![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
||||
![]() NEWSY 24.03.2010 RELACJE PLEROMS GATE, FURIA - 07.03.2010, Bydgoszcz, Klub "Yakiza" HYPOCRISY, SURVIVORS ZERO - 25/01/2010 - Berlin, Columbia Club KATAKLYSM, BELPHEGOR, DARKEST HOUR, SUICIDAL ANGELS, RESISTANCE, 24/01/10 - Berlin, Postbahnhof 23.03.2010 NEWSY 22.03.2010 POLECAMY DEVILSTONE OPEN AIR VII OLSZTYN OLD UNDERGROUND "GRIND 'N' ROLL" PARTY 18.03.2010 POLECAMY BLACKASTRIAL MAGAZINE: NOWY NUMER WYWIADY CARNAL 17.03.2010 NEWSY 16.03.2010 POLECAMY THRASH METAL NIGHT VOL. 1 12.03.2010 POLECAMY FROM HERE TO PAST 2010 - Asphyx 11.03.2010 NEWSY 09.03.2010 WYWIADY CLOSTERKELLLER METALEKSYKON RUSSIAN CIRCLES 08.03.2010 POLECAMY NIGHT OF THE ANCIENT DEATH INCANTATION vol.6 METAL WAR MACHINE II BESTIALITY OVER EUROPE 2010 THRASH METAL MANIA ANTI-HUMAN BEHAVIORS 03.03.2010 NEWSY 02.03.2010 KONKURSY KONKURS CORRUPTION / CARNAL PUSZKA PANDORY UNWOM - "Phase 1: Inner Earth Dimension" RECENZJE AFFLICTION GATE - "Aeon of Nox (from darkness comes liberation)" ALTVATER - "Chroniken" ANDRALLS - "Andralls" BROKEN SWORD - "Nest of Evil" CARNAL - "Re-Creation" DIORAMIC - "Technicolor" DIVINE EVE - "Vengeful And Obstinate" EFFECT MURDER - "Architects of Sense" EGZEKUTHOR - "Czas Sumienia" ENTHRAL - "A Spiteful Dirge" ESCAPE FROM - "Opętani Okrucieństwem" FATALIST - "The Depths of Inhumanity" FORMOSUS - "Alter" FRONTSIDE - "Korzenie" GENITORTURERS - "Blackheart Revolution" GOREZONE - "Brutalities of Modern Domination" LEASH' EYE - "V.E.N.I." LIFE AS WAR -"To Tell You This" MALICE - "Symphony of Darkness" MANEGARM - "Nattvasen" MAQAMA - "Maqamat" MERCILESS DEATH - "Sick Sanctities" MOLOCH LETALIS - "Apoteoza Śmierci" MOUGA - "The God & Devil's Schnapps" OBLOMOV - "Communitas (Deconstructing the Order)" PURE HATE - "Hate Is Coming" RIMFROST - "Veraldar Nagli" ROTENGEIST - "Fear Is the Key" ROTTING CHRIST - "Aealo" SANGRE ETERNA - "Amor Vincit Omnia" SPACE MIRRORS - "Majestic 12: A Hidden Presence" TARANIS - "Obscurity" THE ELYSIAN FIELDS - "12 Ablaze" / "Suffering G.O.D. Almighty" THE SICKENING - "Death, Devastation, Decay" THORN.S - "2009" TRUNAR - "Christs Not Christians" V/A - "The Dark Side of the Blues - A Tribute To Danzig" VIOLATED - "Only Death Awaits" VOTUM - "Metafiction" WHOREHOUSE - "Execution Of Humanity" 01.03.2010 WYWIADY VOTUM 28.02.2010 POLECAMY CORRUPTION I CARNAL NA WSPÓLNEJ TRASIE CK ZABRZE KONCERTY - MARZEC 2010 27.02.2010 NEWSY POLECAMY PSYCHODELIC MISANTHROPY FEST 8 KONKURSY KONKURS EMPTY PLAYGROUND 25.02.2010 RELACJE TURBO / CHAINSAW - 09.02.2010, Białystok, "Gwint" 10 LAT THY DISEASE - 24.01.2010, KRAKÓW, ROTUNDA (THY DISEASE; VIRGIN SNATCH; ARMAGEDON; CEMETARY OF SCREAM; CRYPTIC TALES; HELLIAS; HEART ATACK) POLECAMY DEFENSEFEST 2 24.02.2010 POLECAMY EMPTY PLAYGROUND: PRE-RELEASE PARTY UNHOLY NIGHT CHAINSAW METAL SLAUGHTER - LUBLIN DESTRUCTION 23.02.2010 NEWSY WYWIADY DECAPITATED MAQAMA LISOV - "A TRIBUTE TO DANZIG" RELACJE HYPOCRISY, DECAPITATED, HATESPHERE - 26.01.2010. MEGA CLUB, KATOWICE 21.02.2010 POLECAMY Extreme Night vol. III RELACJE "CREATIVE ACT OF MUSIC TOUR 2010" - VIRGIN SNATCH, THY DISEASE, ARMAGEDON, HEART ATTACK, NAMMOTH - Rzeszów, 12.01.2010 15.02.2010 NEWSY 13.02.2010 POLECAMY TRASA KONCERTOWA ROTTING CHRIST PO POLSCE 09.02.2010 POLECAMY LET THE NORTH BURN TOUR 04.02.2010 NEWSY 01.02.2010 POLECAMY EFFECT MURDER: KONCERT "EXTREME METAL UNDERGROUND" - nowa data |
i |
![]()
BROKEN SWORD - "Nest of Evil"(CD 2009 / własna produkcja zespołu)A oto i trzeci materiał nadzwyczaj konsekwentnego i cierpliwego BROKEN SWORD. Nie nagrywają co rok, wciąż szukają swojego miejsca i oznak większego zainteresowania. "Nest of Evil" to właściwie kontynuacja tego, co pojawiło się już w sporym zakresie na poprzednim materiale pt. "Angel With Darkest Heart". Mam jednak wrażenie, że warszawiacy nie chcą już zanadto kombinować (np. pozbyli się klawiszy), za to przykręcili tempo, postawili na diaboliczny klimat, choć wciąż obracają się gdzieś w kręgu technicznego grania łączącego elementy death, thrash i black metalu, bez szczególnego nacisku na któryś z nich. Można więc rzec, że to taki swoisty misz-masz, tygiel różnych pomysłów pod wspólnym hasłem "bądźmy ekstremalni, ale nie ograniczajmy się tylko jednym kierunkiem". Stąd obok szybkich fragmentów trochę tych cięższych i bardziej walcowatych, tu i ówdzie poszarpanych i bliższym death-core'owi, w innych miejscach dominują średnie tempa, BROKEN SWORD nie zapomniał też o klimatycznym wtręcie w numerze tytułowym i o tym, że ważna jest melodyka. Nie do końca typowa i rozumiana w prosty sposób, ale jest. I w tym, jak to powiadają mędrcy, tkwi istota rzeczy. Warszawska kapela poszła znacząco w stronę tak zwanej "greckiej" szkoły black metalu, z tym, że nie jest to już ta wczesna prostota pierwszych płyt ROTTING CHRIST czy NECROMANTII, a raczej nowsze wcielenie tych i innych grup z Hellady. Rzecz w tym, że istnieje podobieństwo poprzez specyficzne potraktowanie wokaliz, tworzenie mrocznego, quasi-sakralnego nastroju i melodyczne leady gitar. O wokalach chciałbym dodać jeszcze słówko, bo na "Nest of Evil" brzmią jeśli nawet nie perfekcyjnie, to na pewno ciekawie i są maksymalnie urozmaicone. Growle, wrzaski i pokrzykiwania pojawiały się już na poprzednim materiale BROKEN SWORD, ale coraz śmielej Artur Wyszomirski pozwala sobie na demoniczne, wyśpiewane niskim głosem inkantacje i kilka eksperymentów z przetwornikiem dźwięku. Dzięki temu i coraz ciekawszej oprawie muzycznej (poza trochę słabo brzmiącą perkusją) to najlepszy jak dotąd zestaw utworów przygotowanych przez ten zespół, a ja zwracam Wam szczególną uwagę na kawałki "End of Mankind", tytułowy, "Sermon of Serpent" i "Lord of Destruction". No i zdecydowanym plusem wydawnictwa jest opakowanie z bardzo grubej tektury, które można umownie nazwać digipakiem, ale prawdę powiedziawszy rzadko spotykałem się do tej pory z takich wyglądem i... ciężarem tego typu opakowania. ![]()
BE FADING FAST - "Dark Age"(Promo-CD 2009)Czesi mają już na swoim koncie debiut w postaci płytki "Victims", który to pokazał umiejętności muzyków. W niespełna rok czasu zebrali się i stworzyli nowy materiał - "Dark Age". Jak na razie otrzymałem promo bez żadnych informacji dotyczących wydawcy. ![]()
BAKTERIA - "Defecate! Suffocate! Mutilate! Masturbate!"(CD 2009 / Anstalt Records & Nuclear Blast Records)Skąd oni wyciągnęli takiego dziwoląga jak BAKTERIA?! Ten zespół podobno działa od 1992 roku, a wokalista Umberto Torres ma na koncie zabójstwo fana na jednym z ich koncertów. Meksyk to w ogóle jakieś szalone miejsce na naszej planecie, choć nie wątpię, że wydawca coś ubarwił, by zachęcić do kupienia tej płyty. Coś jednak jest na rzeczy, bowiem ten album, pomimo całej muzycznej prostoty i trochę zabawnych, choć totalnie obscenicznych tekstów, jest maksymalnie chory. Kolesie grają coś na skrzyżowaniu grind-core'a, crust punka, pokręconego rock 'n rolla i HELLHAMMER, a wokal, który przypomina mi chwilami brzmieniem głosu gościa śpiewającego w szwedzkim CLAWFINGER, przekonująco "sprzedaje" swoje psychopatyczne opowiastki o przeróżnych dewiacjach natury seksualno - medyczno - patologicznej, z których żadna nie spodoba się "poprawnej politycznie" publice. Dorównuje w ten sposób największym maniakom z MEAT SHITS na czele, choć akurat nie ma tu aż tak wielu antyfeministycznych tekstów, a raczej ogólne przełamywanie największych tabu ludzkości i wyciąganie najbardziej zbereźnych tajemnic związanych z ludzką naturą oraz tym, co można, choć nie powinno się robić z ludzkim ciałem. Wystarczy nadmienić, że najczęściej używanymi słowami są "shit", "fuck", "kill", "dick", "ass", "pussy" i im pokrewne, a akcja tych powiastek ma miejsce na przykład w klinice aborcyjnej, kostnicy, toalecie lub podczas dzikich orgii w burdelu. Kompletnie nie mam pojęcia kogo to zainteresuje, choć nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje, stąd swego czasu takie powodzenie pewnych stron www, przy których te "przyrodnicze" to tak zwany mały pikuś. Ale to tak nawiasem mówiąc, przy czym trudno mi pisać tu o walorach artystycznych płyty Meksykańców, bo o ile muzyczna prostota ma swoje plusy, a strona tekstowa niewątpliwie jest mocno kontrowersyjna, to całość należy traktować przede wszystkim jako ciekawostkę ornitologiczną. ![]()
BARONESS - "The Blue Record"(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)BARONESS jest przykładem na powolne, acz skuteczne wypełnianie się proroctwa, że przyjdzie taki dzień i wiele nowych kapel zacznie grać takie dźwięki, jakie powstawały przed ponad trzydziestoma laty. Korzystając z dobroci obecnej techniki i doświadczeń wcześniejszych pokoleń wrócą do korzeni rocka, a jednocześnie wniosą nową jakość. Z początku odnosiłem się z dystansem do tej amerykańskiej grupy i ochy-achy ze strony wydawcy oraz mediów odbierałem za sztucznie kreowaną koniunkturę. Przyznam się bez bicia, że nie słyszałem debiutanckiego CD "Red Album", ale trzeba będzie nadrobić tę zaległość, bowiem następca, czyli opisywany "Blue Album" to kawał dobrej rockowej muzy. Grzebiąc w zakamarkach pamięci odnajduję tylko jedną kapelę, która gra w trochę podobny sposób - SLOUGH FEG (ich recenzji szukajcie na naszych stronach). Tyle, że tamci są do bólu archaiczni w graniu hard rocka, podczas gdy BARONESS zmierza do odświeżenia starej formuły i osadzenia jej w iście barokowym przepychu, dzięki czemu zachowuje się trochę jak MASTODON. Tu z kolei podobieństwo jest takie, że obie grupy stawiają na różnorodność i bogatą melodykę. Żadne tam naiwne refreny, ale prostota osnuta zmyślnymi i umiejętnymi aranżacjami. Na "Blue Album" objawia się to w wyrafinowany sposób poprzez dynamiczne, ale bardzo melodyjne kawałki (również dzięki gitarowym solówkom i śpiewaniu na wiele głosów) przetykane bardziej psychodelicznymi, często instrumentalnymi fragmentami. Starsi słuchacze odnajdą tu echa twórczości BLACK SABBATH, JETHRO TULL, WISHBONE ASH i LYNYRD SKYNYRD, młodsi pewnie pomyślą o CATHEDRAL, wspomnianym MASTODON, ale i ISIS na przykład. Ten materiał jest więc rodzajem pomostu między uniwersalną muzą sprzed wielu lat a eklektyczną z lat ostatnich i jakkolwiek by jej nie szufladkować - jest to muzyka po prostu dobra i na wiele przesłuchań. Ale wierzę, że przed BARONESS jeszcze wszystko co najlepsze. ![]()
BE'LAKOR - "Stone's Reach"(CD 2009 / Prime Cuts Music)Australia skrywa całkiem sporo mało znanych, a godnych zarzucenia uchem kapel. Jedną z nich jest na pewno BE'LAKOR, który debiutował co prawda w 2007 roku albumem "The Frail Tide", ale poznała go jedynie gromadka miejscowych fanów. Drugi materiał, "Stone's Reach", jest pieczołowicie przygotowywaną inwestycją, która ma szansę zainteresować znacznie większe grono miłośników melodyjnego i ambitnego metalu. Od pierwszych sekund słychać każdy dźwięk, co świadczy, że muzycy wybrali profesjonalne studio, a to przy takiej muzie jest to bardzo istotne. BE'LAKOR jest taką australijską odpowiedzią na kapele pokroju OPETH, INSOMNIUM i w pewnym sensie także DARK TRANQUILLITY czy PARADISE LOST. Rozbudowane kompozycje z misternie dopracowaną dramaturgią składają się z dużej dozy melodyjnych pasaży i akustycznych fragmentów, a do tego mamy growlowane wokalizy, mroczny klimat i prawie symfoniczny rozmach. Da się wyczuć diabelną wrażliwość tych muzyków, którym nieobca jest klasyka heavy metalu (np. IRON MAIDEN i SAVATAGE), a przy tym dokładnie przestudiowali płyty wcześniej wspomnianych zespołów i wyciągnęli z tych nauk odpowiednie wnioski. W niewymuszony sposób udało im się wycisnąć z siebie i własnych pomysłów zgrabnie wyważone elementy bardziej nastrojowe, podniosłe i melodyczne z tymi zdecydowanie drapieżnymi i agresywnymi. Być może czasami za dużo tu bezpośrednich nawiązań do "Orchid" i "Mourningrise" OPETH, ale jednocześnie BE'LAKOR nie chce usilnie czerpać choćby z "Blackwater Park". Zamiast tego oferuje swoje własne, uniwersalne spojrzenie na klimatyczny metal, w którym jest miejsce na kwieciste solówki, długie instrumentalne fragmenty, stonowane tony pianina czy gitary akustycznej oraz pełen wachlarz emocji. Dlatego co rusz nastrój sielanki burzy eksplozja gwałtownych uczuć, by po ich wyładowaniu przywrócić względne zrównoważenie. Warto też zwrócić uwagę na symboliczną wymowę obrazów umieszczonych na okładce i na rewersie - milczące i skryte w cieniu figury potrafią powiedzieć więcej niż tysiące słów. Zdecydowanie godna uwagi i bardzo muzyczna pozycja! ![]()
