W pewnym momencie Francuzi nie wiadomo w jakim celu wcisnęli sampla z utworu "Sussudio" Phila Collinsa. Pewnie dla wielu miało to być zagadką nie do rozwiązania, ale dla pewności i nasycenia ciekawości wyjaśniam sprawę.
ocena: 7/10
www.necroblaspheme.com
www.myspace.com/necroblasphemeband
www.agoniarecords.com
autor: Diovis


NOCTE OBDUCTA - "Sequenzen einer Wanderung"
(CD 2008 / Supreme Chaos Records)
Jeśli NOCTE OBDUCTA to pionierzy awangardowego black metalu w Niemczech i wpłynęli na tamtejszą scenę, to jestem tym faktem szczerze zdziwiony. Nie znałem dokonań tego zespołu i nie słyszałem / nie wyczytałem, by któryś z mniej lub bardziej znanych bandów z Germanii powoływał się na ich dokonania. O czymś to świadczy, prawda? Do tego jeszcze grupa obwieściła w ubiegłym roku swój rozpad, a "Sequenzen einer Wanderung" to taki pośmiertny krzyk, a raczej szept, bo nijak nie mogę się doszukać na tym krążku ani hałaśliwych elementów black metalu, ani wyraźnych przejawów awangardy. Przez 44 minuty słychać głównie instrumentalne plumkanie, któremu bliżej do jakiegoś znudzonego emo czy mało wyrafinowanego post-rocka niż do ekstremizmu. Owszem, NOCTE OBDUCTA ma jakąś tam wizję, coś tam próbuje przekazać, ale generalnie króluje tu nuda i popadanie w chorobliwą melancholię. Rzadko kiedy dochodzi tu do nieśmiałych eksplozji gitar, a wokale w tak małych dawkach są praktycznie niezauważalne. Nie można tego w każdym razie określić mianem progresywnej odmiany black metalu lub czegoś, co mogłoby być wzorcem dla nowego pokolenia poszukiwaczy. Pewne "zabawy" z efektami typu FX długo przed nimi wykorzystywały na swoich płytach zapomniane już inne niemieckie kombo NOX MORTIS (szczególnie na swoim drugim albumie "7 Lies") czy już zdecydowanie bardziej znany SATYRICON i robiły to bardziej przekonująco. Poza tym drażniące są nie pasujące tu kompletnie wstawki niczym z jakiejś podziemnej imprezy techno. Ale cała płyta nie jest jednym wielkim minusem, bo przy uważnym wsłuchaniu się w "sekwencje wędrowania" znośne jest ostatnie 11 minut i 15 sekund części drugiej, w której wreszcie jest jakaś dramaturgia i próba wykreowania mistycznej atmosfery oraz sam artwork tego albumu. To jednak trochę za mało, by dawać temu wydawnictwu ocenę pozytywną i wciąż nie mam pojęcia, co podkusiło wydawcę, by stawiać NOCTE OBDUCTA w roli prekursorów takiego, a nie innego grania czy bardzo wpływowej formacji.
ocena: 4/10
www.nocte-obducta.de
www.myspace.com/nocteobducta
www.s-c-r.de
autor: Diovis


NAILED - "Hatred, Failure & The Extinction of Mankind"
(CD 2008 / Anticulture Records)
Brytyjczycy przez lata opierali swą siłę na weteranach i już "prawie weteranach" na scenie metalowej. Czy tylko mi się wydaje, czy faktycznie ostatnimi czasy zaktywizowała się nowa, świeża siła w tym kraju? TRIGGER THE BLOODSHED, RETH, a teraz NAILED. Wszystkie penetrują ekstremistyczne rejony death metalu i death/grind'u, zaś najsilniej inspirowana old skulem wydaje się być ta ostatnia. Na swoim drugim albumie zmiksowali wpływy KRISIUN, DIABOLIC, SUFFOCATION oraz DYING FETUS i efektem tego jest niesamowicie żywiołowa brutalność, w której jest też miejsce na wgniatający ciężar, rozszalałe solówki i techniczne wywijasy. Chwilami jeszcze brakuje myśli przewodniej, wdziera się nieco chaosu, jednakże brzmi to obiecująco. Trudno wyróżnić któryś z kawałków, całość jest bardzo równa i całkiem przekonująca każdego fana zamerykanizowanego death'u. Na pewno to jeszcze nie jest czas dla młodych Anglików, ale poziomem granego przez siebie death metalu biją na pysk wszystkie te nieudaczne klony MORBID ANGEL, od których aż roi się wszędzie. Nawet na naszej polskiej ziemi. Wygląda na to, że wraz z naszymi emigrantami wywieziono też na Wyspy Brytyjskie te bardziej wartościowe składniki deathmetalowego wirusa ;)
ocena: 7,5/10
www.extremebrutaldeathmetal.com
www.myspace.com/naileddeathmetal
www.anticulture.co.uk
autor: Diovis


