Relacje

PARTY SAN OPEN AIR 2017

10.08 – 12.08.2017  Flugplatz Obermehler, Schlotheim (Niemcy)

    Trzyyynaaastka...“ - takim oto słowem zaczynał pewien pan w pewnym programie muzycznym mojego dzieciństwa (za cholerę nie jestem w stanie przypomnieć sobie nazwy tego programu oraz cóż to za pan w nim występował) stała kolumnę. Najwięcej śmiechu było jednak wobec faktu, iż odpowiednio modulując to słowo malował na arkuszu papieru pędzlem rzeczoną liczbę, przy czym najpierw wyszła mu czternastka, a reflektując się że strzelił byka, chciał ją jak najszybciej przerobić. W rezultacie zahaczone niezdarnie jego ręką wiadro z farbą przewróciło się i w sumie z jakiejkolwiek liczby guzik wyszło, ale to było właśnie w całym tym wicu najlepsze. Po co jednak ten nietypowy wstęp? Ha, liczba trzynaście, to proszę państwa liczba magiczna, bo w zależności od osobistych upodobań i przesądności symbolizować może zarówno szczęście oraz pecha. Nadmienienie o tymże fenomenie w nieniejszym reportażu nie jest przypadkowe, gdyż jak co roku opisywać będę swoje wrażenia z Party San Open Air, a na nim właśnie gościłem już po raz... trzynasty. Przypuszczam, że z pewnością chcielibyście dowiedzieć się który z wyżej wymienionych aspektów wziął w tym roku górę? Zapraszam do lektury.
    Choć czwartkowy maraton ekstremy zapoczątkował NIGHT DEMON, pod sceną znalazłem się dopiero godzinę później, a to tylko ze względu na inny wartościowy, a do tego jeszcze polski ekstremalny akcent. Pomorzanie z AZARATH gościli na sławetnym feście dokładnie przed ośmioma laty, jeszcze za pamiętnych czasów na polach w Bad Berka. Jako że w międzyczasie nie miałem okazji podziwiać ich często z chęcią nadrobiłem te zaległości. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to zdecydowanie nowe twarze w lajn-apie, bo poza szlachetnym i niezłomnym Bartem nikogo innego niestety nie rozpoznałem. Nic to jednak, bo ważna była sama muza i prezentując niniejszą band wyszedł w sumie z tej konfrontacji obronną ręką. Kilkadziesiąt minut oldskulowego śmierć metalowego bestialstwa na pewno podobało się nie tylko mnie, a przy znanych starych przebojach jak „Baptized...“ czy „Whip the Whore“ da przecież radę świetnie się bawić. Niestety że względu na obowiązki natury handlowej nie udało mi się obejrzeć popisów MYSTHYRMING, więc trochę szkoda, ale w sumie to nie aż taka duża strata, gdyż black metalową hordę z krainy gejzerów podziwiałem już w zeszłym roku na Chaos Descends, a z tego co słyszałem od wszystkich mających tę przyjemność tym razem, Islandczycy również poradzili sobie nieźle. Cieszyłem się jednak, że rzucić mogłem okiem na band, którego nie oglądałem już na żywca ciężkie lata. Skłamałbym oznajmiając, że GOD DETHRONED należy do panteonu moich bogów ekstremy, przyznam jednak bez naciągania, iż wczesne ich płyty posiadam, a fakt ten jest dowodem mojego uznania dla tychże. Nie wiem ile to już razy Henri Sattler rozwiązywał w ostatniej dekadzie zespół, nie wiem też ile razy reorganizował jego skład, ale jest to w sumie bardzo mało istotne, bo licząc na usłyszenie starych numerów doczekałem się chociażby „Villa Vampiria“, „Nihilism“, „Rusty Nails“ czy „Boiling Blood“, więc generalnie było gites. Tak samo było przy DARKENED NOCTURN SLAUGHTERCULT, bo kto choć raz oglądał ową załogę na żywo to nie tylko wie iż ukrywająca się pod nickiem Onielar wokalistka Yvonne Wilczyńska doskonale