BLACK RIVER - "Black 'n Roll"(CD 2009 / Mystic Production)Z supergrupami często jest tak, że wszystko zaczyna się i kończy się na magii nazwisk. Muzyka jest, owszem, na wysokim poziomie technicznym, ale bywa, że jest robiona z arogancją i na zwyczajny odpiernicz. Coś na zasadzie "przecież jesteśmy znani i cokolwiek nagramy - ludzie i tak to kupią". Również u nas staje się to zasadą i pomijając może jedynie MASACHIST, to w ostatnim czasie mieliśmy same supergrupowe niewypały. BLACK RIVER jest - choć oni sami pewnie zaprzeczają temu faktowi - kolejną złożoną naprędce kapelą, która gra sobie gdzieś obok ich podstawowych obowiązków i zarabiania nie tak znowu małych pieniążków w bardziej znanych zespołach. W dużej mierze współtworzą ją muzycy, którzy spotkali się kiedyś w NEOLITHIC i można powiedzieć, że to jakby ciąg dalszy tej zasłużonej, chociaż pod koniec trwoniącej swój talent w mało przekonującej muzie grupie. A przecież wokalista Maciek Taff i gitarzysta Piotr "Kay" Wtulich z niejednego pieca jedli, a gdy dodać do tego jednego z najbardziej zajętych polskich bębniarzy Daray'a i równie aktywnego basistę Oriona, to już samo przez się nasuwa się, że nazwiska grają tu znaczące. "Black 'n Roll" to ich drugie spotkanie na srebrnym krążku, które zaowocowało jedenastoma rock 'n rollowymi kawałkami. Oni sami nazywają to - tak jak w tytule black 'n rollem - ale to najzwyczajniejszy w świecie stoner rock z pewnymi odniesieniami do hard rocka i na wskroś amerykańskiego southern rocka. Wpływy DANZIG, KYUSS, THE BLACK LABEL SOCIETY, PRIDE AND GLORY Zakka Wylde'a i tym podobnych są więcej niż słyszalne, a nawet mocno widoczne (vide wkładka w digipaku). Panowie pewnie bawili się podczas sesji nagraniowej świetnie, kawałki są luzackie i na swój sposób przebojowe, muza niezbyt skomplikowana i z rodzaju tych niezobowiązujących, popisy muzyków wyważone, a głos Maćka jak zawsze charakterny, ale mimo rock 'n rollowego charakteru za mało tu drapieżności, a za dużo pójścia na kompromis z muzycznym mainstreamem i przemawiającej przez to chęci wyrwania kilku lasek po koncertach. Paradoksalnie, najbardziej zadziornie wypadł "Jumping Queeny Flash", ale to oryginalnie numer THE ROLLING STONES z lekko zmodyfikowanym tytułem i wstępem zaczerpniętym z "God Save the Queen" THE SEX PISTOLS. I can't get no satisfaction! Can you? ![]()
BUNKUR - "Nullify"(CD 2009 / Displeased Records)Wszystkich fanów Martina Van Drunen'a i Wannesa Gubbels'a od razu na początku przestrzegam - to nie jest album, który im się spodoba. A dlaczego wspomniałem tych dwóch osobników związanych z ASPHYX, PENTACLE czy HAIL OF BULLETS? Ano dlatego, że współpracowali, bądź współpracują z BUNKUR. Ta enigmatyczna i działająca gdzieś na obrzeżach formacja dała się niektórym poznać przy okazji takiego splitu z brytyjskim MOSS wydanego przez naszą krajową Foreshadow Productions. Wówczas umieścili swoją przeróbkę "Erblicket die Töchter des Firmaments" BURZUM i tu również mamy mylny trop co do muzyki preferowanej przez Holendrów. Jeśli więc nie mają nic wspólnego z death i black metalem, to co prezentują na drugim pełnym albumie pt. "Nullify"? Ekstremalny i eksperymentalny drone doom metal. Na krążek składa się tylko jeden, trwający 77 minut i 11 sekund utwór tytułowy. Strach się bać, prawda? BUNKUR poszedł tu na całość, ale jednocześnie mnie osobiście rozczarował. Minimalistyczne ujęcie tematu zawarte w improwizowanych, bezdusznych i monotonnych dźwiękach nie jest czymś, co brzmi atrakcyjnie. "Nullify" ogranicza się do przeciągania pojedynczych dźwięków w nieskończoność, rzadkich uderzeń perkusji, pojedynczych, nierównomiernych tonów basu, przesterów i opętańczych wokaliz, choć początek tego nie zapowiadał. A co jest na początku? Rozgrzewająca się kolejowa lokomotywa, która po jakimś czasie powoli rusza i odjeżdża, pozostawiając nas sam na sam z tym, co wymieniłem chwilę wcześniej. Już nie chodzi o to, że nie ma tu żadnej linii melodycznej, ale o to, że nie ma żadnego rozwoju akcji, a eksperyment jest jak nasze sejmowe komisje śledcze. Dużo w tym hałasu, a nic z tego nie wynika. BUNKUR ma w składzie dwa basy, perkusję, dwóch wokalistów i zero pomysłu na to, jak pociągnąć jakikolwiek wątek. Ten materiał nie jest ani innowacyjny, ani intrygujący, ograniczający się jedynie do ekstremizmu z cyklu "jak zagrać najdłuższy kawałek w historii doom metalu najwolniej na świecie i jak przy tym zanudzić słuchacza". Bardzo mi przykro, że na tylko tyle było stać Holendrów. ![]()
BEHEMOTH - "Evangelion"(CD 2009 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)Czy powiedziano i napisano już wszystko na temat "Evangelion"? Uważam, że nie. W przypadku tak mocno wyczekiwanych płyt kapel, o których zrobiło się naprawdę głośno wolę nieco przeczekać, uspokoić emocje, dokładniej wsłuchać się w każdy detal, podczas gdy większość mediów na hurra starało się przypochlebić Nergalowi i spółce lub przekornie skrytykować najnowsze dokonanie BEHEMOTH. Już nie wspomnę o rzeszach internetowych "wojowników" opluwających z zazdrości ten krążek, a przy okazji każdego z muzyków. W takich chwilach wstyd mi, że jestem Polakiem i mniej cieszy mnie to, że "Evangelion" przez kilka dobrych tygodni pognębił na listach sprzedaży gwiazdy w rodzaju Michaela Jacksona, U2, Feel, Piaska i Rubika, na promocję których wydano tysiące, a stacje radiowe i telewizyjne do znudzenia grają ich piosenki, podczas gdy te same media BEHEMOTH traktują jedynie jako ciekawostkę natury socjalnej lub sprzedają debilne opowieści na temat związku Nergala z Dodą. I powiadam Wam na głos i wyraźnie, że naprawdę durni ludzie (nawet lub zwłaszcza wśród metalowej mniejszości) zamieszkują nasz kraj: najpierw kupują płytę, a potem wyrzygują na różnych netowych forach swoje frustracje oficjalnie zjeżdżając z góry do dołu i od prawej do lewej takie wydawnictwo, choć wiadomo, że po kryjomu z orgazmicznym wyrazem na twarzy i na klęczkach słuchają tego krążka. A prawda jest taka, że powinniśmy być dumni, iż na świecie liczą się z BEHEMOTH, a wiele kapel już teraz przyznaje się do inspiracji ich muzą. Nie trzeba uwielbiać tych dźwięków, wystarczy proste, kuźwa, odczucie, które nazywa się SZACUNEK. Sam jestem przykładem osoby, która nie wielbi muzyki tej kapeli, ale docenia profesjonalizm, samozaparcie i oddanie metalowej ekstremie Nergala i jego kolegów i tak też jest w przypadku "Evangelion". Może ten album nie jest żadną rewolucją i dziełem, które za lat -naście będzie wymieniane w jednym rzędzie z innymi klasykami pierwszej dekady XXI wieku, ale przynosi sporo ciekawych dźwięków, dobrze poukładanych i dobrze zagranych. BEHEMOTH nie eksperymentuje, bezpiecznie trzyma się swojej wersji grania death/black metalu, ubiera to w szaty potężnego i selektywnego brzmienia, a przy tym nie wygładza ani swojego przesłania, ani muzycznego ekstremizmu. Obok przystępnych dla przeciętnego metala / przeciętnej metalówy kawałków w rodzaju "Ov Fire And the Void" i "He Who Breeds Pestilence" umieścił na "Evangelion" miażdżące i ciężkie "The Seed ov I i "Alas, Lord Is Upon Me", ultraszybkie "Daimonion" i "Defiling Morality ov Black God", a na deser, zgodnie z regułą właściwego rozłożenia akcentów na płycie, serwuje monumentalne 8 minut pod tytułem "Lucifer". W tym ostatnim udzielił się gościnnie Maciej Maleńczuk z innego muzycznego świata i na pewno nie wydeklamował fragmentu wiersza Tadeusza Micińskiego dla kasy, ani też Nergal nie zrobił tego z marketingowych względów. Zauważcie zresztą, że dowodem na to, że z BEHEMOTH liczą się już nie tylko ekstremiści jest to, że właśnie Maleńczuk, a wcześniej Leszek Możdżer zgodzili się współpracować z Nergalem, co nie przydarzyło się wielu innym, nawet tym bardziej znanym kapelom z zagranicy. Dlatego bez bałwochwalczego bicia łepetyną, a za to z właściwym poczuciem rzeczywistości i poczuciem, że "Evangelion" to po prostu bardzo dobra płyta, wystawiam jej taką, a nie inną ocenę. A dwulicowym hipokrytom radzę, żeby dali sobie spokój ze słuchaniem metalu i zaczęli uprawiać buraki lub rzeżuchę. ![]()
BESTIA - "Ronkade Parved"(CD 2009 / Hexenreich Records)Nie myślałem, że takie zabiegi, jak przesłanie do webzina czy radia wersji materiału, na której dane jest usłyszeć 2-3 utwory w całości, a resztę we fragmentach stosują także zespoły z undergroundu. Raz, że pozbawia się w ten sposób recenzenta wglądu w to, jak brzmi całość, a dwa, że nawet wydawnictwa muzyczne już zrezygnowały z tego pomysłu, bo po prostu się nie sprawdził. A BESTIA to znowu nie tak znany zespół, by obawiać się piractwa, choć znając propagandowe zagrywki polityków ze Wschodu, z których mogło by wynikać, że ponad 70 lat temu byliśmy sojusznikami Hitlera wszystko jest możliwe... Cóż, niesmak wobec zabiegu, na jaki wpadła estońska kapela pozostał, bowiem miałem okazję usłyszeć raptem 4 numery z ich nowej płyty, a pozostałe to już bardzo krótkie urywki. Wcześniej słyszałem jedynie jedną z ich pierwszych demówek, ale postęp jest zauważalny. Wówczas grali surowy pogański black folk metal, podczas gdy najnowszy materiał to już zdecydowanie bardziej urozmaicona formuła takiego grania. Już pierwszy numer zaskakuje użytym w nim saksofonem, co w jakimś stopniu przypomina węgierskie SEAR BLISS (z tym, że tam akurat jest puzon). BESTIA idzie jednak bardziej w stronę jadowitego i bezpośredniego black metalu z korzeniami w Skandynawii, a zwłaszcza w Norwegii. To w sumie często zdarza się kapelom właśnie z krajów bałtyckich, jak Estonia, Łotwa czy Litwa. Jak sięgam pamięcią, wiele z nich od zawsze brzmiało tak, że te wpływy były słyszalne, a jednocześnie nie obawiały się śpiewania / skrzeczenia w swoim ojczystym języku. Tak też jest i z BESTIĄ, która zaznacza swoją odrębność i przynależność do tej, a nie innej nacji. Sądząc po angielskich tłumaczeniach tekstów, opowiadają o średniowiecznych bitwach, naturze, mitach związanych z pogańskimi plemionami zamieszkującymi ongiś te tereny itepe. A muzycznie, z tego, co udało mi się usłyszeć, dodają do black metalu elementy thrash'owe, folkowe, epickie i heavy metalowe, tu i ówdzie zostały użyte oprócz saksofonu także klawisze, flet i skrzypce. Decyzję o inkorporowaniu nieortodoksyjnych motywów podjęli w sumie słusznie, bo należy zrobić krok w przód, a nie w tył, nawet jeśli chce się grać pagan black metal. Dlatego z żalem stwierdzam, że 2 punkty odjąłem tylko za to, że akurat z przedstawieniem swojego najnowszego stuffu w tak okrojonej formie im nie wyszło... Niech mają nauczkę ;) ![]()