NEBIROS - "Kurwa Satana"
(CD 2008 / No Colours Records)
Niemiecka kapela o polskich korzeniach rozbestwiła się ostatnio. Redrum 666 wznowiło demówkę "Stacheldraht", a w 2008 roku ukazały się aż dwa albumy NEBIROS. Wcześniej na światło dzienne wypełzła wydana nakładem No Colours Records "Kurwa Satana". Tak bezkompromisowy tytuł aż prosi się o odpowiedni komentarz, ale ograniczę się tylko do krótkiego opisu okładki, która trąci oldskulem na wiele kilometrów. Na górze duże logo, poniżej postać Bafometa, którego wizerunku swego czasu nadużywano na wielu innych wydawnictwach, a po bokach cztery diaboliczne zakonnice trzymające nabite lub nie karabiny. Oj, nie będzie miała ta płyta zwolennikach w pewnych kręgach! ;) Muzycznie to kontynuacja prostego i wściekłego "Stacheldraht", co oznacza "szwedzko" nastrojone gitary, bulgoczący bas, pędzącą na złamanie karku perkusję i plujące jadem wokale. Można by rzec, że "Kurwa Satana" to takie połączenie szaleńczego DISMEMBER, wczesnego BEHERIT i może też w pewnym sensie AUTOPSY. Tak dewastującego death metalu nie nagrywa w chwili obecnej zbyt wiele kapel, ale NEBIROS ma w rzyci wszelkie trendy i popularność. Solvernus, Blachur i świeży człowiek w zespole, obsługujący drugą gitarę Rozpul młócą, bluźnią i gwałcą narządy uszne na potęgę. Teksty stały się bardziej zrozumiałe niż na demosach, ale zasługa w tym bardziej starannej, choć nadal bezkompromisowej produkcji. Z tego co udało mi się usłyszeć, NEBIROS nie śpiewa o kwiatkach i motylkach, natomiast szydzi z wiadomych symboli i zdecydowanie popiera mroczne spojrzenie na rzeczywistość. No i te wplatanie w kilku miejscach "CELTIC'owskie" "ugh"! :) Tyle plusów, co zaś do minusów, to odrzuciłbym z tego krążka pasujący tu jak pięść do oka cover "Brain Damage" METALLICY. Co z tego, że zagrany ogniście i w stylu pozostałych kawałków, jeśli wybór tego utworu jest całkowicie niezrozumiały? Poza tym jest siara, jest piekło i niech tak pozostanie. Teraz przydałaby się jakaś traska z ANIMA DAMNATA i AZARATH na przykład. Ależ to by był rozpier**l!
ocena: 8/10
www.myspace.com/nebiros666
www.no-colours-records.de
autor: Diovis


NARGAROTH - "Semper Fidelis"
(CD 2007 / No Colours Records)
Na niemieckiej scenie BM NARGAROTH jest autentyczną legendą. Kanwulf nagrywa pod tym szyldem od lat dwunastu, ma na koncie również współpracę z Akhenaten'em z JUDAS ISCARIOT, który zresztą przez jakiś czas zasilał NARGAROTH i tak jak jego najbliżsi znajomi lub inspirujące go hordy, podąża ścieżką surowego black metalu, w którym nijak nie można się doszukać współczesnych technik nagrywania, skomplikowanych aranży, czy zbyt wielu obcych elementów. Chociaż warto przypomnieć, że w przeszłości zdarzały się już tej formacji pewne eksperymenty, na przykład na mocno nasączonej folkiem i muzyką klasyczną EP-ce "Rasluka Part II". "Semper Fidelis" nie jest jednak, wbrew pozorom, pozycją jednolitą, monotonną czy wręcz słabą, chociaż całość trwa aż 80 minut i składają się na nią aż cztery numery trwające około 10 minut, pięć nieco krótszych, a reszta to instrumentalne przerywniki. Nie znajdziecie tu oczywiście żeńskich wokali i lukrowatych melodyjek, ale za to sporo sampli o proweniencji sakralnej, filmowej lub jeszcze innego, nieznanego mi pochodzenia. Dzięki temu nawet powtarzające się w nieskończoność gitarowe motywy i monotonnie pukająca perkusja nie drażnią aż tak mocno. Jasne jednak, że podstawą jest prymitywistyczny, pierwotny black metal utrzymany w estetyce "Under a Funeral Moon" DARKTHRONE, "jedynki" BURZUM oraz większości dokonań JUDAS ISCARIOT czy KRIEG, a wszystkie dodatki mają na celu stworzyć odpowiednią atmosferę. Zresztą przesłanie NARGAROTH poznać można było na demo "Fuck Off Nowadays Black Metal" i na drugim albumie "Black Metal Ist Krieg". Nie muszę więc już chyba dodawać, że "Semper Fidelis" powinni poznać wszyscy maniacy "norweskiego" grania i przeciwnicy ładnych melodyjek oraz wygładzonego brzmienia.
ocena: 7/10
www.nargaroth.de
www.no-colours-records.de
autor: Diovis


