Wywiady

Do lektury tego wywiadu zmotywowani powinni poczuć się nie tylko ci, którzy przy marszowym, prymitywnym, chropowatym i zadziornym black metalu, ekstatycznych uniesień doznają, lub ci, którzy bez dark ambientu, dźwiękowej kontemplacji wyobrazić sobie nie są w stanie. Sposób w jaki szef takich projektów jak I.A. SERPENTOR, czy VITROFYRR rozwinął kwestie związane z najróżniejszymi aspektami grania muzyki metalowej zapisze się w mojej łepetynie, jako jeden z najbardziej jaskrawych przykładów na to, jak udzielić wywiadu wyczerpującego, wciągającego, zaangażowanego acz, pod względem objętościowym - nie przesadzonego. Hakon Sjoormen, który nadciąga z nagranym w cieszącym się od samego początku złą sławą - opolskim Vatican Cellars Studio, albumem "Kval", wykazał się podejściem szczerym, prawdziwym i przy tym głęboko indywidualnym. Przemiła z nim rozmowa dotyczyła świeżutkiego projektu ZORORMR, który to wspomniany album zesłał na świat...

Mroczna Strefa [Kępol]: Witam! Album "Kval" jaki niedawno popełniłeś pod szyldem ZORORMR jest anonsowany jako "najbardziej obrzydliwa kreacja, jaką do tej pory sprowadziłeś na ziemię, pełna kalekich riffów..." etc.. Nie spodziewasz się chyba rekordowej sprzedaży tego krążka? A może wręcz przeciwnie - może metal w XXI wieku zaczął już brzmieć tak syntetycznie, że taki album jak "Kval" powinien być dla każdego skutecznym remedium na przesyt nowoczesnego grania... Istnieje również trzecia, moim zdaniem najbardziej prawdopodobna alternatywa mówiąca o tym, że masz to wszystko po prostu gdzieś i nagrałeś album taki, jaki nagrać miałeś ochotę... Którą opcję zaznaczamy?

ZORORMR [Hakon Sjoormen]: "Ave! Ostre pytanie na początek, tak więc pozwól, że również nie będę brał jeńców (śmiech). Szczerze? Mam w dupie, czy ten materiał się sprzeda, czy nie. Nie traktuję tego zarobkowo, żyję z czego innego i nie zamierzam rzucać wszystkiego dla mrzonek o wielkiej karierze muzycznej... Żal mi tych "artystów", którzy się tak na to napinają... Wiesz, kontrakty, trasy, studia za grube tysiące... Kilka miesięcy na fali wznoszącej, wywiady i inne duperele, a potem smutna polska rzeczywistość... Na pełną zabawę i życie z tej muzyki w Polsce może sobie pozwolić dosłownie parę osób, choć większość stara się w jakimś sensie pod to podklejać. Ale to wszystko jest chwilowe, bo też i skala jest nieprzystająca. Nie odkryję tutaj także Ameryki jak powiem, że w muzyce już chyba wszystko było, nie ważne czy grasz pop, czy metal. U szarpidrutów teraz jest moda na przeprodukowane płyty, pro-toolsy i szlifowanie każdego dźwięku, aż do przesady. Nawet w Polsce wyznacznikiem jakości stają się "metalowi Timbalandzi", a płyty, które u nich się robi to oczywiście "te najlepsze" i w ogóle cud, miód i orzeszki. Żałosne. Gdzie w tym wszystkim jest ten autentyzm? Niekoniecznie chodzi mi o bycie "true" w corpspaincie na ryju i bezrefleksyjne "Satan!!!". Ale o rzetelne podejście do grania i nagrywania. A nie sranie w banie na kilkunastu ścieżkach i tego typu fanaberie... Więc w skrócie, dla tych którzy wymiękli po dwóch moich pierwszych zdaniach (śmiech) każda ze wskazanych przez ciebie opcji w pewnym sensie jest poprawna. I tak należy postrzegać powstanie albumu "Kval"."