BLACK CRUCIFIXION - "Promethean Gift"(CD 2007 / Soulseller Records)Słychać, że ten materiał został nagrany na początku lat 90-ych. Charakterystyczne undergroundowe brzmienie, pierwsze odważne próby z użyciem klawiszy, mroczny, obskurny klimat... EP-ka "Promethean Gift" została wypuszczona w 1993 przez niesławną Lethal Records i dopiero 14 lat później wznowiona, już na CD, ze zmienioną okładką i wkładką oraz bonusowymi nagraniami. Bazuję na wersji holenderskiej Soulseller Records, chociaż współwydawcą jest podobno również Paragon Records z USA. Zacznę od początku. Już utwór tytułowy wskazuje, że fińskie BLACK CRUCIFIXION szło drogą zapoczątkowaną między innymi przez wczesnego SAMAEL'a i wybranych dźwięków z lat 80-ych, np. CELTIC FROST (czuć to szczególnie w "Flowing Downwards", który to kawałek umieszczono na tej płycie także w wersji koncertowej). W składzie swego czasu byli muzycy BEHERIT i wykorzystano to właściwie i z całą premedytacją przy promocji oraz w marketingu. Echa twórczości tego zespołu słychać w najstarszym z bonusów, czyli pochodzącym z demo z 1991 roku "Black Crucifixion", ale poza tym i pewną taką prostotą dźwięków żadnych podobieństw między tymi dwiema fińskimi formacjami nie ma. BLACK CRUCIFIXION koncertuje się na mozolnie budowanych utworach, niezbyt szybkich i na swój charakterystyczny sposób melancholijnych. Gdyby ktoś chciał wrzucić ich do jednego wora z pierwszą falą doom metalu (CANDLEMASS, "jedynka" PARADISE LOST, CATHEDRAL etc.), to wiele by się nie minął z prawdą. Podobnie jak z pewnymi podobieństwami do wczesnego MERCYFUL FATE czy na przykład tego bardziej akustycznego TIAMAT'u (bonusowy studyjny numer "Suomi Finland Saatana"). Mam nadzieję, że dzięki temu opisowi wiecie już co jest grane i czy warto sięgnąć po ten krążek, czy też ma sczeznąć w głębokich kanałach prahistorii. Ja nie rajcuję się "prometejskim darem", ale posłuchałem z niejaką przyjemnością i pewnym nieukrywanym sentymentem. Bo w tamtych czasach rzeczywiście dokonywała się duża rewolucja w ekstremalnym metalu, a to było jedno z ogniw... ![]()
BLOOD I BLEED - "Gods Out of Monsters"(CD 2009 / Selfmadegod Records)Nie miałem pojęcia jak określić ten materiał: czy jako pełny album, czy mini-CD. 23 mega-krótkie kawałki zamykają się w nieco ponad 17 minutach, co przy takiej intensywności i braku litości ze strony muzyków i wokalisty jest dawką i tak sporą. Oto bowiem BLOOD I BLEED zadebiutował czymś, co nie jest splitem, singlem czy epką, z czego zasłynęli przez ostatnie lata. Tu mamy wyłącznie ich własną twórczość (o sorry! "Lost" jest z repertuaru ENEMY SOIL), zero oddechu od początku do końca i dawkę bezlitosnego, non-stop chłoszczącego grind-core'a z punkowym zacięciem i społecznie zaangażowanymi tekstami. O dziwo w tej nawałnicy wyczaiłem ze dwie, a może trzy błyskawiczne, ale nie tak znowu pozbawione sensu solówki gitarowe a la thrash-core z lat 80-ych. "Gods Out of Monsters" nie zawiera muzyki dla miękkich zawodników, poszukujących technicznych rozwiązań lub math-core'owego wyrafinowania i wyrachowania. Co prawda zawody kto zagra najszybciej dawno się skończyły, ale tak ekstremalne tempa nadal są w stanie zmiażdżyć niejedną czaszkę kogoś nieodpornego na tak zawrotne szybkości lub przynajmniej sprawią, że gościu / gościówa zarzyga sobie chodnik w pokoju. Jedno, co mogę zarzucić Holendrom to to, że nie grają właściwie nic innego od ich ziomków z ENEMY SOIL czy DRUGS OF FAITH. Na tej grind'owej scenie wszystko polega na tym, że kolesie razem piją, palą, koncertują i wzajemnie wkręcają się do różnych wydawców, którzy z racji koneksji skłonni są podpisywać z nimi stosowne papiery. Dlatego jest jak jest i tego typu kapele pewnie nigdy nie doczekają się ode mnie "dziesiątki". Ale na niewiele mniej już czasem mogą liczyć... ;) ![]()
BONE GNAWER - "Feast of Flesh"(CD 2009 / Pulverised Records)Czego nie tknie się Rogga Johansson, zawsze musi być oldskulowe do bólu. Ten gościu chyba nie potrafi grać inaczej, jak to się robiło na samym początku lat 90-ych. Wystarczy przypomnieć sobie PAGANIZER, RIBSPREADER, THOSE WHO BRING THE TORTURE czy PUTREVORE. Jest tak maniakalnie aktywny, że kwestią czasu było połączenie sił z którąś z ikon klasycznego amerykańskiego death metalu. Jako, że większość z nich znajduje czas wyłącznie na swoje podstawowe kapele, tak więc los chciał, że na swojej drodze spotkał podobno chimerycznego i trudnego we współpracy Kama Lee z legendarnego MASSACRE, który ostatnio nigdzie nie może zagrzać miejsca i jego działania były bardziej wirtualne niż rzeczywiste. Widocznie obaj lubują się w krwawych opowiastkach zawartych w krótkich i konkretnych death'owych formach, dogadali się tak czy siak i tak oto zrodził się początkowo raczej konceptualny projekt REVOLTING, który wkrótce przeistoczył się w regularny zespół o nazwie BONE GNAWER. Do Roggi (tu grającego na basie) i Kama dołączyli jeszcze dwaj Szwedzi: bębniarz Morgan Lie z NAGLFAR oraz gitarzysta Ronnie Bjornstrom, który prowadził kiedyś melo-death'owy EMBRACING. "Feast of Flesh" to - jak już napisałem wcześniej - oldskul pełną gębą, ale bliżej mu do smolistego i zbrutalizowanego grania w amerykańskim stylu niż twórczości MASSACRE, o czym spekulowano, zanim znane były nagrania BONE GNAWER. Chociaż w sumie, dzięki charakterystycznemu głosowi byłego frontmana MASSACRE, skojarzenia będą. Tak jak i od strony muzycznej, bo tematyka i brzmienie są zbliżone do tych znanych z płyt CANNIBAL CORPSE czy SIX FEET UNDER, tu i ówdzie pobrzmiewają echa starego SLAYER'a kontynuowane później choćby przez naszego VADER'a czy INCUBUS, w co najmniej dwóch kawałkach gitary pracują jak na "Leprosy" DEATH, a w paru miejscach szwedzki grobowy sound a la Sunlight również jest odczuwalny. Ważne jest jednak, że wszystko to służy urozmaiceniu materiału, który jest na równi brutalny, jak i nośny, a skandowane refreny w rodzaju "Cannibal Cookout" i "Hammer To the Skull" pozostają na dłużej w pamięci. Gościnny udział wokalistów NECROPHAGII, IMPETIGO i MACHETAZO jest już czysto symbolicznym, marginalnym i PR-owskim pociągnięciem. "Feast of Flesh" może być mimo to sentymentalną podróżą dla starych fanów, dla nowych czymś, co skłoni ich do poszukiwań płyt powstałych przed niemal dwiema dekadami, a ogólnie BONE GNAWER może znaleźć się na kartach historii death metalu. O ile oczywiście nie skończy się tylko na tym jednym wydawnictwie... ![]()
BRING YOUR OWN KNIFE - "End"(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)Ta szwedzka kapela powstała w 2006 roku i ma na swoim koncie oprócz debiutu w postaci albumu "End" demówkę "Regrets from Inner Void" wydaną w 2007 roku. Muzycznie chłopaki poruszają się w obrębie metalcore. Jest melodyjnie, rytmicznie z mocnym wokalem. Wiadomo - w pewnym okresie wypływ kapel metal core'owych był dosyć spory i tylko niektóre kapele miały coś więcej do zaprezentowania. BRING YOUR OWN KNIFE zalicza się jeszcze do kapel poszukujących. Wiedzą co chcą grać, jednak muszą jeszcze popracować nad strukturą swoich utworów. Brakuje mi w tym wszystkim jakiegoś pazura, zacięcia, czegoś, co wyróżniłoby ich z setek podobnych kapel. Mamy tutaj ładny gitarowy utwór "Transcend", pozwalający odpocząć i złapać oddech. Następny po nim "Enter Jotun" jest już typowy kawałek z mocnym riffem prowadzącym cały kawałek. Ciekawym numerem jest "Broken", chociaż początek sugerowałbym trochę mocniejszy i szybszy, i jest to najdłuższy numer na tej płycie. "The Truth" jest chyba najlepszy kawałkiem na tej płycie, mamy tutaj zwolnienia z melodyjną gitarą, rytmiczne pochody i mocne, typowe metal core'owe przyśpieszenia. Zespół ma kilka ciekawych pomysłów, jednak brakuje mi własnej tożsamości kapeli. Wiem, że jest to debiut i nie jest źle. Liczę, że kapela będzie potrafiła pokazać nam swoje własne oblicze, bo niestety momentami ma się odczucie, że to już gdzieś słyszałem. Podsumowując, nie jest źle, ale też materiał nie powala na kolana. Trzeba jeszcze trochę włożyć w to wszystko pracy, by można było dać lepszą notę. Na razie mocna szóstka. ![]()
BROKEN SWORD - "Angel With Darkest Heart"(CDR 2007 / własna produkcja zespołu)Na debiucie pt. "Hearts Filled With Metal" BROKEN SWORD jeszcze szukało swojego miejsca w świecie metalu, dlatego z perspektywy czasu ta ich muzyka sprzed kilku lat wydaje się nie poukładana, choć już nosiła pewne znamiona oryginalności. Drugi materiał, który na wskutek przyczyn obiektywnych (oczywiście Poczta Polska znowu się "popisała", bo kiedyś "zgubiła" przesyłkę z tym materiałem :/ ) dotarł do mnie dopiero w drugiej połowie 2009 roku, różni się, i to dość znacznie, od poprzedniego. Przekaz muzyczny, jak i tekstowy jest bardziej dosadny i zdecydowany, mimo że BROKEN SWORD nadal nie ogranicza się do zamykania w jednej konwencji. Trochę może zmylić klimatyczne, mroczne intro "The Last Crusade", ale dalej jest już bardziej metalowo. Przewijają się elementy death metalowe, np. poprzez konkretne growle, techniczne zagrywki i brutalistyczne zapędy, ale obok nich sporo tu motywów z klawiszem w jednej z głównych ról (gościnny udział producenta Jacka Melnickiego, bez którego ten materiał brzmiałby pewnie bardziej ubogo), klimatycznych pasaży i ciągotek do atmosferycznego black metalu. Warszawska ekipa najlepiej znajduje się właśnie w takim demonicznym nastroju, który najpełniej obrazują takie kawałki, jak "Unholy One" i "Hellish Fire Burning" (czy tylko ja słyszę, że istnieją w nich pewne podobieństwa do HERMH?). Nie jest to żadne novum, bo mieszaniem tzw. "klimatów", death i black metalu zajmowało się przed nimi już wielu, ale BROKEN SWORD wychodzi to całkiem nieźle. Szkoda jedynie, że utwory są jeszcze zbyt poszarpane, chwilami nieskładne i czasami także przekombinowane. Nie chodzi o to, by atakowali przesadną dynamiką, nawałnicą gęstych dźwięków czy jednorodnością - bo od tego wszystkiego uciekają - ale, by popracowali nad aranżacjami i powyrzucali zbędne wątki. Przecież także techniczna muzyka może być bardziej płynna i zjadliwa. Jako że "Angel With Darkest Heart" to materiał sprzed trzech lat, a grupa nadal działa, mam przeczucie, że przynajmniej część tych wad poprawili i trzecia odsłona przyniesie jeszcze lepsze i ciekawsze efekty. ![]()
BURNT BY THE SUN - "Heart of Darkness"(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing)Byłem pod wrażeniem "Soundtrack To the Personal Revolution" z 2002 roku i nie mniejszym po zapoznaniu się z kolejnym albumem, wydanym rok później "The Perfect Is the Enemy of the Good". To była mocno pokombinowana muza, zagrana z matematyczną precyzją, ale przy tym pełna pomysłów i ciekawych rozwiązań. W swoim czasie BURNT BY THE SUN było jedną z wyróżniających się kapel w katalogu Relapse Records. W tym roku powrócili jeszcze jedną, podobno pożegnalną płytą "Heart of Darkness" i szczerze mówiąc mnie rozczarowali. Gdzieś zagubiły się pomysłowe rozwiązania, a muzycy poszli w stronę krótkich form, w których nie liczy się technika, a pałer rozkręcony na full. Może komuś to odpowiada, ale po tak ambitnych gościach spodziewałem się czegoś zakręconego i wyrafinowanego, a nie ukłonu w stronę jedno- lub dwusezonowych fanów muzyki, dla których liczy się mało oryginalne napieprzanie i rozwrzeszczany wokalista. Moim zdaniem nastąpił tu pewien regres, bo w takiej muzie lepiej czuł się choćby CROWBAR, a inni, którzy startowali wraz z BURNT BY THE SUN pod szyldem Relapse już dawno zdążyli poszerzyć swoje twórcze horyzonty (vide MASTODON). Mimo to jest tu kilka godnych odnotowania numerów, jak energetyczne "Inner Station" i "Cardiff Giant" na sam początek, motoryczne, sludge'owo-thrash'owe "There Will Be Blood", podobnie brzmiący "Goliath" czy ciężkie i niepokojące "Rust (Primitive Future)". W tym ostatnim nie wadzi nawet podobieństwo do NEUROSIS, ISIS i tym podobnych. Jako całość jednak, płyta sprawia wrażenie skleconej naprędce, zbyt jednowymiarowej, dalekiej od nowatorstwa i po prostu wtórnej i byle jakiej. Szkoda, że w ten właśnie sposób żegnają się z szyldem BURNT BY THE SUN, choć z drugiej strony jestem pewien, że wkrótce usłyszymy o tych muzykach grających w kilku kolejnych konstelacjach. ![]()