NIGHTLY GALE "Imprint"
(CD 2008 / własna produkcja zespołu)
Jak wyczytałem na kilku do tej pory szanowanych przeze mnie portalach internetowych, że "Imprint" jest płytą bezbarwną, mało wnoszącą do stylu zespołu lub po prostu regresywną, bo nie ma growli, bo czegoś tam jeszcze brakuje, to mnie nagła krew zalała i już wiem dlaczego niektórym przesłoniła rzeczywistość muzyczną inna rzeczywistość, która zniszczyła im przede wszystkim osobowość i umiejętność wyłuskiwania z tego wszystkiego własnego "ja". I wiem już czemu tak bardzo podatni są na sugestie różnych skurwieli, którzy myślą, że pozjadali wszelkie rozumy prowadząc tak zwane firmy wydawnicze, a przy okazji przełożyli to na swoje serwisy muzyczne, których wartość merytoryczną można o kant tyłka potłuc i nic z tego i tak nie pozostanie. A tak w ogóle, to nie ja miałem napisać tę recenzję, bo nie jestem osobą najbardziej obiektywną jak chodzi o NIGHTLY GALE ze względu na fakt wręcz przesadnego doceniania tego co ta kapela potrafiła zrobić w swojej stylistyce, ale skoro ktoś najpierw kichał się, by to zrobić, a potem stchórzył jak nie powiem co lub kto, to nie pozostało mi nic innego, jak napisać parę słów na temat "Imprint", a przede wszystkiego tego całego szajsu, który otacza mnie (Was) i tak bardzo męczy i dręczy. Mógłbym to ująć prosto i dosadnie, ale napiszę tak: pokażcie mi jakikolwiek inny zespół, który tworzy w tym naszym kraju tak przemyślane, inteligentne i inne od całej tej poprawnej w pojęciu niektórych death/black/thrash metalowej papki dźwięki i jest tak bardzo niedoceniony! Wyzdychało 98% tych wszystkich najbardziej "evil" bandów, przy których onanizowali się wielmożni wydawcy i wciąż to robią jak w narkotycznym amoku, scena zapchała się w najlepszym przypadku pochlebstwem, a głównie chamstwem i robieniem innym za plecami największych skurwielstw, jakie można sobie wyobrazić, jeszcze inni zachowują się jak najgorsi politycy, robiąc z siebie "poprawnie" myślących pizdusiów, a NIGHTLY GALE robi swoje, nagrywając za każdym razem bardziej ambitny, bardziej nieprzewidywalny i zwyczajnie bardziej inny album od poprzednich, przy tym pozostając na przekór tym widzi-misiom z webzinów, firm wydawniczych oraz innych szitów sobą i zachowując w tym kurwidołku własną osobowość, o której ci wspomniani mogą tylko marzyć i której nigdy nie osiągną, choćby nie wiem jak się starali. Zawsze pisałem lub mówiłem Sławkowi Pyrzykowi o tym, by uderzył gdzieś na West z twórczością NIGHTLY GALE i tam zostanie doceniony tak czy inaczej, ale on i jego koledzy robili i robią muzykę przede wszystkim dla siebie oraz tych, którzy odnajdą w niej siebie, bo po prawdzie zlewają wszelkie trendy i wolą wódkę wypić w swoim małym kręgu, niż przylizywać się wszelkiemu badziajstwu, złodziejom, hipokrytom, rip-offom, "iwilmenom" i zwyczajnym świniom, którym trzeba najzwyczajniej w świecie skopać dupsko, a to i tak nie będzie dla nich karą. W rzyci mam, czy koleś, który wydaje ekstremalny black metal, wraca do domu i w niedzielę idzie pod rączkę z żoną do kościoła (a to fakt) lub wielki szefo gównianego webzina zachwyca się najnowszym telefonem komórkowym (to tylko taki przykład), bo dzięki temu zapomina o tym, że znudziła go już wcześniejsza muzyczna pasja, a przecież ktoś do cholery powierzył mu promówkę licząc, że napisze solidną recenzję, ponieważ wiem, że każda płyta NIGHTLY GALE wniesie mi tyle radochy, której ci panowie nigdy nie zaznają. A jeśli poczujecie w tym momencie, o wielcy "mistrzowie" i "ojcowie" scenowi, kłucie w sercu i sumieniu, to idźcie z tym na klęczkach pod ambonę, z której przemawia Ojciec Reżyser, by znaleźć tam ukojenie - na tyle tylko was stać. I wiedzcie, że wszelkie słowa, które napisałem powyżej są prawnie chronione, bo piszę je prosto z serca i jeśli nie przemawia do was to, co stworzyło NIGHTLY GALE na "Imprint", to lepiej, żebyście dali sobie spokój i dalej niańczyli swoje iluzje, z których "Imprint" się śmieje i śmiać się będzie po wsze czasy. To muzyka dla wybranych i cieszę się, że mogę się poczuć takowym od wielu lat i wierzę, że ten band jeszcze nie raz przyniesie dźwięki, których opisane wyżej kreatury nigdy nie docenią patrząc przez pryzmat własnego zerżniętego przez ich własną rzeczywistość dupska. r: Diovis
ocena: 10/10
www.nightlygale.info
www.myspace.com/nightlygaledoom
autor: Diovis