MS.: Niczym Tim Burton w swych obrazkach, tak i ty w swoich kreacjach dźwiękowych postawiłeś na artystyczne wyeksponowanie brzydoty. Uważasz, że jest ona inspirująca i granica między nią a pięknem nie jest aż tak wyraźna jak większość ludzi chciałaby to widzieć?
Z.: "Znowu z grubej rury, Tim Burton... nobilitujesz mnie takim porównaniem. Myślę, że Tim jest jednak subtelniejszy. W ZORORMR sprawa jest w miarę prosta, bez owijania w bawełnę. Oczywiście nie chcę deprecjonować własnej twórczości, która ma wiele znaczeń. Nie jestem jednak chyba nadto wszystko turpistą. Nie chcę chwalić na siłę brzydoty. To oczywiście truizm, ale uważam, że piękno jest nam potrzebne jako swoisty wyznacznik doskonałości. Granica, to oczywiste, jest bardzo cienka i często subiektywna, ale nie sprowadzałbym tego wszystkiego do takiego zestawiania ładne / brzydkie. Może bardziej chciałbym wskazać na tą subiektywność piękna i brzydoty bardziej? Sam nie wiem..."

MS.: Z ZORORMR sprawa nie jest wcale taka prosta jak mogłoby się wydawać. No dobra - mamy tu kawał potężnie brzmiącego, oldschoolowego black metalu, ale podanego w sposób głęboko klimatyczny. Patrząc logicznie, granie reprezentujące "warsztatowe niedbalstwo" i brzmieniową zgniliznę, winno mi się raczej kojarzyć z dokonaniami takiego DARKTHRONE, tymczasem mnie zapłonęły w głowie raczej żaróweczki z tytułami takimi jak choćby "In the Nightside Eclipse" EMPERORA, czy "Dark Medieval Times" SATYRICONA (utwory takie jak "Every Night I Die", "The Antichrist", czy nawet otwierający "Misanthropy" można skojarzyć z takim stylem), lub z dokonaniami Gabriela Fischera eksplorujące z jednej strony okres z HELLHAMMEREM, z drugiej - eksperymenty z "Into The Pandemonium". Chciałeś pokazać, że metal klimatyczny może zabrzmieć zupełnie inaczej?
Z.: "Można by do tej litanii jeszcze dołożyć CARPATHIAN FOREST z WATAIN i mielibyśmy komplet (śmiech). Nobilituje mnie to, że porównujesz mój skromny projekt do tak znaczących kapel, choć nie wiem czy na to zasłużyłem... Stylistycznie obracam się w takich właśnie klimatach, ale nie chcę całkowicie i sztampowo naśladować norweskiego black metalu. W ZORORMR staram się łączyć dark ambient w tym wydaniu takim nieco "filmowym" jak z horroru z surową i szczerą muzyką, której daleko do wirtuozerii i technicznej perfekcji. Nie chciałem się tu z niczym pieścić, nie jestem zresztą żadnym pieprzonym Malmsteenem. Lubię prostotę w metalu, niekoniecznie szybkie napierdalanie bez celu (co nazywa się brutalnym death metalem), ale wolne partie, w których jak jesteś na koncercie to łapiesz barierkę i zapodajesz ostry headbanging. Kroczące tempa i skrzeczące gitary z tą mistyczną atmosferą, przaśne choć dla mnie piękne obrazki z przeszłości - kiedyś tak grało się metal. Dzisiaj jest plastik fantastik. Ja chcę wrócić do tamtych czasów, ale podejść do tego jeszcze nieco inaczej. Nie szokować na siłę Rogatym, ale dodać więcej głębi, więcej mistycyzmu..."

MS.: Twoje teksty na "Kval" skoncentrowały się na szeroko pojętej tematyce cierpienia. Postawiłeś na studium liryczne tego zjawiska, by uciec od popularnej w gatunku "demologicznej abstrakcji" i podać jakże oczywisty, lecz dobitny przykład prawdziwie namacalnego i jakby nie spojrzeć - wszechpotężnego ZŁA?
Z.: "Mimo iż "Kval" to nie album koncepcyjny, to jednak jego fundamentem jest cierpienie. Głównie chodzi tu o cierpienie wewnętrzne, więc rozczaruję miłośników dobrego BDSM (śmiech). To cierpienie rozpatruję na niwie duchowej, tj. wyboru między Górą i Dołem, oraz beznadzieją tego wyboru. Nie widzę bardzo potrzeby piania z zachwytu nad ZŁEM czy ZŁYM, tak samo nie rozczulam się nad NIM, skoro nawet tren mu napisałem ("Threnody For Him")...Chyba wierzę w ten manichejski podział świata i batalię, która rozgrywa się w nas. Dlatego nic nie narzucam na "Kval". Raczej pokazuję, że tak jak ja, każdy musi toczyć tą bitwę w sobie samym i musi przeżywać właśnie to cierpienie. Jak mówił Emil Cioran: "Cierpieć - oto jedyny sposób na poznanie poczucia istnienia.". W tym cytacie myślę, że można by zamknąć esencję tego co jest na "Kval"."