BITTERNESS - "Genociety"(CD 2009 / G.U.C. Records)Nie ma co ukrywać i ściemniać - Niemcy wypuściły kilka świetnych kapel, ale przy okazji też całą masę chłamu i zwykłego szajsu. Na szczęście nie muszę tego pisać o kompletnie mi nieznanym, a działającym już lat kilka BITTERNESS. Może mistrzami świata nie są i nie podbiją świata swoją muzyką nagraną na czwartym albumie "Genociety", jednak bez kompleksów wobec największych tworzą całkiem zgrabną mieszaninę klasycznego i agresywnego thrash'u i zaprawionego od czasu do czasu szczyptą melancholii melodyjnego death metalu. Żadne tam klecenie zerżniętych z IN FLAMES melodyjek, a jedynie środek wzbogacający konkretne, szybkie i energetyczne granie. Trójka Niemców ma ciągoty do tworzenia niezbyt skomplikowanych, ale jednocześnie zmieniających się lub ewoluujących z minuty na minuty kawałków. Dlatego na przykład po żwawym fragmencie następuje gitarowy pasaż trochę w stylu AT THE GATES, a potem powraca poprzedni motyw, ale zagrany już nieco inaczej, chociażby w innym tempie. BITTERNESS trochę przesadza z tym w ponad sześciominutowym "Dehumanized", ale potem następuje świetne i kojarzące mi się z niektórymi kawałkami CORONER, TESTAMENT, DESTRUCTION czy FORBIDDEN "The Human Resource Derangement" i wszystko wraca do pozytywnej normy. Ważne jest to, że ci trzej kolesie kombinują, nie zamykają się w pewnych sztywnych ramach, a zamiast pozalepiać dziury w aranżacjach tandetnym klawiszem wolą dać wykazać się basowi i tak to mniej więcej wygląda na tym krążku. Pewnie za parę miesięcy już tego dysku nie zapakuję do odtwarzacza, lecz póki co słucham go z ciekawością i bez obrzydzenia. ocena: 7/10 ![]()
BLOOD DRIES FIRST - "Thoughts Like Daggers"(CDR 2009 / własna produkcja zespołu)Mikołaj Rej napisał ongiś, że "Polacy nie gęsi i swój język mają". Jakoś tak się jednak utarło, że zespoły muzyczne śpiewają po angielsku, przejmujemy z anglosaskich krajów słownictwo i zwroty, wszelkie trendy to właśnie stamtąd docierają do nas i niestety także wszystko to, co najgorsze powstało w zachodniej demokracji. Czasem ma to dobre strony, jak to bywa z niektórymi kapelami, które czerpią z dobrych zagranicznych wzorców, ale przy tym starają się te wpływy przekuć na coś swojego. Dlatego trochę dziwi mnie, że dość anemicznie rozwija się scena z grupami inspirującymi się tym co jest wydawane między innymi przez Relapse Records. Wiecie, mieszanie różnych ekstremalnych stylów, kombinowanie i brutalna, a jednocześnie wysoce zaawansowana techniczna jazda... Nieśmiało pojawiły się u nas HEATENIC NOISE ARCHITECT, MOTHRA i poniekąd należy do tej grupy również BLOOD DRIES FIRST. Młoda to kapela, więc jeszcze szarpie się z dylematem w którą stronę zmierzać - czy obrać bardziej metal-core'owy kierunek, czy raczej przełożyć na język pokręconego metalu granie w stylu THE DILLINGER ESCAPE PLAN, MASTODON czy DYING FETUS? Na razie wygląda na to, że próbują mocować się z tą drugą opcją, choć nie uciekają aż tak bardzo od tej pierwszej. W krótkich, najczęściej trzyminutowych kawałkach zawierają dużo energetycznego łomotu z konkretnym, choć czytelnym growlem, łamiącym się rytmem urozmaiconym różnymi przeszkadzajkami i jeszcze nielicznymi, acz konsekwentnymi dodatkami w postaci różnych gitarowych wtrętów. Przydałyby się mimo wszystko jakieś gitarowe solówki i może bardziej śmiałe przełamywanie schematów, ale wszystko jeszcze przed nimi. Na razie zaistnieli 5-utworowym demo (pierwszy numer to instrumentalne, trochę udziwnione "Preludium") zapakowanym w gustownym kartoniku i czas pokaże, czy wystarczy im samozaparcia, czy pochłonie ich - tak jak wiele innych kapel przed nimi, niestety - niebyt. ocena: 6,5/10 ![]()
BLUTVIAL - "A Speak of the Devil"(CD 2009 / Spikefarm Records & Mystic Production)Kult starego DARKTHRONE, MAYHEM i BURZUM ma się dobrze. Tysiące kapel idzie tropami swoich idoli i chyba na tym to polega. Zero oryginalności, 100 procent "old true spiritu". Nawet tak ogranym w sumie muzykom, jak Aort'owi z CODE i Ewchymlaen'owi z REIGN OF EREBUS zebrało się na granie black'owej sieczki w stylu "Under a Funeral Moon". Oczywiście dorzucili do tego sporo swoich doświadczeń i pomysłów, ale bazą dla debiutu BLUTVIAL jest właśnie necro-"surówka": toporne i obskurne, ale przy tym skuteczne gitarowe akordy, cykające blachy, szybko pukający werbel i bezkompromisowe wokale. Taka formuła świetnie sprawdza się w otwierającym płytę numerze (nomen omen) "Full Moon Possession" i w kilku innych momentach. Może w odróżnieniu od DARKTHRONE bardziej słychać tu bas, który po dogłębniejszym przesłuchaniu trochę miesza w tej na pozór prostej muzie. Dwaj Angole pozwolili sobie na nagranie dość długich kawałków, z których dwa wykraczają poza granicę 10 minut. Tu już w ogóle wpadają w trans powtarzania pewnych motywów, co z jednej strony trochę nudzi, ale z drugiej wytwarza specyficzną atmosferę, w której strach miesza się z desperacją, a opętanie z rytualnym samookaleczaniem. Ponadto już same wisielcze, doom'owe tempa w "1584" mogą kojarzyć się z całym nurtem suicidal black metalu i szwedzkich "nawiedzonych" hord, chociaż tytuł z pewnością nawiązuje bardziej do mrocznych kart historii ludzkości. Zresztą "A Speak of the Devil" w pewien sposób odnosi się do Średniowiecza z plagami zarazy, inkwizycją, paleniem czarownic, otchłanią dzielącą motłoch od nigdy nienasyconego kościoła i totalną negacją materializmu u ascetów, co tematycznie i klimatycznie też przybliża BLUTVIAL do całej watahy WATAIN'opodobnych tworów. Jednak uprzedzam, że u źródła tej muzy leżą raczej "dwójka" DARKTHRONE, "De Mysteriis Dom Sathanas" wiadomo kogo i pierwsze trzy wydawnictwa BURZUM ("Hiraeth" to taka swobodna interpretacja "Hvis Lyset Tar Oss" bez klawiszy). Mocna i inna od wydawanej na morgi papki pozycja w katalogu fińskiej Spinefarm / Spikefarm Records. ocena: 8/10 ![]()
BIBLEBLACK - "The Black Swan Epilogue"(CD 2009 / Vic Records & Mystic Production) Mike Wead nie chce dać o sobie zapomnieć. Podczas, gdy King Diamond zastanawia się nad kolejnym koncepcyjnym swojego zespołu i sensem wydania długo oczekiwanego przez fanów krążka MERCYFUL FATE, gitarzysta związany z duńskim ekscentrykiem powołał do życia demoniczny band BIBLEBLACK. A w składzie obok mistrza sześciu strun nieco mniej znani muzycy pogrywający między innymi w MEMORY GARDEN, THE BEREAVED czy NATTAS, w tym wokalista polskiego pochodzenia, Kacper Rozanski. "The Black Swan Epilogue" to z jednej strony dość podobne oblicze Wead'a do tego, co robił wcześniej, ale z drugiej strony pewne zaskoczenie, bowiem dominują tu, rzecz jasna, dźwięki melodyjne i nawiązujące na przykład do tych bardziej mrocznych fragmentów płyt Kinga Diamonda z ogromną ilością solówek, ale podane w sosie czerpiącym zarówno z technicznego death'u, thrash'u, prog-metalu, jak i power metalu. Nasz rodak na wokalu wydaje z siebie iście black'owe dźwięki, a wspomagają go tu i ówdzie frontmani STEEL ATTACK, TAD MOROSE, MEMENTO MORI oraz HEARSE. Wydawać by się więc mogło, że Mike będzie miał też ciągoty do kontynuowania doom metalowej koncepcji znanej z ABSTRAKT ALGEBRA, podczas gdy BIBLEBLACK brzmi bardziej agresywnie i diabolicznie. Wystarczy wsłuchać się na przykład w rwące do przodu "Mourning Becomes Me" i "Bleed", mistyczny i pokombinowany "I Am Legion" lub instrumentalny, nawiązujący do muzyki klasycznej "Stigma Diaboli". Już z nieco innej bajki jest umieszczony na końcu gotycko-epicko-symfoniczny numer tytułowy. Dla potrzebujących konkretnych wskazówek gdzie można umieścić BIBLEBLACK podam parę nazw, które mogą skojarzyć się podczas słuchania muzy z tej płyty: NEVERMORE, CHILDREN OF BODOM, późny DEATH, KING DIAMOND BAND, DIMMU BORGIR, CANDLEMASS, PAIN OF SALVATION... Brzmi intrygująco, prawda? Majstersztykiem bym nie nazwał tego wydawnictwa, ale wyróżnia się in plus w całej masie chłamu, jaki próbują nam wciskać zwłaszcza duże koncerny płytowe. ocena: 7/10 http://bibleblack.se www.myspace.com/bibleblackofficial www.vicrecords.com autor: Diovis ![]()
BIRDS OF PREY - "The Hell Preacher"(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing) Nazwa tej kapeli obiła mi się już wcześniej o uszy. Widocznie nie było to jednak nic na tyle spektakularnego, abym mógł wygrzebać bez problemu z pamięci co i jak. Nowy album pod tytułem "The Hell Preacher" najpierw przykuwa uwagę diabolicznym zdjęciem na okładce, co nie zapowiada przyjemnych dźwięków. I w sumie tak właśnie jest. Ciężkie riffy na początek, powoli rozpędzające się i głos wokalisty do złudzenia przypominający Jan-Chrisa De Koeijer'a z GOREFEST. Zresztą nazwa tej grupy często nasuwała mi się na myśl podczas słuchania tych dwunastu kawałków. Takie death 'n rollowe granie z szybszymi przebitkami i prawie sludge'owymi dołami to swoisty znak firmowy tego krążka. Relapse Records zawsze lubowało się w takich zamulonych brzmieniach, klimacie zadymionej knajpy, w której na pierwszy plan wysuwa się docierający do nozdrzy zapach zioła, a zaraz potem dostrzegamy stojącą na małej obskurnej scenie kapelę grającą na gitarach niezbyt skomplikowaną muzę z szeleszczącymi blachami. Taki właśnie jest BIRDS OF PREY, zahaczający o nastroje i ciężary znane z płyt EYEHATEGOD, BLACK SABBATH, ORANGE GOBLIN i ALABAMA THUNDERPUSSY, a przy tym nie pozbawione drapieżności i death metalowych naleciałości. Obok typowych "walców" w rodzaju "Juvie" czy "Tempt of the Disciples" mamy tu przecież eksplodujące szybkimi nawałnicami "Momma", "Blind Faith" i "Warriors of Mud... The Hellfighters", bardziej wypośrodkowane i zrównoważone numery, jak "Taking On Our Winter Blood" i "The Excavation" oraz na wpół akustyczny instrumental "The Owl Closes In". Na tej płycie znajdą więc coś dla siebie również fani późniejszego ENTOMBED, KONKHRY, wspomnianego GOREFEST, a nawet miłośnicy hard-core'owej nawalanki, MOTORHEAD i... SLAYER'a. Ot, taki niezobowiązujący kawałek muzy, która pewnie nie przejdzie do historii, ale grupę zwolenników tu i ówdzie znajdzie. Ale jak dla mnie, za dużo tu oklepanych riffów i motywów (vide "Tempt the Disciples"). ocena: 6,5/10 www.myspace.com/birdsop www.relapse.com autor: Diovis ![]()
BLINDEAD - "Impulse"(MCD 2009 / Lou&Rocked Boys & Foreshadow Music) Po wydaniu "Autoscopia: Murder In Phazes" nagle wszyscy są zainteresowani słuchaniem i wydawaniem muzyki BLINDEAD. Wzrosła gwałtownie popularność tego zespołu... można by rzec, że zaistniało coś w rodzaju snobistycznego pędu ku tej kapeli. Oczywiście wietrzę w tym kolejną "teorię spiskową", jednakże nie da się ukryć, że dziwi mnie całe to zamieszanie. A może po prostu potrzebowaliśmy u nas w kraju kogoś, co ruszyłby metal w nieco inną stronę niż black czy death metal? I chociaż powszechnie wiadomo, że BLINDEAD wywodzi się ze sludge'owego nurtu wykreowanego i rozwijanego przez NEUROSIS, CULT OF LUNA czy ISIS, to już teraz równają do tych najlepszych. Też nie od razu doszli do tego punktu i powoli ewoluowali - od nieco sabbath'owskiego, stoner metalowego grania po przestrzenne, płynące niczym magma dźwięki. EP-ka "Impuls" idzie na fali poprzedniego albumu - tu mamy niejako kontynuację pewnych elementów, dlatego pierwszy z trzech numerów pt. "Impulse" to w dużej mierze walcowaty kawałek z przewagą growli w partiach wokalu, na co chyba czekali ci, którym tego trochę brakowało na "Autoscopii". W trwającym ponad 16 minut utworze nie brakuje też transowych akustyków, wbijających w ziemię doom'owych riffów, psychodelicznych fragmentów i narkotycznej aury. Słowem wszystko, co BLINDEAD ma w tej chwili do zaproponowania w jednej wielkiej pigule. Ekipa Havoca pozwoliła sobie jednak na tej epce na więcej eksperymentów i bynajmniej nie poszła na łatwiznę. Nie tak znowu łatwy w odbiorze jest nieco senny w wymowie i zdecydowanie elektroniczny "Between" łączący "Impulse" z trzecią kompozycją pod tytułem "Distant Earths". W tej ostatniej BLINDEAD pozwoliło sobie na zupełnie świeżą i nie wypróbowaną przez siebie dotąd formułę, bowiem bazę utworu stanowi elektroniczne, prawie że ambientowe tło i żeńskie zaśpiewy. Dopiero po około trzech minutach włączają się do tego męski głos, perkusja oraz zniekształcone brzmienia gitar i basu. Jak na niezbadane przez siebie rejony, BLINDEAD radzi sobie naprawdę bardzo dobrze i nie brnie po omacku niczym ślepiec. Pomimo, że cały materiał trwa zaledwie 31 minut, dzieje się tutaj dużo i wiadomo już, że na następnym albumie może być niesamowicie. Tylko błagam - niech przypadkowi słuchacze nie uczepiają się na siłę do tego zespołu, bo doprowadzą do małej katastrofy i zepsują naprawdę wartościową formację. ocena: 8/10 http://blindead.net www.myspace.com/blindead www.foreshadow.pl autor: Diovis ![]()