NONE - "The Rising"
(CD + DVD 2008 / Mystic Production)
Zaraz po otrzymaniu tego cedeka chciałem zapytać się kogoś z Mystic'a, co u nich szuka nu-metalowy NONE, który był do tej pory odbierany jako polska odpowiedź na te wszystkie modne zespoły zza Wielkiej Wody. Nie mogę powiedzieć, że robili to marnie lub byli do bólu wtórni, jednak czułem, że trend jak się szybko zaczął, tak szybko się skończy i tako też zresztą się stało. Dlatego nagrany po pięciu latach od poprzedniego albumu "The Rising" to NONE po liftingu, tyczy się to także składu zespołu (obecnie grają w nim muzycy związani między innymi z FLAPJACK i SWEET NOISE), co w efekcie jest z korzyścią dla tego zespołu. Na tym albumie jest sporo thrashmetalowego pazura, trochę hard-core'owej agresji, została też odrobina tego bujającego rytmiką nu-tone'u i doszły do głosu również deathmetalowe wpływy, jednak wszystko to zostało umiejętnie wymieszane. Dobrze rozwiązane zostało też połączenie growli i melodyjnych refrenów. Cały czas mam jednak wrażenie, że panowie nasłuchali się tak dużo SLIPKNOT, SEPULTURY i SOULFLY, że wciąż to w nich głęboko siedzi. Na przykład takie kawałki, jak "In One Moment" i "The Truth" równie dobrze mogłyby znaleźć się na albumach tych dwóch ostatnich kapel. Na szczęście nasi ziomkowie postanowili dołożyć bardziej do pieca, i gdy wiele zespołów mających na koncie naprawdę mocne muzycznie pozycje z czasem złagodziło brzmienie, to NONE nie chciało iść tym tropem. Przykładem jest choćby bardzo szybki "This Is War!". Bardzo podoba mi się, że pod koniec tej długiej płyty muzycy zaczynają więcej kombinować, rozbudowywać aranże i odchodzą od schematów. Dlatego po kilkudziesięciu minutach można doczekać się ciężkich i zróżnicowanych numerów pokroju "Reason" czy umieszczonego na samym końcu "In Atmosphere", w których pojawiają się akustyczne wtręty. Ogólnie daleki jestem od zachwytu, ale w swojej klasie NONE zrobiło faktycznie świetną płytę. Jeszcze dwa zdania na temat dodatku w postaci dysku DVD. Znaleźć tam można takie sobie video do "In One Moment", wywiad przeprowadzony w 2000 roku przez TV Nakło, zapisane amatorskimi kamerami fragmenty różnych koncertów z lat 2001-2007, prezentację zespołu i galerię zdjęć.
ocena: 7/10
www.none-band.com
www.myspace.com/noneband
www.mystic.pl
autor: Diovis