MS.: W utworze "Misanthropy" możemy usłyszeć gościnne solo Quazarre'a z DEVILISH IMPRESSIONS czy CRIONICS. Sądząc po zawartości składanki jubileuszowej, jaką niedawno wypuścili Twoi wydawcy, jest on muzykiem silnie z wami związanym. Łączą was jakieś bliższe, przyjacielskie stosunki?
Z.: "Z Quazarrem znamy się już od dłuższego czasu, to będzie jakieś 6 lat! Znamy się bardzo dobrze, niemal jak łyse konie, wielokrotnie wypływaliśmy na transparentną głębinę, jeśli rozumiesz co mam na myśli (śmiech). Współpracowaliśmy na różnych polach, ale chyba najbardziej brakowało nam jakiejś kolaboracji stricte muzycznej. We wrześniu (09-09-09) powstał VITROFYRR, który będzie odskocznią dla Q. oraz dla mnie od naszych "codziennych obowiązków" muzycznych. Wspólna płyta rodzi się w bólach... Ale w międzyczasie udało mi się namówić Q. do nagrania solówki do "Misanthropy". Od początku czułem, że tam będzie potrzeba tej energii, która jest na płytach DEVILISH IMPRESSIONS. Wysłałem mu gotowy numer, a po jakimś czasie spotkaliśmy się w Watykanie (śmiech) i w godzinę mieliśmy już nagrane solo. Idealnie "siadło" i nadało całkiem nowy wymiar temu numerowi. Jestem z tego bardzo zadowolony."

MS.: Na wspomnianej, urodzinowej kompilacji Via-Nocturna znalazło się naprawdę sporo - nazwijmy to - utworów gościnnych (czyli materiału spoza katalogu wytwórni), które zajęły co najmniej połowę owego wydawnictwa. Z czego Twoim zdaniem to wynika? Jak stosunki z Via-Nocturna i kwestie promocji "Kval"?
Z.: "Z tego co mi wiadomo, to sprawa była prosta: zrobić kompilację urodzinową składającą się z artystów wydawanych w Via-Nocturna i zaproszonych gości. Początkowo gości miało być mniej, ale jak się okazało, że powstaje coś takiego, to z trudem wszyscy pomieścili się na tej płycie (śmiech). Wytwórnia Via-Nocturna wspiera ten materiał w Polsce i za granicą. O tyle, o ile na Zachodzie ukazują się wywiady i recenzję, tak w kraju jest póki co cisza, no ale zważywszy na okres wakacyjny to chyba zrozumiałe. Na jesieni będzie się też więcej działo, ale to zapraszam do śledzenia newsów na moim MySpace (www.myspace.com/zorormr) lub na fanpage w Facebooku."

MS.: Info promocyjne nie mogło pominąć faktu, że "Kval" jest albumem zarejestrowanym w niesławnym Vatican Cellars - studio Twojego poprzedniego projektu I.A. SERPENTOR. Możesz wyjaśnić niezorientowanym jakie to wydarzenia okryły studio ową niesławą?
Z.: "Ależ ty jesteś dociekliwy (śmiech). Jest ono niesławne już samą swą nazwą... Lochy Watykanu, wiadomo o co chodzi - jak się czytało Gide'a. (śmiech). A tak poważnie to traktowałbym jako taką grę słów, która ma też przyciągnąć uwagę. Bo czy gdybyśmy napisali w promosie, że "nagrano w Vatican Cellars Studio", to kogokolwiek by to obeszło? Czy zadałbyś wtedy to pytanie? (śmiech)."