BRIGHT OPHIDIA - "Set Your Madness Free"(CD 2009 / Revolution Records & Witching Hour Productions) Ciekaw jestem co powiedzą co niektórzy fachowcy po "lekturze" nowego albumu białostockiej ekipy? Czy nagle stwierdzą, że tak wyśmienitej kapeli w naszym kraju dawno nie było, czy skłamią, że słuchali jej od "zawsze"? A może wpakują ich do jednej szuflady z wszystkimi innymi klonami DREAM THEATER? Już widzę te "ochy" i "achy", zachwyty i entuzjastyczne recenzje, w których nie ma za grosz profesjonalizmu i podstawowej wiedzy na temat muzyki... BRIGHT OPHIDIA miała w przeszłości pecha, bo trafiła na kompletnie nie dbającego o promocję wydawcę, który zajmował się jedynie (i nadal niestety to robi) nie zawsze uczciwymi działaniami. Dlatego w przepastnym worze wydawnictw tej firmy obok totalnego chłamu i grup z rozkapryszonymi wokalistkami przepadł bardzo dobry moim zdaniem, drugi album białostoczan pod tytułem "Red Riot" z 2004 roku. Zwrócili wówczas moją uwagę zgrabnym przechodzeniem z konwencji w konwencję, mieszaniem różnych klimatów i wysokim poziomem wykonawczym. Nie inaczej jest na nagranej kilka lat później, a nam współczesnej "Set Your Madness Free". Zgodnie z tytułem, szaleństwo zostało uwolnione i mamy tu trudny do ogarnięcia, ale bardzo przemyślany misz-masz prog-metalu, death metalu, gotyku, jazzu, industrialu i rocka. W ramach każdego z numerów dzieje się naprawdę bardzo dużo, w czym zasługa zarówno wszechstronnego wokalisty Adama "Gethsemane" Bogusłowicza, jak i wszystkich pozostałych muzyków. Szczególną uwagę zwracają zagmatwane partie gitar, połamana rytmika, ciekawe smaczki, tu i ówdzie użyty saksofon oraz umiejętnie wplecione brzmienia klawiszy (między innymi świetne partie melotronu!). Dzięki temu można się tu doszukać pewnych konotacji z tak różnymi zespołami, jak PORCUPINE TREE, PINK FLOYD, KING CRIMSON, KORN, MESHUGGAH, DREAM THEATER, FAITH NO MORE, a jednocześnie BRIGHT OPHIDIA brzmi dokładnie tak, jak to sobie wymyślili, czyli jak... BRIGHT OPHIDIA. Godne to uwagi, bo w Polsce tak naprawdę mieliśmy dotąd tylko kilka kapel, które brzmiały oryginalnie, świeżo i nie miały swoich odpowiedników wśród mniej lub więcej znanych zespołów z zagranicy. Sztuka to nie lada i mnie osobiście ta płyta naprawdę rajcuje. Można jej słuchać wiele razy i wciąż doszukuję się nowych rzeczy, na które nie zwróciłem uwagi za poprzednim razem. W tym miejscu polecam przykładowo siódmy na krążku "Brainscar", w którym można odnaleźć rasowe metalowe grzańsko, jazzujące fragmenty, elementy flamenco i muzyki etnicznej, a to jeszcze nie wszystko. A że cały album brzmi doskonale dzięki Hertz Studio i samego zespołu, to nic, tylko należy atakować tym materiałem tak zwany West. Bo u nas i tak znajdzie się jedynie mała grupka osób, którym to pokręcone, wyrafinowane i wymagające skupienia granie się spodoba. Snobów i "znawców" z co niektórych mediów nie wliczam, gdyż tępię debilizm, niekompetencję i pozerstwo. ocena: 9/10 www.brightophidia.com www.myspace.com/brightophidia www.revolution-records.com autor: Diovis ![]()
BLACK SUN AEON - "Darkness Walks Besides Me"(CD 2009 / Cyclone Empire Records) Oryginalnie podobno miał to być wspólny projekt muzyków AMORPHIS, BEFORE THE DAWN, MOONSORROW, MOONSPELL, SINAMORE i SOTAJUMALA. I właściwie tak się stało. Tyle że zabrakło kogokolwiek z MOONSPELL i że jest to na dobrą sprawę twór w pełni dowodzony przez lidera BEFORE THE DAWN i DAWN OF SOLACE - Tuomasa Saukkonena. Muzyk znany z tworzenia klimatycznej, ale przy tym metalowej muzyki nawiązującej do najlepszych tradycji death/doom i gothic także w BLACK SUN AEON przywołuje ducha wczesnych dokonań AMORPHIS, PARADISE LOST, KATATONII i TIAMAT, wzbogacając to o fińskie brzmienia spod znaku SWALLOW THE SUN i paru kapel nagrywających dla Firebox Records. Można tu więc zarzucić pewne zmagazynowanie rzeczy, które ma swoich zwolenników i podporządkowanie pomysłu sprawdzonej publice. Inna rzecz, że debiutancki album jest czymś, wobec czego trudno przejść obojętnie, pod warunkiem, że ktoś lubi melodyjne i atmosferyczne granie. Trzeba przyznać, że Tuomas tworzy zgrabne kawałki, sam obsługuje prawie wszystkie instrumenty, a przynajmniej wygrywa tu większość partii, udzielając na krążku gościny innym grajkom. A przede wszystkim zapraszając znamienitych wokalistów, stąd więc pewnie te pogłoski, jakoby miał to być rodzaj "all-star" bandu w świecie klimatycznego metalu. No to po kolei... Pierwsze dwa utwory to popis talentów rzeczonego Tuomasa, którego wspiera czystymi wokalizami Mikko Heikkilä z SINAMORE. W "Chapter 3. (A Song For My Demise)" pojawia się po raz pierwszy Mynni Luukkainen z SOTAJUMALA, ale nie zmienia to postaci rzeczy, ponieważ stylistyka niewiele się zmienia. W czwartej pieśni pod tytułem "Chapter 4. (A Song For My Sorrow)" piętno odcisnął Tomi Koivusaari z AMORPHIS i trzeba przyznać, że ten utwór brzmi jak wczesne nagrania fińskiej legendy, która w dalszej części swojej działalności poszła w bardziej "miękkie" regiony. Można by rzec, że AMORPHIS dawno nie brzmiało tak potężnie i zarazem klimatycznie. Bardziej epicko i doom'owo robi się w "Chapter 5. (A Song For My Weakness)", gdzie z kolei swoich growli użyczyli zarówno wspomniany już Mynni Luukkainen, jak i Ville Sorvali z MOONSORROW. Jeszcze bardziej monumentalnie robi się w szóstej odsłonie tej płyty, lecz tu gości już nie ma, poza wokalistą SINAMORE rzecz jasna. W kolejnych dwóch numerach powracają frontmani MOONSORROW i SOTAJUMALA, aż docieramy do ostatniego, bonusowego numeru "Chapter 9. (A Song For the One Who Passed Away 4.9.2008)", który jest już w pełni instrumentalny i spina klamrą całość "Darkness Walks Besides Me". Już podsumowując ten przydługawy opis o tym kto, co i jak, napiszę, że BLACK SUN AEON okazuje się jak na razie najbardziej dojrzałym obliczem Tuomasa Saukkonena, choć chwilami nazbyt zachowawczym i statycznym. Muzyk trzyma się wytyczonej drogi, wpatrzony w historię melodyjnego, smutnego i na swój sposób pięknego metalu. Parę osób powinno być naprawdę zachwyconych. Ale okładkę wszyscy zgodnie określą jako słabą i nie wnoszącą niczego ciekawego. ocena: 7,5/10 www.blacksunaeon.com www.myspace.com/aeonoftheblacksun www.cyclone-empire.com autor: Diovis ![]()
BURIED INSIDE - "Spoils of Failure"(CD 2009 / Relapse Records & Rockers Publishing) Z kraju "Klonowego liścia" wywodzi się BURIED INSIDE. Załoga będąca pod przemożnym wpływem NEUROSIS i dowodząca tego, jak bardzo rozprzestrzeniła się w XXI wieku plaga sludge-core'a. Co ciekawe, poza pojedynczymi przypadkami faktycznych klonów i nieudolnych imitacji większość kapel robi swoje w tej nadal rozwijającej się i pozwalającej na swobodne improwizacje stylistyce. Nie inaczej jest i z tą formacją. Przy powierzchownym odsłuchu można mieć wrażenie, że to kolejna wariacja na temat NEUROSIS, ale pod tą stylistyczną przykrywką znajduje się odrobinę więcej. Punktem wyjściowym i bazą są długie frazy oparte o wyraziste, leniwie płynące akordy i przestrzenne gitarowe improwizacje oraz masywna sekcja rytmiczna, a na tym tle mamy krzyczącego w desperacji wokalistę. Po raz kolejny napiszę, że to nic nowego, bo tak grają praktycznie wszystkie uznane ekipy spod znaku sludge-core'a, czyli ISIS, CULT OF LUNA, DIRGE i wiele innych. BURIED INSIDE czuje się jednak w takiej konwencji jak ta przysłowiowa ryba w wodzie, tak więc nawet jeśli motywy się zapętlają i powtarzają, to wcale nie nużą. Owszem, pomysłów nie mają aż tak wiele i tak odważnych jak ich mentorzy z NEUROSIS, nie odpływają w ambientowe klimaty, za to nadrabiają to szczerością i masywnością osiągniętego efektu. Można być też pod wrażeniem umiejętności rozwijania prostego w sumie wątku głównego, na który nakładają się kolejne warstwy gitar, mocno mieszająca perkusja i wprowadzający w stan transu patologiczny wręcz klimat obłąkania i rezygnacji. Takim numerem jest najdłuższy na płycie, bo ponad 11-minutowy "III". Gdyby "Spoils of Failure" składało się wyłącznie z takich kompozycji, byłoby trochę jednostajnie. Na szczęście w chwilę potem następuje już bardziej skondensowane i nie pozbawione energii "IV", jest też trochę spokojniejszych, akustyczno-przestrzennych fragmentów. Mam świadomość, że znajdą się tacy "znawcy", którzy stwierdzą, że ta płyta to jedna wielka nuda, sound jest archaiczny, a zespół niegodny uwagi. Taka to już estetyka... Ja na pewno nie stawiam Kanadyjczyków na piedestale, ale w przyszłości pewnie jeszcze powrócę do tego krążka. ocena: 7/10 www.buriedinside.com www.myspace.com/buriedinside www.relapse.com www.rockers.pl autor: Diovis ![]()
BE FADING FAST - "Victims"(CD 2008 / Creates Production) Ostatnimi czasy Czesi po macoszemu traktują promocję swoich zespołów na polskich ziemiach. Chętnie widzą nas na organizowanych przez siebie festiwalach, gdzie spijamy mnóstwo ichniego piwa i zaludniamy place pod sceną, a przecież mają u siebie ogromną ilość różnych ciekawych kapel. Lista tych godnych uwagi zajęłaby zbyt dużo miejsca, więc ograniczę się do faktu, że również BE FADING FAST może zainteresować gromadkę fanów amerykańskiego death metalu. "Victims" to debiut płytowy tego młodego, bo powstałego w 2006 zespołu z Novego Jicina i od razu z grubej rury dość mocna pozycja. Szczególnie dla tych, u których szczególne miejsce w płytotece zajmują wydawnictwa INCANTATION, ANGELCORPSE, IMMOLATION i MORBID ANGEL. Piątka Czechów upodobała sobie gęste gitarowe granie z grobowymi wokalami i ekstremalnymi blastami uzupełnionymi o średnio-szybkie tempa. "Going Through War", "Lament Configuration" i "Spill the Hate" to może nawet zbyt bliska INCANTATION twórczość, ale cóż to przeszkadza, gdy w pozostałych utworach BE FADING FAST próbuje przełamywać te schematy nieco innymi patentami i wpływami? A to dzięki swojskim pokrzykiwaniom w "I Lost My Identity", orientalnym ornamentom w stylu NILE w "To Fallen Ones", prawie death 'n rollowym "Murder of My Nation", a do nagrania wokali w "Angels Never Come" zaprosili dziewoję o ksywce Andy. Jak na tak młodą stażem kapelę, radzą sobie bardzo sprawnie w tym gąszczu inspiracji i brzmią naprawdę bardzo dobrze, choć nie zawędrowali do żadnego znaczącego studia nagraniowego. I pomyśleć, jak wiele tracą na tym, tak jak ich pobratymcy z wielu innych zespołów, że nie interesują się szerszą promocją poza granicami swojego kraju. Czas to naprawić, bracia Czesi!!! ocena: 8/10 www.befadingfast.com www.production.creates.cz autor: Diovis ![]()