NORTH SIDE KINGS - "Suburban Royalty"
(CD 2008 / I Scream Records)
Amerykanie z NORTH SIDE KINGS to całkowite przeciwieństwo ich kolegów z I Scream Records - wytwórni, dla której nagrywają. THE CHANGE to słodkie granie dla dzieciaków myślących, że Szwedzi są rasowymi pancurami, podczas, gdy ich koledzy z Arizony już na początku nowego albumu "Suburban Royalty" atakują thrash'owym riffem i chóralne "North Side Kings!" kwitują cytatem "Giving Emo Kids Something To Really Cry About". Pancerne, thrash-core'owe łojenie kontynuują dalej i idąc w ślady ich bardziej znanych niszczycieli z BIOHAZARD nie patyczkują się i jadą ostro. Tu nie ma miejsca na miękkie melodyjki, ładne refreniki, i jak to kiedyś mówili - tego nie pokażą w telewizji. Przekaz numerów "This Means War", "Street Trash" czy "The Bearer of Bad News" mówi wszystko, rozwścieczeni Amerykanie punktują kolejnymi mocarnymi numerami, nie przebierają w słowach i są gotowi w trymiga roznieść bar, w którym piją, klub, gdzie koncertują, a policja depcze im po piętach, ale oni są wychowani na ulicy i kierują się swoimi zasadami. Zresztą wystarczy rzut oka na rysunkową okładkę i wszystko jest już jasne. Fani wspomnianego już BIOHAZARD, AGNOSTIC FRONT, CRO-MAGS czy bardziej współczesnych hard-core'owców z TERROR znajdą tu tak lubiane przez siebie pałerowe granie: ciężkie, masywne i bardzo bezpośrednie. Nie jest to szczególnie oryginalne, ale rozbrajająco szczere, z grubej rury i bez ogródek. A mnie osobiście pozytywnie zaskoczyli ukrytym trackiem - zagranym na samym końcu coverem "Among the Living" ANTHRAX. Ian "Not" Scott z pewnością przybije im "piątkę" za wykonanie tego numeru. Już mniejszy entuzjazm wzbudziła we mnie druga z przeróbek - "Bad Reputation" JOAN JETT, ale w ich towarzystwie nie chciałbym tak czy siak przebywać więcej niż chwilę po koncercie ;)
ocena: 8/10
www.myspace.com/northsidekings
www.iscreamrecords.com
autor: Diovis


NACHTMYSTIUM - "Assassins: Black Meddle Part I"
(CD 2008 / Candlelight Records & Mystic Production)
Zaznajomieni z amerykańską sceną blackmetalową na pewno kojarzą tę hordę. To obok JUDAS ISCARIOT, KRIEG, LEVIATHAN, XASTHUR i kilku innych czołowa załoga reprezentująca przez ostatnie lata Stany Zjednoczone. Na próżno jednak doszukiwać się czystego gatunkowo black metalu na najnowszym albumie o tytule "Assassins". No może trochę przesadzam, bo na przykład numer tytułowy przynosi trochę brzmień charakterystycznych dla BM. W kilku innych bazą wyjściową też jest w sumie takie granie. Zaskoczenia sypią się tutaj dosłownie jak z rękawa. Na zdjęciu czterech kolesiów bez corpsepaintów (jeden trochę podmalował oczy), intro "One of These Nights" brzmi jakoś tak znajomo psychodelicznie i co rusz NACHTMYSTIUM oddala się od swoich korzeni, a jednocześnie łączy je z nowymi inspiracjami. Główną z nich jest PINK FLOYD - tak z wczesnego, zeschizowanego okresu, gdy w tym zespole śpiewał Syd Barrett, jak i późniejszego, w którym powstały kamienie milowe progresywnego rocka w postaci "Meddle", "Dark Side of the Moon" czy "Animals". Nie do wiary jak umiejętnie te elementy zostały wkomponowane w ekstremalny w sumie metal. Brzydota została tutaj odpowiednio podmalowana artyzmem, panowie wyszli z garażu i zapomnieli o bzyczących gitarach, zastępując je rasowym i czytelnym brzmieniem (słychać mięsisty bas i cykające hi-haty w zestawie perkusyjnym! - tak a propos to za bębnami siedział sam Tony Laureano), zaś aranżacje zaskakują prostotą, a przy tym biją na głowę większość obecnie powstających metalowych produkcji. Wprost genialnie prezentuje się to w żwawym "Ghosts of Grace", oldskulowo-blackowym "Your True Enemy" i cięższym i bardzo mrocznym "Omnivore". A do tego te analogowo brzmiące dźwięki wyciągnięte z instrumentów klawiszowych i syntezatorów (stareńki Moog!), których nie ma w nadmiarze, bo służą tworzeniu niesamowitego klimatu lub są pomysłowym uzupełnieniem gitarowego tworzywa oraz prawdziwe gitarowe solówki w hard rockowym stylu lat 70-ych i 80-ych (orgiastyczne szaleństwo tychże w "Code Negative"). NACHTMYSTIUM najbardziej zaskakuje jednak odmiennością kilku utworów. Na przykład "Away From the Sun" to instrumentalna miniatura, w której wiodącym instrumentem jest pianino, natomiast trzyczęściowa, prawie 14-minutowa mini-suita "Seasick" to już PINK FLOYD w psycho-metalowej zalewie. Wyobrażacie sobie, że pojawia się tu nawet saksofon?? Daję tej płycie bez skrupułów niemalże komplet punktów! I mam nadzieję, że będzie równie udana kontynuacja.
ocena: 9/10
www.myspace.com/nachtmystium
www.candlelightrecords.co.uk
autor: Diovis