MS.: Kto zajął się produkcją płyty? Długo trwał sam proces nagrywania, miksowania, masteringu?
Z.: "Niestety, z powodu braku funduszy na Timbalanda, czy Ricka Rubina musiałem sam zasiąść za pokrętłami (śmiech). Wiesz, tutaj produkcja jest minimalistyczna, nie były potrzebne żadne fajerwerki, więc też całość udało się jakoś okiełznać. Nagrywanie instrumentów zajęło jakieś 2 miesiące, do tego miks i master chyba z miesiąc czasu. Tak mniej więcej od lutego do początków kwietnia. Ostatnia rzecz jaką robiłem, to oczywiście wokale i one były robione jeszcze w weekend z 10 kwietnia... No ale chyba to nie jest aż tak istotne?"

MS.: Utwory na "Kval" mają dość ciekawe ułożenie. Kawałki o większym "dole brzmieniowym" w swym klawiszowo - ambientowym tle, takie jak "Every Night I Die", "The Antichrist", zajęły drugą, a utwory o bardziej klasycznym, klawiszowym brzmieniu takie jak "Misanthropy", "Beyond Atonement" - tę pierwszą połowę płyty. Przypadek?
Z.: "Nigdy w ten sposób tak o tym nie myślałem, więc tutaj mnie zaskoczyłeś (śmiech). Kluczem do kolejności było raczej... hmm, ciężko powiedzieć. Chciałem, żeby płytę zamknął numer instrumentalny odstający od reszty i przenoszący nas do tytułowego "Królestwa Niebieskiego". Z "The Antichrist" mamy taką sprawę, że rzucona zostaje rękawica właśnie "ku górze". Nie jest to koncept album, więc niekoniecznie trzeba całość odczytywać wg kolejności. Może następny zrobię taki jak po sznurku? Zobaczymy..."

MS.: Wykorzystałeś na płycie pewne orientalizmy w postaci "bliskowschodnich" zaśpiewów. W utworze "Threnody For Him" są one przetworzone na tle ambientowego misterium. W takim "Revelation 9:11" mają (przynajmniej z początku) bardziej tradycyjny - ilustracyjny charakter, lecz później wchodzą, budujące dramatyczne napięcie klawisze... Chciałeś ukazać nieco inne użycie tego typu motywów - bardziej złowrogie i niepokojące?
Z.: "Nie wiem czy złowrogie. Może bardziej niepokojące? Lubię kontrastujące ze sobą elementy, przeciwstawne, w takim wręcz manichejskim podziale. Komplementarne są względem siebie, bo nie ma dobra bez zła, czerni bez bieli i Yin bez Yang... Odwołując się w lirykach do chrześcijaństwa musiałem także sięgnąć po ich estetykę, ten typ pieśni religijnych znanych w kościele syryjskim, czy u prawosławnych. Myślę, że to nie jest ostatni raz, kiedy sięgnę po tego typu środki wyrazu. Nie tylko budują one atmosferę, ale także dodają inny wymiar duchowy do utworu, a to dla mnie jest bardzo ważne."

MS.: Mówiąc szczerze nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym nie spytał Cię o nazwę nowego szyldu. Skąd pomysł na tak trudne w wymowie imię projektu? Chcesz połamać języki swym fanom i dziennikarzom ;) ?
Z.: "Wszyscy o to pytają, więc chyba będę musiał napisać jakiś słowniczek do tego projektu (śmiech). ZORORMR (z przekreślonym pierwszym O) to połączenie SOR (czyli norweskiego południa) oraz ORMR (czyli węża). Z racji takiej, żeby jeszcze bardziej sprawę utrudnić użyłem na początku odwróconego S, czyli Z... Dlaczego? To już zostawiam do interpretacji Czytelnikom. Długo myślałem o zmianie nazwy I.A. SERPENTOR, głównie ze względów prawnych, eksperymentowałem z różnymi słownymi konfiguracjami, ale zawsze w "wężowym" temacie, gdyż ten symbol jest w pewnym sensie przewodnim dla mojej twórczości. I tak, w bólach, powstał ZORORMR!"

MS.: Mimo iż jesteś Polakiem, posługujesz się pseudonimem, który wskazywałby raczej na skandynawskie pochodzenie. Jesteś głębiej zafascynowany kulturą tych szerokości geograficznych?