BEFORE THE DAWN - "Soundscape of Silence"(CD 2008 / Cyclone Empire) Nieco ponad rok po "Deadlight" Finowie z BEFORE THE DAWN powrócili z kolejnym wydawnictwem zaszyfrowanym jako "Soundscape of Silence". Ciszy i nudziarstwa tu jednak nie zaznacie, bo dark metalowy kwartet wciąż usilnie próbuje znaleźć się w niszy między mocnym metalowym graniem a bardziej klimatycznym i melancholijnym oblicze tego stylu. Kto zna poprzednie dokonania tego bandu, ten nie zawiedzie się najnowszym krążkiem. Muzycy stawiają na umiarkowaną prostotę, przebojowość linii melodycznych i przestrzenne, bardzo czytelne brzmienie. Można by rzec, że przesadzili trochę z tą czystością dźwięku, ale gdy sobie pomyślę, jak dużo traciły na tym wczesne dokonania ich mentorów z DARK TRANQUILLITY, AMORPHIS czy PARADISE LOST, to kompletnie mi to nie przeszkadza. Tym istotniejszy jest w tym przypadku sound, gdyż nie wyobrażam sobie, by tego typu muza była opatrzona obskurnym, piwnicznym brzmieniem. "Soundscape of Silence" to taka pozytywna odskocznia od tych wszystkich zapatrzonych w IN FLAMES i SOILWORK kapel, które zamykają sobie w ten sposób możliwość jakiegokolwiek rozwoju. BEFORE THE DAWN zamyka w krótkich formach bogactwo klimatycznego metalu urozmaicone szybszymi momentami, stąd obok czystych wokali pojawiają się mocne growle, a hiciarskie refreny równoważą ciężkie partie gitar i krótkie, błyskotliwe solówki. Dzięki temu album nie jest tak sofciarski, jak by mógł się wydawać i nie brnie w schematyzm charakteryzujący większość melo-death metalowych kapel. Nie można określić tego mianem mistrzostwa świata, ale zawodowstwa w umiejętności budowania zgrabnych utworów Finom nie można odmówić. Może za wyjątkiem kilku momentów, w których BEFORE THE DAWN za bardzo przypomina wczesne IN FLAMES, ale szczęśliwie takich wpadek jest tu bardzo niewiele. Tak więc listen & enjoy! ocena: 7/10 www.beforethedawn.com www.myspace.com/beforethedawnmusic www.cyclone-empire.com autor: Diovis ![]()
BLOODBATH - "The Fathomless Mastery"(CD 2008 / Peaceville Records & Mystic Production) Jakoś nie klękam z zachwytu przed tego typu supergrupami. I po zaledwie trzech przesłuchaniach trzeciego albumu tego szwedzkiego projektu zdania za ch*j nie zmienię. Tyle mi wystarczyło, aby się srodze zanudzić. Nie wiem, czy tylko ja to widzę, ale ci kolesie się wypalili nagrywając ostatnie albumu swoich macierzystych kapel. Świetnych pomysłów oraz werwy wystarczy zaledwie na niecały pierwszy kawałek, później jest już... jałowo. Zdecydowanie za szybko straciłem "orientację w terenie". To świadczy tylko o jednym. Ta płyta jest przeciętna. A nie od dziś wiadomo, że przeciętność jest w death metalu najgorsza. To, co podobało mi się na pierwszych dwóch albumach, tu "przeszkadza". Zdecydowanie brakuje hiciora na miarę "Outnumbering the Day" z "Nightmares...". Choć numer "At the Behest of Their Death" po lekkim podrasowaniu mógłby z powodzeniem pełnić rolę takiego "ciągnika". Mimo, że nie jest aż tak przebojowy. Reszta materiału jest natomiast lekko "niezdecydowana". Ni to techniczna, ni to old schoolowa. Do końca nie wiadomo gdzie całość podąża. Sadzę, że nie o to twórcom chodziło. Lecz jak mówi stara piłkarska prawda: "nazwiska nie grają". ocena: 5/10 www.myspace.com/bloodbathband www.peaceville.com autor: Narmer ![]()
BLOODSWORN - "All Hyllest Til Satan"(CD 2008 / Agonia Records) Prawie dziesięć lat zajęło Norwegom upublicznienie tych siedmiu piekielnych hymnów w formie pełno wymiarowego krążka. Pierwotnie cały materiał skomponowano i zarejestrowano w studiu Helvete w 1999 roku. Jego wydaniem miała zająć się Flesh For Beast, lecz label ten upadł przez problemy finansowe. Natomiast w 2007 roku płyta została ponownie zmasterowana i w takiej właśnie formie trafia do rąk oddanych fanów czarnej sztuki pod koniec 2008 roku. O wydawcy wiele mówić chyba nie trzeba - każdy powinien znać i cenić wysoko Agonię. Na początek wyjaśnię może kto stoi za tym zespołem. A mianowicie gitary i bas obsługuje Trondr Nefas (m.in. URGEHAL), za wokale odpowiedzialny jest Sorgar (m.in. ENDEZZMA), niejaki Diabolus również gitarę pieści oraz Aradia kalecząca paluszki o klawisze. Muzycznie ten zespół nikogo nie powinien zaskoczyć. Mamy tu do czynienia z typowym norweskim black metalem z domieszką przeróżnych efektów elektronicznych, całkiem udanych zresztą. W sumie posługiwanie się szyldem TNBM (True Norwegian Black Metal) do czegoś zobowiązuje. Jak dla mnie wszystko tu pasuje. Brzmienie odpowiednio przybrudzone, całość dobrze wypoziomowana. Nic nieznośnie nie wystaje. Do muzycznego kunsztu też się nie przyczepię, ponieważ po tak doświadczonych instrumentalistach jak Trondr można się spodziewać co najmniej rzetelnie wykonanej pracy. Reszta do nowicjuszy się zdecydowanie nie zalicza, tak że lipy nie ma. ALL HAIL SATAN!!! ocena: 8/10 www.myspace.com/bloodsworn666 www.agoniarecords.com autor: Narmer ![]()
BLASTMASTERS - "Twisted Metal"(CD 2008 / Deathgasm Records) Dziwna sprawa jest z tym BLASTMASTERS. Po rozłamie w niezwykle obiecującym deathmetalowym DIABOLIC muzycy potworzyli różne konstelacje, acz więcej było wokół tego szumu niż konkretów. Posypały się intratne kontrakty, a dźwięków było jak na lekarstwo. Jednym z takich tworów było BLASTMASTERS, które jakoby miało nagrany materiał na album w 2005 roku, a po prawdzie nikt tego nie słyszał. Zespołu już nie ma, a utwory "cudownie" się znalazły. Oto bowiem Deathgasm Records niczym dziennikarze TVN 24 dotarli do czegoś, co zwie się "Twisted Metal" i równie dobrze mogłoby być sygnowane nazwą DIABOLIC, tyle że muzycy musieli być na ostrym kacu, bo efekt "flashback'u" przewija się tu od samego początku do samiutkiego końca, na który składają się bonusowe numery z ich jedynego demo pod tytułem "Blastmasters". Te ostatnie 10 minut i 40 sekund to wybitnie podziemna produkcja, którą można traktować jako ciekawostkę i dokument, jak brzmiały te 3 numery w pierwotnych wersjach (ulepszone znajdują się wcześniej w ramach właściwego albumu). Wszystkich fanów death metalu made in Florida zainteresuje zapewne bardziej 10 numerów składających się na "zaginiony" materiał BLASTMASTERS. Otóż to, mamy tu coś na kształt "spisku" czterech muzyków związanych w różnych okresach działalności z DIABOLIC (Jesse Jolly, R.J. Reinagle, Jeff Parish i najbardziej znany z nich wszystkich perkusista Aantar Lee Coates). Najzwyczajniej w świecie wyżej wspomniani kolesie razem spijali mocne alkohole w pubach na Florydzie i będąc jedną z dwóch, a może i trzech frakcji powstałych na skutek rozpadu "diabolicznego" zespołu, zagrali to, w czym czuli się najlepiej wcześniej. Dlatego niech nie dziwi Was, że tak mało do tej pory pisałem na temat zawartości albumu. Bo co tu w końcu naskrobać? Ten album to w dużej części kontynuacja wątków z "Supreme Evil" lub "Infinity Through Purification". Brutalne growle, charakterystycznie zawodzące solówki, moc blastów i delikatne wpływy black metalu, co kojarzy się niewątpliwie z wcześniejszymi dokonaniami MORBID ANGEL oraz wspomnianego już przeze mnie niejednokrotnie DIABOLIC. Jeśli pominie się to, że wszystko, czego tknie się dźwiękowiec Morbidów, Juan "Punchy" Gonzales, sprawia wrażenie niedokończonego i zanadto striggerowanego, to satysfakcja u death-maniaków gwarantowana. Kuźwa, mnie też mimo wszystko coś tknęło i dałem taką notę, jaką widać u dołu. ocena: 8/10 www.myspace.com/blastmasters www.deathgasm.com autor: Diovis ![]()
BURST - "Lazarus Bird"(CD 2008 / Relapse Records & Rockers Publishing) Gdybym usłyszał BURST po raz pierwszy, powiedziałbym: o żeż, ci kolesie przesadzają z kombinowaniem, sami nie wiedzą, czy grają jeszcze coś spod znaku hard-core, czy chcą być prog-rockowi. "Lazarus Bird" rzeczywiście poszedł o duży krok do przodu względem poprzedniego, miejscami złożonego materiału "Origo". Teraz jeszcze od czasu do czasu przywalają ostrzej, wokalista Linus Jagerskog powydziera się do mikrofonu, ale większa część tego albumu to w mniejszym lub większym stopniu nawiązanie do ambitnych produkcji z lat 70-ych. Słychać w nich echa progresywnego i psychodelicznego rocka YES, KING CRIMSON, PINK FLOYD czy GENESIS, oczywiście zapodane z nowoczesnym brzmieniem i większym wykopem. BURST korzysta z podobnych struktur kompozycyjnych, nieszablonowych aranżów i przestrzennych rozwiązań, a nawet korzysta tu i ówdzie z instrumentarium kojarzącym się z tamtymi czasami lub stylizowanym na ówczesne brzmienia (melotron, FX, saksofon). Całość jest jednak oparta na gitarach, które rzadko kiedy wycinają typowe metalowe czy core'owe riffy. Pełen szacun dla tego, co robią tu zarówno Jonas Rydberg i Robert Reinholdz. "Lazarus Bird" to swoista całość i sugeruję słuchać tej trwającej około godzinę płyty od początku do końca bez przerw. Obawiam się jednak, czy spodoba się to tym wszystkim, którzy nieczęsto mają okazję obcować z muzyką nieco starszych pokoleń. Dużo tu odniesień do rzeczy obecnie nie słyszanych w radiu, dużo tu naprawdę ambitnie zagranych dźwięków, i co za tym idzie - łatwo i prosto nie jest. Chociaż przyjemnie, owszem, tak. Ze swojej strony jestem pełen podziwu dla takiej koncepcji i próby przetransponowania czegoś sprzed lat na potrzeby współczesnych czasów, ale czy ten krążek nie pozostanie niezrozumiany przez większość fanów? Chciałbym, żeby tak nie było, choć na pocieszenie dodam, że być może któregoś dnia kilka osób zrozumie, że na swój sposób Szwedzi wyprzedzili epokę, w której dane im było nagrywać... A wszystko to dzięki temu, że skorzystali z bogatej w muzykę rockowej klasyki. ocena: 8/10 www.burst.nu www.myspace.com/burstrelapse www.relapse.com autor: Diovis ![]()
BARE BONES - "Defleshed"(Demo-CD 2008 / własna produkcja zespołu) Recenzja tego dema będzie tak samo krótka i mało refleksyjna, jak jego zawartość. Zapiąć pasy, przygotować worki!!! JADYMY!!! Drugie w karierze formacji BARE BONES demo zawiera pięć utworów (w tym dwa intra), czyli niewiele. Pierwsze z intr całkiem sprawnie wprowadza nas do właściwej części materiału. Mianowicie kawałek pt. "Zombie Invasion" jest takim typowym oldschoolowym death metalem w stylu pierwszego DEATH i tego typu rzeczy. A cóż takiego w nim mamy? Ano chujowe brzmienie wokali (domowe studio), świdrujące gitary (też domowe studio), fajną solówkę, która zdecydowanie wyróżnia się na tle całego materiału!!! Widać, że umiejętności są tam, gdzie być powinny. Później napięcie troszkę opada. "Defleshed And Served" przynudza. Nie ma w tym zbytnio mocy i jadu. Za to z "Passage To Death" jest już zdecydowanie lepiej. Dostajemy tu nawet blastem po ryju. Pieprzyć, że brzmi jak z automatu. Ważne, że się w ogóle znalazł. I na sam koniec zostało jeszcze outro, które mi osobiście przypomina czasy wielogodzinnych seansów takich klasyków kinematografii jak "Cannibal Holocaust". Szkoda, że nie pokuszono się choćby o jakiś cover. To mogłoby ubarwić te, bądź co bądź, udane demo. Ja jestem na tak!!!! ocena: 7/10 www.barebones.metal.pl autor: Narmer ![]()
BLEED THE SKY - "Murder the Dance"(CD 2008 / Massacre Records & Mystic Production) W momencie gdy słucham takich płyt, definitywnie nie mam zamiaru utrzymywać jakichkolwiek kontaktów z tzw. biznesem muzycznym. Ciekaw jestem czy ktoś z Was jest fanem tej grupy? Choć w maleńkim stopniu. Czy ta nazwa wywołuje u Was jakieś skojarzenia? Mi z kolei coś tam w głowie świta, ale wiem, że po przesłuchaniu tego albumu nic się nie zmieni. Słychać, że chłopaki są zapatrzeni wręcz w taki SLIPKNOT, tak samo jak oni próbują wplatać ładne śpiewy w bądź co bądź agresywną muzykę. Z tym, że na próbach się kończy. Rzeczone próby są tak nieudolne, że aż szkoda cokolwiek o tym pisać!!!! Niby koleżka coś tam miałczy, ale takie "wokale" wywołują u mnie szyderczy śmiech. A żeby było śmieszniej, chłopcy postanowili "z lekka" powykręcać swoją "twórczość" w przeróżne strony. Z czego, jak się zapewne domyślacie, wyszła blada papa. Dosłownie nie ma nic, na czym dałoby się zawiesić ucho!!!!! Odnoszę wrażenie, jakoby album ten skomponowano na siłę, bo ktoś tam kazał z wytwórni. Przejebane, uwierzcie mi!!!! Oby jak najmniej takich płyt proszę!!! ocena: 1/10 www.myspace.com/bleedthesky www.bleedtheskymetal.com www.massacre-records.com autor: Narmer ![]()