NOCTIS - "For Future's Past"
(MCD 2007 / Prime Cuts Music)
OPETH ma już swoich sympatyków niemal w każdym zakątku świata. Także wśród muzyków. I także w Australii. Jedną z najmocniejszych grup miłośników ambitnego metalu wykonywanego przez tę formację jest piątka muzyków z Perth działających od 2005 roku pod szyldem NOCTIS. Oprócz OPETH upatrzyli sobie też twórczość NOVEMBERS DOOM, NOVEMBRE i w mniejszym stopniu KATATONII oraz ANATHEMY. Z tej mieszanki wyszło może nie 6 najbardziej oryginalnych kawałków w historii metalu, ale na pewno jest to obiecujący początek dla ludzi, którzy nie chcą być tysięczną kopią MORBID ANGEL, DARKTHRONE czy IRON MAIDEN. Brakuje im jeszcze trochę doświadczenia, bo pasji czy umiejętności nie są pozbawieni. Głównym kompozytorem w zespole jest gitarzysta Daniel Mazzarol i opiera utwory na bogatych liniach tego właśnie instrumentu. Jest trochę mocnych riffów, trochę solówek i całkiem sporo akustycznych wstawek (np. instrumentalna "Nostalgia"). Już w drugim na płycie "Remembrance of Death" wszystkie te elementy są widoczne. Dodając do tego dopełniające partie basu, bardzo prog-metalowo połamaną rytmikę bębnów, delikatne klawisze i udane orkiestracje w tle i wokale (od growli po czysty śpiew) można sobie śmiało wyobrazić, że kompozycje nie są proste, banalne i wystarczają na góra dwa przesłuchania. Fanom wspomnianych na początku klimatycznych kapel powinno się spodobać. Tym bardziej, że miks wpływów jest starannie dopracowany i aż tak bezpośrednich nawiązań za wiele tu nie ma. A gdyby zignorować growlowane wokale, to mogliby się zachwycić nawet miłośnicy MARILLION, RIVERSIDE czy PORCUPINE TREE... Nieźle. Warto przyglądać się dalszym poczynaniom NOCTIS.
ocena: 7/10
www.noctis.xylene.com
www.myspace.com/noctis1
www.primecuts.com.au
autor: Diovis


NORTHWAIL - "Enigma"
(CDR 2008 / własna produkcja zespołu)
Nie jest łatwo przedrzeć się przez tę płytę. Nie dlatego, że jest przekombinowana lub słaba. Wręcz przeciwnie - jest to bardzo ambitna pozycja i swoiste novum na polskiej scenie metalowej. Słyszałem sporo pozytywnych opinii na temat wcześniejszych dokonań tej grupy, ale na "Enigma" wspięli się - mam takie wrażenie - na wyżyny swoich obecnych umiejętności. Czuć, że bardzo zaangażowali się przy powstawaniu tych niezwykle długich i rozbudowanych kompozycji. Świadczy o tym już pierwsza z nich, zatytułowana "Soul Exile". Zaczyna się tajemniczym intro i odgłosem trzeszczącej płyty analogowej, by poprzez utrzymany w średnim tempie kawałek, trochę w stylu starego CHRIST AGONY, rozwinąć się w mocny, na poły black- i deathmetalowy z kanonadami riffów i szybkimi biciami perkusjami. Na koniec słuchaczowi serwuje się rozpętującą się burzę (w sensie zjawiska atmosferycznego). No właśnie, ten stuff w całości charakteryzuje bogactwo dźwięków, ekstremalne przeskoki od bardziej epickiego, opanowanego grania do gwałtownych przyspieszeń oraz różnorodne wokale. Najważniejsze jest jednak to, że tak naprawdę trudno przyrównać NORTHWAIL do którejkolwiek z bardziej znanych kapel. Bez dwóch zdań, to progresywna odmiana black metalu, w której próbowały się ongiś choćby ENSLAVED czy ...IN THE WOODS, jednak NORTHWAIL nie waha się używać dla kontrastu także elementów death metalu lub patentów, których nie powstydzą się znakomitości prog-metalu, a w wielowarstwowym "Northernmost Journey" muzycy skorzystali z popisów skrzypaczki Hekate, co zabarwiło utwór akcentami bliższymi muzyce klasycznej i naprawdę wzbogaciło klimat. Zadziwiające jest jak gładko z tą różnorodną materią radzą sobie tylko dwaj muzycy z podstawowego składu: perkusista Azgaroth i obsługujący gitary, wokale i oprogramowanie Morph. Nie dość, że wprawnie idzie im mieszanie w tyglu różnych rzeczy, to mają ogrom pomysłów, które w ogóle nie gryzą się ze sobą w praktyce. Zgodnie z tytułem, podczas słuchania ma się często wrażenie obcowania z czymś tajemniczym, zagmatwanym i mrocznym. Świetnie to obrazuje już okładka łącząca surrealizm Salvadora Dali z symboliką bliższą mistykom i mroczno-metalowej estetyce. Bardzo, ale to bardzo obiecujący album! Osobiście chciałbym, żeby poszli ze swoim nowatorstwem w ślady LUX OCCULTA i trafili na solidnego wydawcę, niekoniecznie w kraju.
ocena: 8,5/10
www.northwail.com
www.myspace.com/northwail
autor: Diovis