Z.: "Mógłbym Ci znowu odpowiedzieć w słowach Emila Ciorana: "Nie mam narodowości. To wygodny status dla intelektualisty." (śmiech) Bardziej uważam się za związanego z moją bliższą ojczyzną, tj. Śląskiem. A Śląsk i fjordy nie są sobie wcale takie odległe... Mamy przecież w Karkonoszach i Sudetach przykłady na "śląski styl norweski", mamy Świątynię Wang... Tych nawiązań i punktów wspólnych jest więcej. Moja fascynacja Północą nie oznacza odrzucenia Południa. Wybrałem ten pseudonim (pewnie nie ostatni) by w pewnym sensie odwołać się do Ioannes Aurelius Serpentor. Hakon Sjoormen ma też swoje znaczenie i wpisuje się w koncepcję mojej muzyki..."

MS.: Bierzesz pod uwagę jakieś koncerty z ZORORMR? "Kval", w połączeniu z odpowiednim oświetleniem i scenografią mógłby stworzyć naprawdę niezły klimat na żywo...
Z.: "Na pewno chciałbym kiedyś móc stworzyć swoistego rodzaju spektakl muzyczny na scenie. Tak jak mówisz, ze światłami, rekwizytami i całą tą otoczką... Ale na dzień dzisiejszy nie mam regularnego składu, ani też składu "live" więc póki co koncertowanie nie będzie możliwe. Oczywiście jeśli nadarzy się taka możliwość to na pewno będę chciał z niej skorzystać. Czas pokaże."

MS.: Jak dokładnie wyglądają kwestie personalne w ZORORMR? Sam odpowiadasz za skomponowanie całej muzy i odegranie wszystkich partii instrumentów? Zakładasz możliwość powołania do życia pełnego zespołu z typowo demokratycznym podejściem do pisania muzyki, czy wolisz pracować indywidualnie?
Z.: "ZORORMR to klasyczny "one-man-band". Nie ma tu raczej mowy o regularnym składzie, choć nie wykluczam wykorzystywania od czasu do czasu muzyków sesyjnych, czy gości. Nie chcę raczej tworzyć z tego projektu typowego metalowego ensamblu. Nie jest to może najłatwiejsze rozwiązanie, bo samemu muszę faktycznie zrobić wszystko, a nikt z nas przecież nie jest już człowiekiem renesansu, ale ten sposób pracy w tym wypadku sprawdza się dla mnie najlepiej. Niejednokrotnie chciałem mieć regularny band, ale jakoś nigdy z tego nic nie wychodziło, z różnych powodów... Obecny układ się sprawdza, materiał na "Kval" tak powstał i myślę, że kolejny również powstanie w ten sposób."

MS.: Jesteś artystą kojarzonym (głównie dzięki I.A. SERPENTOR) z polską sceną dark ambient. Założyłeś więc ZORORMR, by zaznać pewnej (choć nie do końca przecież) odskoczni od tego, czym zajmujesz się na co dzień, czy po prostu wpadłeś na to, że dźwięki dark wave'owe można umiejętnie wzbogacić oldschoolowym blackiem? Jakie wydawnictwa czysto dark ambientowe szukujesz na przyszłość?
Z.: "Zawsze chciałem grać taki prymitywny black metal. Nie mogłem tego robić z różnych powodów wcześniej, no i to jest cała tajemnica. Tak naprawdę, to według wielu "ekspertów" w Polsce, którzy zajmują się ambientem, to nijak się nie miałem do dark ambientu, lub co najwyżej tworzyłem jakiegoś dziwoląga a'la muzyka do horroru. Wiesz, takie pieprzenie... A, że w ogóle jeszcze gdzieś tam dopatrywano się, że robię introsy dla kapel blackowych, tak więc ci "wielcy" dark ambientu nie traktowali mnie do końca poważnie. Wkurwiało mnie to niemiłosiernie. (śmiech) Uwierało mnie już wszystko z tym, więc zdecydowałem, że faktycznie trzeba robić to co się lubi, pieprzyć wszystkich dookoła i być sobą. Odkurzyłem gitarę i nieszybko ją odwieszę (śmiech). Oczywiście nie będę się wypierał dark ambientu, on będzie zawsze na moich płytach obecny, ale w ZORORMR będzie tylko tłem dla olsdchoolowego blacku! Do końca tego roku lub na początku przyszłego ukaże się kolejny krążek moich dark ambientowych i parasymfonicznych wynurzeń... Myślę, że te kilka osób tęskniących za I. A. SERPENTOR nie będzie zawiedzionych (śmiech)."