BLESSED BY A BROKEN HEART - "Pedal To the Metal"(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska) W dziwne meandry zakręca czasem muzyka metalowa. Mieliśmy już nu-metal, wciąż panoszy się metal-core, ale jeszcze takiej mieszanki jak na debiucie kanadyjskiego BLESSED BY A BROKEN HEART nie mieliśmy. Tych sześciu wytapirowanych gości z bandanami na głowach zatęskniło za kolorowymi czasami, gdy do bólu promowano tak znienawidzone przez metalowców, a uwielbiane przez tłumy zespoły o statusie super-gwiazd, jak MOTLEY CRUE, GUNS 'N ROSES, POISON, EUROPE czy WHITESNAKE, natomiast wiele szanowanych metalowych ekip też zmiękczało swoje brzmienie, by spróbować podbić amerykański rynek muzyczny (na przykład SAXON). Nie do końca jednak wygląd tych kolesiów pokrywa się z graniem słodkawej muzyki, choć w dużej mierze "Pedal To the Metal" to ładne i proste do zapamiętania refreny, melodyjne kawałki, efekciarskie solówki gitarowe i chwytające za serce teksty w glam-metalowym stylu. Aby jednak nie pozostawać w tyle i nie być tylko specyficznym powrotem do przeszłości, ten sekstet czerpie z gryzącego się z ich graniem krzykliwego metal-core'a, zaś szarpaną rytmiką równoważy nadmiar cukru. W muzyce z tej płyty jest też sporo nawiązań do klasycznego hard rocka, a nawet do rzeczy, które kiedyś podbijały w Stanach listy przebojów, a nie były z kręgów popu, disco czy soulu. Jeśli mówią Wam coś nazwy takich grup, jak JOURNEY, FOREIGNER czy STYX, to odrobinę takiego wygładzonego, choć nie kiczowatego rocka jest zawarte na "Pedal To the Metal". Tego lukrowatego kiczu mamy tu jednak sporo, zwłaszcza w drugiej części krążka, gdy z "parapetu" i jak dobrze słyszę, z elektronicznej perkusji wydobywane są syntetyczne dźwięki, które wręcz wołają o pomstę do nieba. O dziwo jednak, parę numerów sprawia, że nóżka przytupuje do rytmu i refreny daje się zapamiętać. Przy odrobinie szczęścia "Move Your Body", "She's Dangerous" czy cholernie przebojowe "To Be Young" mogą stać się hiciorami i wówczas BLESSED BY A BROKEN HEART zacznie gwiazdorzyć, zarywać laski po koncertach i bawić się jak na rock 'n rollowców przystało, a cały świat zacznie ściągać ich piosenki do swoich telefonów i biznes się będzie kręcić jak szalony. Ale może to tylko takie mrzonki i ta prorocza wizja na szczęście nigdy się nie ziści... ocena: 5/10 www.myspace.com/blessedbyabrokenheart www.centuryrecords.com autor: Diovis ![]()
BLINDEAD - "Autoscopia / Murder In Phazes"(CD 2008 / Deadline Records & Foreshadow Music) Długo oczekiwany następca obiecującego debiutu "Devouring Weakness" wywrócił końcówkę lata do góry nogami. Gdy żar lał się z nieba, formacja BLINDEAD przyładowała jednym z najbardziej pochmurnych, przerażających i przygnębiających albumów wydanych w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Napiszę więcej - na naszym krajowym podwórku chyba jeszcze nie było tak ciężkiego i przytłaczającego wydawnictwa w całej historii metalowego grania. Nowy album poraża mroczną atmosferą, psychodeliczną otoczką i nienaganną dojrzałością. Ci goście wiedzą jak tworzyć oniryczny klimat spowity w mocarne riffy i obłąkane wokalizy Wolverina. Havoc i DeadMan katują swoje gitary powykręcanymi na wszelkie sposoby akordami, potrafią też pociągnąć pół-akustyczny wątek, potężna sekcja rytmiczna w osobach basisty Zvierzaka i bębniarza Konrada Ciesielskiego ciągnie tę lokomotywę do przodu, a wszelkie tła stworzone przez Bartosza Hervy'ego dodają całości aury tajemniczości i nadają przestrzenności materiałowi, który nabiera przez to wieloplanowości i złożoności. Tu nie ma ani chwili aby poczuć powiew nadziei, BLINDEAD zabiera nas na trip po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiej podświadomości, bawi się naszymi końcówkami neuronów, stawia pytania bez odpowiedzi i budzi koszmary. Epatuje transowymi rytmami, zabawia się kosztem słuchacza wpadaniem w monotonię najcięższych z najcięższych riffów (vide: czwarty na płycie numer "Phenomena")... oj nie jest łatwo. Idąc tropem NEUROSIS, CULT OF LUNA i im podobnym trójmiejska załoga wykreowała swój świat spowity desperacją, negatywnymi emocjami i psychotropami. Aż strach pomyśleć, jak bardzo te dźwięki wpłyną na umysły spowite oparami "zioła". Podzielony na cztery "fazy" i siedem kompozycji album stawia przed innymi kapelami tego typu silne wyzwanie, bo muzycznie, wokalnie i aranżacyjnie BLINDEAD osiągnęło poziom europejski, a nawet światowy. Oby jeszcze tylko koncertowali ciut więcej, bo zaprawdę powiadam - na koncertach bije ze sceny obłęd! I jeśli połączy się to z zawartością "Autoscopia / Murder In Phazes", to aż strach się bać. ocena: 9/10 www.myspace.com/blindead www.deadline.pl www.foreshadow.pl autor: Diovis ![]()
BLACK FLAME - "Imperivm" (CD 2008 / Forces of Satan Records & Regain Records & Mystic Production) Lubię być zaskakiwany. Sprawiło to BLACK FLAME. Nazwa dotąd mi obca, choć jak się okazuje, muzycy rzeźbią od ponad 8 lat i doczekali się już kilku albumów. Włoska scena nie żałowała nigdy wypuszczania dziesiątek groteskowych tworów, które brzmią jak stado bzyczących os lub - w najlepszym przypadku - jak tandetna imitacja norweskich kapel, tymczasem w tym morzu beztalencia pływają sobie formacje może nie najbardziej oryginalne na świecie, ale mające naprawdę coś do powiedzenia. BLACK FLAME zaczynało jako horda hołdująca starym dokonaniom MAYHEM, GORGOROTH i BURZUM, ale z czasem dodawała do tych ogranych już na tysiące sposobów patentów coraz więcej elementów diabolicznego death metalu. "Imperivm" jest właśnie takim przykładem, jak na kanwie rzeczy stworzonych przez innych można zaprezentować światu porcję świeżego i miażdżącego death/black metalu. Na zawartości tej płyty odcisnęły się najmocniej IMMOLATION oraz INCANTATION, może też ANGELCORPSE, ale i szczypta chaosu znanego z działań BLASPHEMY też jest tu obecna. Oczywiście, wpływy choćby MAYHEM są również wyraźne (np. początek "Lvdvs Dianae" to motyw wręcz żywcem skopiowany z "Freezing Moon"), jednakże Włosi postawili na diaboliczne wokale, masywność i ciężar riffów, zeschizowane solówki, perkusyjne kanonady i wylewającą się wprost z głośników gęstą smolistą lawę. BLACK FLAME nie ogranicza się więc do ataku blastów, ale potrafi też zmasakrować potężnym zwolnieniem z partiami gitar i perkusji, które wręcz dosłownie nawiązują do stylu wymyślonego przez IMMOLATION. Mimo to "Imperivm" słucha się z diabelską satysfakcją, bo poziom ekstremy jest wysoki, wszelkie standardy death/black metalu utrzymane, a Rogaty z góry zamierza zapisać się do fan-klubu tej formacji. ocena: 8/10 www.black-flame.net www.myspace.com/obf www.forcesofsatan.com www.regainrecords.com autor: Diovis ![]()
BLOODBATH - "The Wacken Carnage"(CD + DVD 2008 / Peaceville Records & Mystic Production) Narodzili się z czystej chęci pohałasowania w oldskulowym stylu, ale wkrótce potem posypały się oferty od rozmaitych wydawców, więc postanowili kontynuować działalność, chociaż ze składu odszedł najpierw Peter Tagtgren, a potem także jego następca Dan Swano. Mimo to supergrupa BLOODBATH nie poddała się i nadal niesie wysoko deathmetalowy sztandar. Ich pojawienie się na jednym z największych open air'ów w Europie Wacken Festival był dużym wydarzeniem, co pociągnęło za sobą rejestrację występu, a jego wydanie na CD i DVD otwiera współpracę szwedzkiej ekipy z brytyjską Peaceville Records. W chwili gdy czytacie tę recenzję na rynku jest już nowy studyjny album, ale co koncert to koncert. Można go tu posłuchać (dysk CD), ale także obejrzeć jak to wyglądało na dużej festiwalowej Black Stage (dysk DVD). Jako że zestaw utworów to takie swoiste "best of", to skupię się na opisie wizualno-muzycznym tego szoł. Na scenie pięciu osobników, w tym czterech na przedzie w białych T-shirtach umazanych "krwią". Buźki też cokolwiek pomazane. Płyną dźwięki "Intro", po czym następuje konkretny atak w postaci "Cancer of the Soul" i "So You Die". Z początku kamery skupiają swoją uwagę głównie na wokaliście Mikaelu Akerfeldcie i gitarzyście Andersie Nystromie, z rzadka pokazując siedzącego za zestawem bębnów Martina Axenrota, natomiast Dan Swano jest prawie całkowicie pomijany, nie mówiąc już o wybitnie statycznym podczas koncertów basiście Jonasie Renkse. Przed "Soul Evisceration" odzywa się w końcu Mikael i z typowym dla siebie, specyficznym humorem (trochę za bardzo "opeth'owskim") wprowadza widzów w świat "pure death metalu". We wspomnianym przed chwilą kawałku do głosu dochodzi legendarny Dan Swano, bo to do niego należy solo w tym numerze i w końcu kamera dostrzega gościa, którego naprawdę bawi granie na scenie. Kiedyś zarzekał się, że nie wróci już do death metalu, a tu proszę - od jakiegoś czasu chyba znowu odnajduje się w tej stylistyce. Na koncercie machał piórami, pokrzykiwał do mikrofonu fragmenty tekstów, stroił miny do publiki. Głównym reżyserem był jednak frontman OPETH - reklamował wszystkie dotychczasowe studyjne albumy BLOODBATH (łącznie z debiutancką EP-ką, z której zresztą zagrali wszystkie trzy numery), nawoływał do wydawania z siebie growli, skrzeków i pisków a la Daniego Filth'a. A ze sceny poszły same hiciory Szwedów: "Ways To the Grave", "Ominous Bloodvomit", "Breeding Death", "Brave New Hell", "Eaten"... ogólnie mieszanina starych brzmień EDGE OF SANITY, DISMEMBER, GRAVE, CARNAGE, a nawet ENTOMBED, z którego zacytowali (dokładnie z końcówki tytułowego numeru z "Left Hand Path") fragment w "Furnace Funeral". Na bis wielotysięczna rzesza fanów ekstremalnego metalu otrzymała najwolniejszy i najcięższy z całego zestawu "Eaten" i sobie poszli. Dla fanów starego szwedzkiego deciora pozycja obowiązkowa! ocena: -/10 www.bloodbath.biz www.myspace.com/bloodbathband www.peaceville.com autor: Diovis ![]()
BLOODDAWN - "Metallic Warfare"(CD 2008 / Mad Lion Records) Debiut niemieckiego BLOODDAWN okazał się jego ostatnim krążkiem. W czerwcu bieżącego roku zespół zakończył działalność. Nie wiem, czy ktoś będzie o nim pamiętał za kilka lat, wiem natomiast, że jego twórczością powinni zainteresować się maniacy pierwotnego death metalu. Im na pewno propozycja Niemców przypadnie do gustu. "Metallic Warfare" to bezpośredni album, 35 minut oldskulowego łojenia. Wydaje mi się, że słucham muzyki skomponowanej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, a wrażenie to potęguje analogowa i nie do końca profesjonalna produkcja, która paradoksalnie działa na korzyść tego materiału. Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, jest trochę gorzej. BLOODDAWN nie wychyla się poza pewną przeciętność. Słyszę fascynację demówkami DEATH, MASSACRE, TERRORIZER, czy POSSESSED Wiele zespołów próbuje oddać klimat tamtych czasów i przyznam, że przynajmniej kilka robi to o wiele lepiej. Oczywiście na "Metallic Warfare" są kawałki, które brzmią naprawdę nieźle, a najciekawszym na płycie jest zamykający album "Perished in Fire". Mam wrażenie, że niepotrzebnie się poddali... Może gdyby jeszcze trochę pograli, nagraliby na kolejnym krążku ciekawsze pomysły? Słychać, że ludzie z BLOODDAWN czuli klimat i wiedzieli o co chodzi w oldskulowym graniu. Gdyby tylko dali sobie więcej czasu? ocena: 5,5/10 http://www.myspace.com/metallicwarfare http://www.blooddawn-metal.de http://madlion.eu autor: Warzych ![]()