NAER MATARON - "Praetorians"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Cóż to się porobiło!!! Już i tak najmniej "grecki" z greckich blackmetalowych bandów NAER MATARON zaprosił do nagrania wokali samego Vicotnika z DODHEIMSGARD / DHG, a dwie introdukcje dał stworzyć Szwedowi o nicku Nordvargr znanemu ze swojego pociągu do chorych, ambientowych dźwięków, co już w przeszłości miało miejsce, jeśli chodzi o współpracę z Grekami. Do tego najnowszy album został poświęcony w dużej mierze starożytnemu Rzymowi, który przecież podkradł Grekom nawet panteon bóstw, zmieniając im jedynie imiona, a jeden z kawałków ("Ostara") jest poświęcony germańskiej bogini wiosny. Ciekawi jesteście efektu końcowego? Jeśli znacie którykolwiek z poprzednich albumów NAER MATARON ze wskazaniem na najbardziej znany "River At Dash Scalding", to niewiele się zmieniło. Tak mógłby grać ENSLAVED, gdyby po "Frost" dalej ciągnął wątek potężnych, nasączonych epiką, ale też naładowanych szybkością kawałków lub DODHEIMSGARD gdyby nie zechciał był skręcić w bardziej eksperymentalną ścieżkę. "Praetorian" to skomasowany atak "norwesko" brzmiących, bzyczących gitar podbudowanych szybką, pukająco-cykającą perkusją i wściekłymi wokalizami Vicotnika, który - nie ma co ukrywać - swoje najlepsze lata ma już za sobą. O ile jeszcze skrzeki tego pana brzmią, powiedzmy, zawodowo, to pozostałe wokale są już znacznie bardziej wymuszone i po prostu mało udane. Grecy zaufali jednak na tyle swemu mistrzowi, ponieważ pozwolili mu nawet na produkcję swego nowego krążka, co zaowocowało bardziej "norweskim" wydawnictw niż wiele ostatnich rzeczy powstałym w tym kraju. "Praetorians" opatrzono świadomie nieoszlifowanym brzmieniem, co ma oczywiście swoje wady i zalety. Sprawdza się to na przykład w bardziej urozmaiconych, posiadających coś na kształt melodii numerach, jak "Ostara", "Death Cast a Shadow Over You", "Sol Invictus" czy "Eagle's Nest", ale w pozostałych, w których do znudzenia słychać kilka następujących po sobie motywów już nie. Przez to krążek jest bardzo nierówny i do strawienia w całości tylko przez zagorzałych "norwegofilów".
ocena: 5/10
www.naermataron.com
www.myspace.com/naermataron
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


NO QUARTER GIVEN - "The Embodiment Begins"
(CD 2008 / Rising Records)
Nie bardzo widzę sens wydawania wszystkiego jak leci, a co pochodzi z kraju wydawcy. NO QUARTER GIVEN jest określana mianem nadziei brytyjskiej sceny, ale chyba tylko ktoś, komu słoń na ucho nadepnął może wysnuwać takie wnioski. Debiutancki album pt. "The Embodiment Begins" jest na wskroś koszmarny i żałuję, że poświęciłem mu tyle czasu. Syficzne, demówkowe brzmienie, wokalista, który krzyczy, jak by się gdzieś śpieszył lub miał sraczkę, "kartonowa" perkusja, powtarzające się bez ładu i składu niby-riffy gitarowe, brak jakiejkolwiek koncepcji. Zero plusów, same minusy. Można by to ująć w jednym zdaniu: tej płyty nie powinien usłyszeć świat. Metal-core skupia wokół siebie coraz więcej szajsu, o czym już nie raz pisałem i ten krążek utwierdził mnie w tym przekonaniu. Nie mam nic więcej do napisania. Następny, proszę.
ocena: 0/10
www.myspace.com/noquartergivenmetal
www.risingrecords.org
www.myspace.com/risingrecordsuk
autor: Diovis