MS.: Jesteś znany z aktywnego promowania wspomnianej muzyki dark ambientowej. Nie uważasz, że wciąż ma ona w naszym kraju w dużej mierze niszowy charakter? Jak postrzegasz Castle Party w Bolkowie, na którym to festiwalu sporo w tym względzie się przecież dzieje?
Z.: "Wiesz, ja chyba nie jestem typowym "gościem z Bolkowa". Nie wydaje mi się też, żeby dark ambient był tam jakoś specjalnie mocno reprezentowany... Nie chcę za bardzo krytykować tej imprezy, dobrze, że jest. Wstydu nie ma, ale to chyba nie do końca "te" klimaty... Wiesz, dark ambient to jest taka muzyka, która dla mnie nie nadaje się za bardzo do grania live. Ona potrzebuje intymności, bezpośredniego kontaktu z odbiorcą... Koncert dark ambientowy oczywiście może być efektowny, z tymi wszystkimi bajerami wizualnymi, ale takich imprez chyba nie ma za wiele. Kiedyś bardziej śledziłem te różne "eventy" na scenie ambient, brakowało mi takiego np. "Rumors About Angels", ale mam to za sobą. Gitarowe granie i tak zawsze było mi bliższe, więc ono wzięło ostatecznie górę. Nadal wspieram różne projekty ambientowe, no ale to bardziej w wymiarze wydawniczym niż live."

MS.: "...still drowning our memories in soothing whirlpools of absinthe..." Zielony trunek jest już chyba czymś w rodzaju twego znaku rozpoznawczego. Nawet okładka "Kval" utrzymana jest w takiej kolorystyce. Ma on dla ciebie znaczenie czysto symboliczne, odarte z apsektów - powiedzmy - konsumenckich, czy pozwalasz sobie jednak czasem na mały kieliszeczek? Podsuwałeś Studio XIII swoją wizję frontu "Kval", czy mieli pełną wolność w jego realizacji?
Z.: "Z absyntem sprawa jest taka, że nawiązałem nieco do "The Green Fairy" z płyty "Onoskelis". Tam był cały numer poświęcony temu cudownemu trunkowi. Tutaj więc widziałbym raczej tylko nawiązanie, choć odczytanie tego wszystkiego w taki sposób jaki zaproponowałeś jest również ciekawe... Chciałem, żeby okładka "Kval" była bardziej organiczna niż okładki blackowe, wiesz... mamy lepsze środki wyrazu niż odwrócony krzyż... Poza tym chciałem, żeby tam było ukazane przemijanie, rozkład i też pewien rodzaj cierpienia. Nie zawsze trzeba kogoś powiesić na krzyżu dosłownie, żeby przedstawić cierpienie... Pod tym względem efekt końcowy mi się podoba. Wracając do absyntu, piłeś kiedyś prawdziwy absynt? To nigdy nie jest doświadczenie "konsumenckie"... Patrząc na to co działo się we Francji na przełomie XIX i XX wieku, lepiej nie polecać absyntu do regularnej konsumpcji (śmiech)."

MS.: Gustujesz w poezji dekadenckiej? Ja bardzo długo nie odkładałem takiego "W Mroku Gwiazd" Micińskiego, czy "Kwiatów Zła" Baudelaire'a na półeczkę. Nie wyobrażam sobie również, bym do tego typu poezji nie wracał przynajmniej raz na jakiś czas...
Z.: "Zdecydowanie. Lubię bardzo ten okres w literaturze i w filozofii. Uczucie końca wieku nie opuszcza mnie, mimo iż już powoli powinno, patrząc na kalendarz (śmiech). Myślę, że oni zrobili coś wielkiego, sięgnęli gwiazd... Współczesnej poezji nie kupuję, dla mnie miota się ona jak karp w reklamówce. Kompletnie do mnie nie przemawia. A Verlaine, Baudelaire czy Przybyszewski to lektura obowiązkowa... Ale już nie tak często wracam do poezji, chyba proza życia mnie do niej zniechęca..."

MS.: No! I na koniec słów kilka do czytelników Mrocznej Strefy prosimy. Dzięki wielkie za wywiad!
Z.: "Również dziękuję, za możliwość rozmowy. Była to dla mnie niemała przyjemność. Zachęcam wszystkich czytelników Mrocznej Strefy do wizyty na www.myspace.com/zorormr i oczywiście zakupu płyty, a jakże! (śmiech) Stay true!"

autor: Kępol (sierpień 2010)



<<<---powrót