BLACKWINDS - "Flesh Inferno"(CD 2008 / Regain Records & Mystic Production) Bez ogródek i zbędnych wstępów, stwierdzam, że ta płyta nie jest godna polecenia komukolwiek. No może poza kilkoma łatwowiernymi i bezkrytycznymi fanami pseudo-symfonicznej i niby-agresywnej muzyki spod znaku norweskiego i szwedzkiego black metalu. Co z tego, że w składzie tej hordy jest jeden z muzyków SETHERIAL (wcześniej podobno było ich więcej, w tym wokalista Lord Kraath), gdy "Flesh Inferno" jest pozycją miałką, bezpłciową, bezbarwną i mniej niż przeciętną? Podobnych materiałów słyszałem już dziesiątki i niektóre były naprawdę znacznie lepsze. Wystarczy posłuchać wczesnych wydawnictw DARK FUNERAL, MORK GRYNING czy rzeczonego SETHERIAL. Może i one nie powalają po latach swoją oryginalnością, ale przynajmniej powstały dużo wcześniej i wnosiły jakiś tam powiew świeżości na scenie B.M.. BLACKWINDS kumuluje na "Flesh Inferno" wszystkie ograne już do bólu patenty, dokłada do tego wpływy agresywniejszą stroną LIMBONIC ART, a i tak całość brzmi bardziej jak skandynawski odpowiednik CRADLE OF FILTH niż rozwścieczony MARDUK. Do tego bębny brzmią chwilami jak automat, a samo brzmienie ani nie jest zanadto czyste i klarowne, ani walące gdzieś między oczy, co w efekcie daje po raz kolejny wrażenie, że obcuje się z tworem wymuszonym i byle jakim. Utwory ciągną się jak ta przysłowiowa zżuta do cna guma, przez co album w nieskończoność i na niewiele się zdaje straszenie kiczowatą okładką i wydumanymi tytułami poszczególnych kawałków. Naprawdę nie wiem po co powstaje aż tyle zespołów, a ich znajomkowie zgadzają się na ich wydawanie. W ten sposób zarżnęła się kiedyś inna szwedzka firma No Fashion Records, która obok paru wartościowych pozycji wypuściła też mnóstwo rzeczy chyba tylko dlatego, że były "szwedzkie". Nie życzę tego zacnej mimo wszystko Regain Records, ale przez takie gluty nie robią sobie dobrej opinii. ocena: 2/10 www.regainrecords.com www.myspace.com/blackwindsdomain autor: Diovis ![]()
BLACK ALTAR - "Death Fanaticism"(CD 2008 / Odium Rex) W historii większości zespołów przychodzi taki moment, że nagrywają swoje opus magnum lub pisząc po polsku - dzieło życia. Przesadą byłoby określenie "Death Fanaticism" takim mianem, ale bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić i podzielić się z Wami uwagą, że tak dobrego albumu Shadow i jego BLACK ALTAR wcześniej nie stworzyli. Owszem, tak EP-ka "Wrath ov the Gods", jak i debiutancki album "Black Altar" miały swoje pozytywne strony, jednak nie zachwycały tak jak ten nowy długograj. Istotną zmianą, jaka nastąpiła w muzyce olsztyńskiej (a obecnie rezydującej w Londynie) hordy jest fakt świetnego wkomponowania partii klawiszy, dzięki czemu całość nabrała głębi i horrorystycznego posmaku. Nie myślcie jednak, że brzmienie zostało przez to w jakiś sposób złagodzone lub że BLACK ALTAR gra teraz symfoniczny black metal! Tu nadal czai się pierwotne zło w postaci wariackich prędkości, "norwesko" brzmiących gitar i opętańczych krzyków Shadow'a (i tu ciekawostka - tekst do utworu "Widmo Śmierci" jest po polsku). Dźwięki zostały jedynie wzbogacone o wiele smaczków, różnorodne tempa, specyficzny klimat oraz większą ilość melodii i chwytliwych fragmentów, w czym ten album przypomina najlepsze dokonania CHRIST AGONY. To już nie tylko jednowymiarowe oblicze black metalu, w którym forma przeważa nad treścią, a ideologia nie równa się pomysłowości. Shadow nareszcie miał konkretne pomysły, które udało mu się wcielić w życie zapraszając do wspólnego grania gitarzystę Horizon'a, bębniarza o nicku Horn Of Antichrist, klawiszowca Rhenauza, a w dwóch numerach do wypluwania z siebie bluźnierstw znanego z THUNDERBOLT (R.I.P.) i ANIMA DAMNATA Necrosodom'a. Tym razem lider BLACK ALTAR dał miejsce na kompozycyjne i tekstowe popisy innym, bo oprócz popełnionych przez niego w całości (muzyka i teksty) kawałków w kilku innych można znaleźć wśród autorów wspomnianego Horizon'a oraz Malfunction'a 666 i Oblivion'a. Warto też zwrócić uwagę na niezwykle czytelny, przestrzenny i potężny sound uzyskany w olsztyńskim Studio X wraz z Szymonem Czechem. To w końcu takie brzmienie, jakiego potrzebowało BLACK ALTAR. Aż dziwne, że nagrany we wrześniu 2006 roku materiał przeleżał tyle czasu i nie spotkał się z konkretnym zainteresowaniem krajowych lub zagranicznych wydawców. Poprzedni krążek, "Black Altar", położył właśnie brak promocji i obawiam się też, że i najnowszy, mimo starań Shadow'a i jego Odium Rex również nie dotrze wszędzie tam, gdzie powinien. Na koniec wspomnę jeszcze o umieszczonym na końcu płyty prawie 14-minutowym kolosie "Death Fanaticism", który jest pełen nawiedzonych ambientowych plam, hałasów i dziwnych głosów. Czegoś takiego BLACK ALTAR nigdy wcześniej nie nagrało, ale eksperyment jest całkiem udany. ocena: 8/10 www.black-altar-horde.com www.odiumrex.com autor: Diovis ![]()
BARE BONES - "Refreshing Old Skull"(Demo-CD 2007) Poznawanie nowych, nieznanych jeszcze kapel to zawsze pewna zagadka dla recenzenta. Czy odnajdzie się jakiś klejnot, czy może po raz kolejny usłyszy się coś już zaznanego wielokrotnie, w dodatku w niezbyt udanej formie, a poziewanie będzie coraz częstszym zjawiskiem podczas słuchania kolejnych utworów z demówki? To pytanie powróciło też przy okazji czteroutworowego debiutu nic mi nie mówiącej do tej pory formacji BARE BONES. Czacha na okładce, tytuły takie jak "Heart of the Dead", "Blood Angel" czy "Rotten Undead" (czwarty "Journey Through Life" nie przynosi jednoznacznych skojarzeń)... To musi być death metal - najpopularniejszy w Polsce styl grania preferowany przez młode, początkujące zespoły z metalowego kręgu. Dużo się nie pomyliłem, bo te niespełna 10 minut muzy to nieskomplikowany, oparty na określonych wzorcach decior. Trochę melodyki charakterystycznej dla wcześniejszego DEATH, nieśpieszne riffowanie a la SIX FEET UNDER czy OBITUARY, nieco starego ducha z "jedynki" MASSACRE. Tak mniej więcej brzmi ta demówka i teraz w sumie nie dziwię się takiej, a nie innej okładce i tytułowi "Refreshing Old Skull". W miarę swoich możliwości ci młodzieńcy starają się odświeżyć po swojemu stare granie bez blastów i zgrywania się na wirtuozów czy najbardziej złych spośród złych. Mawiają, że w prostocie jest siła i tutaj się to sprawdza. Z minusów mamy sztucznie i plastikowo brzmiącą perkusję i zastanawiam się, czy to aby nie automat lub sound prosto z komputera. Wiedząc jednak, że to kapela, która jest dopiero na początku swojej drogi, wierzę, iż z każdym kolejnym spotkaniem w sali prób będą wyciągać coraz więcej dobrych wniosków i jeszcze będą z nich ludzie. PS. Zainteresowanych zapoznaniem się z muzyką z tego demo odsyłam na strony www BARE BONES. ocena: 7/10 http://barebones.republika.pl www.myspace.com/barebonespl autor: Diovis ![]()
BLACK COMEDY - "Instigator"(CD 2008 / Season Of Mist Records) Naprawdę staram się nie być złośliwym wobec jakichkolwiek wytworów sztuki lub "sztuki" ekstremalnej. Warto się najpierw przyjrzeć "co autor miał na myśli" i dopiero potem zabrać się za krytykę, pochwały lub jedno i drugie jednocześnie. Weźmy takie BLACK COMEDY, które przewałkowałem kilkukrotnie o różnych porach dnia i nocy. Wszystko brzmi porządnie i czytelnie, muzycy przeszli drogę wydania pierwszej płyty, o której słyszały jedynie ich rodziny, znajomi i domowe zwierzątka (ależ szydera, prawda?), epki, promocyjnego krążka, by wylądować w końcu w konkretnej stajni. "Instigator" jest już na rynku, i co teraz? Należy się kilka słów zawartości tego wydawnictwa. BLACK COMEDY to norweska ekipa, w której skład wchodzą ludzie grający dotąd w różnych zestawieniach naprawdę różne dźwięki: od thrash metalu po viking i black metal. Z pewnością dorośli, czy jak to tam się nazywa i pod nowym szyldem zechcieli połączyć ze sobą wibracje, których nie sposób odbierać bez pewnego niesmaku. Otóż w tym przypadku jest to zestawienie diabelnie się gryzące ze sobą, bo na jednej szali położono na "Instigator" modernistyczny thrash metal, nu-metal a la SLIPKNOT i KORN, brzmienia electro i fascynację SOILWORK'o-podobnymi rzeczami. Brzmi cokolwiek irracjonalnie? I tak właśnie jest. O ile jeszcze da się pojąć zdolności tych muzyków do tworzenia sensownych linii melodycznych i ładnie poukładanych klawiszowych orkiestracji, to odnośnie rytmiki, wokaliz i partii gitar jest żenująco słabo. Niedobrze, że tak doświadczeni muzycy nasłuchali się nowomodnych dźwięków, postanowili więc w marny sposób dogodzić publice, która po pierwsze - nie pojmie dlaczego ten gościu tak się drze, a po chwili śpiewa, po drugie - dlaczego BLACK COMEDY chce być jak THE KOVENANT, ale rwie się co rusz, by rypać bardziej thrashmetalowo, a po trzecie - co tak właściwie ci ludkowie chcą grać? To ostatnie jest o tyle istotne, bo nie udało się na "Instigator" zmontować niczego twórczego i od początku do końca mam wrażenie, że muzycy się miotają i na siłę starają się być na czasie i wpasować się w trendy, za którymi już nie nadążają fani, a wydawcy biorą przykład od innych, a to nie zawsze dobrze rokuje. Zespoły pojawiają się i znikają, tysiące płyt atakują zewsząd, ale BLACK COMEDY nie trafia tak naprawdę w niczyje gusty. Mieliśmy już różne RAGNAROK'i i SUSPERIE, i chociaż wszyscy pochodzili z Norwegii i mieli handicap w postaci pochodzenia oraz forowania przez wydawców, to fani się poznali, że to nic ciekawego, po czym słuch o nich zaginął. Bo "głos ludu jest głosem boga", jakkolwiek to traktować. Dlatego w tym przypadku polecam funkcję "pomiń" lub "delete", ponieważ życie jest zbyt krótkie, by cenną godzinę z życia miało zabrać poznawanie "Instigator". Wystarczy, że mi odebrało kilka godzin, a mogłem w tym czasie poimprezować, posłuchać czegoś lepszego lub poleniuchować po prostu... PS. Koniecznie obadajcie foty tego zespołu. DIMMU BORGIR połączony z THE KOVENANT. Po jaką cholerę tak się stroić na potrzebę jednej sesji zdjęciowej?! ocena: 2/10 www.blackcomedy.net www.myspace.com/blackcomedymetal www.season-of-mist.com autor: Diovis ![]()
BLIND BEYOND - "Out of Faith"(MCD 2008 / Redrum 666) Masz Ci los! Wszyscy kiedyś wracają i nie muszą być zombiakami, by narobić w jakimś momencie zamieszania. Oto na przykład zachciało się sięgnąć po gitarę eks-gitarzyście legendarnego HAZAEL'a, który do współpracy zaprosił Mac'a z THORN na bas oraz Śliwę z CENTURION na bębny i w ten sposób został powołany do życia BLIND BEYOND. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo nawet kto się wydziera do mikrofonu, ale fakt jest faktem, że od razu zostali wychwyceni przez penetrującą podziemne otchłanie Redrum666 i "Out of Faith" może zaistnieć. Czy było warto tak od razu, ledwie z czteroutworowym mini? To pytanie pozostawiam ocenie fanów, samego zespołu i oczywiście wydawcy, a ze swojej strony narobię trochę smaka, ale szykujcie się, że niekoniecznie będą to same peany pod adresem tych muzyków. Panie i panowie, żeby zdziwko nie chapło, to BLIND BEYOND gra death metal, który na dobrą sprawę czerpie z naprawdę różnych źródeł i źródełek. "Out of Faith" to sprawne i sprytne przemieszanie wpływów amerykańskich, szwedzkich, holenderskich i cholera wie jeszcze jakich. Słuchając tych czterech numerów przebiega przed oczami cała historia "śmierć" metalu, kłaniają się wszystkie te mniej lub więcej udaczne kapele z naszego kraju, które czerpały garściami z MORBID ANGEL, SINISTER czy DEICIDE i w ogóle wszystko jest cool. Gdyby jednak umieszczać gdzieś "Out of Faith", to obok stwierdzeń "wysoce zaawansowane technicznie", "brutalnie", "agresywnie", "oldskulowo" można by użyć określeń "ale to już było", "jest poprawnie i bez szału" oraz "fajnie, ale czy aby nie za szybko". Dawniej, aby mieć srebrny, tłoczony krążek trzeba było najpierw pomęczyć ludzi demówkami, zagrać parę koncertów w obskurnych knajpach dla kilkunastu czy kilkudziesięciu maniaków, a teraz to wystarczy to, że "Jestem pan x, który grał kiedyś w kapeli x" lub telefon do przyjaciela i słowa: "Słuchaj, zmontowałem ekipę, nagraliśmy parę kawałków. Wydasz to?". Sorry, trzeba odrzucić w takim razie ziarna od plew i chociaż BLIND BEYOND to nie plewy i nie zajada na gębie, to chyba popełniono tutaj falstart. Przymknę oko, bo to na razie w sumie dość głębokie podziemie, ale czas teraz zamknąć się w sali prób na jakiś czas, pojeździć z materiałem po tancbudach i wtedy pogadamy, czy BLIND BEYOND to przypadek wybitny, taki sobie lub chwilowy odskok od rzeczywistości. ocena: 6/10 www.redrum666.risp.pl www.myspace.com/blindbeyond autor: Diovis |
i |
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
![]()
|
|
KONTAKT Z WEBMASTEREM: pete.r@interia.pl | ||||