NASTROND - "Muspellz Synir"
(CD 2008 / Debemur Morti Productions & Pagan Records)
W oczach niektórych wyjdę na totalnego ignoranta i frajera, bo nie rozumiem fenomenu tego tak zwanego "liturgicznego" czy "religijnego" black metalu. Gdybym miał wybierać na przykład między DESASTER i WATAIN lub DARKTHRONE i ARCKANUM, wybrałbym pierwsze zespoły z obu par. Nie kumam też kompletnie rajcowania się takim NASTROND. Co z tego, że to jedna z najstarszych black'owych hord ze Szwecji? I co z tego, że w niektórych kręgach są określani mianem kultowej kapeli? Owszem, obcowanie z zawartością ich najnowszego cedeka "Muspellz Synir" przypomina traumatyczne doznanie rodem z najmroczniejszych horrorów, a muzyka jest tak smolista, gęsta i rytualistyczna, jak to tylko możliwe. Tyle, że mnie nie przekonuje sam klimat, gdy dźwięki gitar to brzdąkanie kilku bezładnych akordów przez godzinę, przetykane naprawdę nielicznymi fragmentami, w których robi się rzeczywiście ciekawie. Na przykład w opartym wyłącznie na chóralnym zaśpiewie "Agios" - ciary chodzą po plecach... Od biedy można jeszcze znieść także proste, prawie hellhammer'owskie granie w "Defiance of the Transient" czy darkthron'owskie "Dark Fyres", jednak to stanowczo za mało, by wzbudzić większe zainteresowanie. Gdy NASTROND stara się udowodnić, że w blackmetalowym prymitywiźmie są najlepsi, wychodzi z tego bezładna sieczka. O gitarach już pisałem, ale i brzmienie bębnów woła o pomstę do Rogatego. Chwilami w ogóle nie słychać werbla, nie mówiąc już o taktowcu. Porównajcie sobie NASTROND z takim LUGUBRUM czy nawet wczesnym BEHERIT. Ci drudzy też uprawiali bądź uprawiają własne minimalistyczne poletko, ale miało to i ma swój specyficzny urok, podczas gdy w wykonaniu Szwedów brakuje temu choćby elementarnych pierwiastków spójności i myśli przewodniej. W sumie szkoda, bo z opisu wynikało, że "Muspellz Synir" to dzieło wybitne i znakomite, a tu chwilowe erupcje inwencji twórczej nie ratują całości, a przykładowo "powalenie" świetnego motywu w kończącym album "Nastrond" poprzez granie go w kółko przez prawie 4 minuty nie świadczy o tym, że twórcy przysiedli przed nagraniem i przemyśleli sobie, jak to ma wyglądać. Jest słabo. Rozczarowanie.
ocena: 4/10
www.debemur-morti.com
www.nastrond.se
www.myspace.com/nastrondofficial
autor: Diovis


NASUM - "Doombringer"
(CD 2008 / Relapse Records)
Zapewne każdy szanujący się fan hałaśliwej muzyki słyszał o tym, co przydarzyło się Mieszkowi Talarczykowi na Phi Phi. Tak że ja pozwolę sobie pominąć tę historię. W cztery lata po tej tragedii Relapse podarowało nam album koncertowy tej legendarnej grindowej załogi, pierwszy w oficjalnej dyskografii i zakładam, że ostatni. Na tym cedeku dostajemy 16 utworów zarejestrowanych podczas występu Szwedów w Osace. Zaledwie 25 minut. Najwidoczniej tyle Japońcom wystarczyło, aby czuć się totalnie rozjebanymi. Wiem, wiem to nie power metal, a tym ich można karmić godzinami i wciąż nie mają dość. Ale cóż, taki lajf. Natomiast chłopaki z NASUM zrobili wszystko po swojemu. W sumie czego można było oczekiwać po jednej z najlepszych kapel gatunku, jeśli nie pozostawieniu śrutów ze sceny? Możliwe, że gdyby wydano to na DVD, wrażenie byłoby lepsze. Jednak nie ma co żałować. Przecież i tak ich już nie usłyszymy.
ocena: 8/10
www.nasum.com
www.myspace.com/nasumband
www.relapse.com
serwer
autor: Narmer



INDEX   N   [1   2  3]  

i


koncert ASPHYX w Polsce

koncert ASPHYX w Polsce

Empatic

AEALO

PSYCHO MAGAZINE

klimatyczne

Leash Eye

;

























































KONTAKT Z WEBMASTEREM: pete.r@interia.pl