włada językiem polskim, ale też spodziewać się może w wykonaniu jej zespołu prawdziwego black metalowego misterium najwyższej klasy. Sam doświadczyłem tego już kilka razy, z czego po raz ostatni na własnym podwórku przed blisko miesiącem (Under the Black Sun) i każdemu, kto mimo wszystko sceptycznie hołduje tezie o drętwocie niemieckiego blacku polecam sięgnąć po którąś z płyt kapeli lub osobiście wdepnąć na koncert – jestem pewien że bardzo szybko zmieni zdanie. Kontynuując temat czarnych dźwięków wdepnąłem nieco później na URFAUST, którego obecność na tym feście co niektórych black metalowych purystów z pewnością by zdziwiła. Piszmy jednak o samym gigu, jeśli o tenże chodzi – było poprawnie, choć przy tych jękach pana śpiewaka wyobrażać sobie można tak fajne kombinacje słowne, że przez to robi się zabawnie. No bo jeśli pan śpiewa „bałałajka“ albo „pies myje ręce“? Jedźmy dalej, bo zbliżając się do końca dnia pierwszego pozostały nam jeszcze OVERKILL, którego... nie obejrzałem, choć bardzo chciałem oraz ABBATH. Działający od jakiegoś czasu solo jeden z założycieli Immortal obrał sobie za szyld własny pseudonim i tym samym próbuje kroczyć w swoim kierunku wydeptanym przez jego dawny zespół szlakiem. Jeśli mam być szczery – solowe dokonania Olve Eikemoo nie robią na mnie aż tak piorunującego wrażenia i zakupiony przed rokiem album traktuję jedynie jako ciekawostkowe uzupełnienie rządku z pozycjami Nieśmiertelnego, przy których pozycja niniejsza brzmi w mojej skromnej opinii nieco... nudnawo. Myślę jednak że wszyscy, którzy nigdy nie mieli okazji ujrzeć na żywo Immortal z pewnością mogli z sukcesem powetować sobie tę stratę przy nowym wcieleniu Abbatha – kawałki z debiutanckiego krążka uzupełniły przecież tak nieśmiertelne klasyki jak „Nebular Ravens Winter“, „Tyrants“, „One By One“ czy „All Shall Fall“, chwilami można było więc poczuć się jak przed pięcioma laty, kiedy to Mr. Eikemoo obejmował scenę w posiadanie wraz ze swoim macierzystym bandem. Godnym odnotowania był fakt, iż combo wystąpiło jako kwartet, gdyż skład jego zasilił jakiś nieznany mi absolutnie gitarulnik, co bez wątpienia wzmocniło przekaz sceniczny i brzmienie, które raczej przy Immortal w wielu przypadkach potrafiło bardzo kuleć. Dzień dobiegł więc końca, oczekując zatem nowych wrażeń, których przedsmak zdradzał oczywiście zeszycik z programem oraz zdecydowanie lepszej pogody (mżawka i ziąb zdecydowanie stanowiły poważny mankement tegrocznej edycji) można było udać się na spoczynek.
     Drugiego dnia działo się bowiem naprawdę sporo, szczególnie jak na moje gusta. Po kilku mało znaczących dla mnie przecieraczach szlaków mogłem zmierzyć się bowiem z DEMOLITION HAMMER. Nie chciałbym być już do przesady złośliwy, ale nie wydaje mi się aby wskrzeszenie kolejnego thrash metalowego trupa usatysfakcjonowało kogokolwiek innego poza tymi, którzy przed laty namiętnie lubowali się w dokonaniach Amerykanów. Jako że sam jednak do młodzieży już nie należę, a repertuar troszeczkę znam, no i występ sam w sobie był całkiem niezły, mogę odnotować konfrontację z Młotem Demolką jako wrażenie pozytywne. Po godzinnej regeneracji podążyłem ponownie pod scenę w celu skonsumowania porcji krwistego mięsa, nie ma się bowiem co oszukiwać -VITAL REMAINS od dawna należą już w moim prywatnym rankingu do grona najbardziej szacownych załóg w jankeskim śmierć metalowym bajzlu, zaliczenie ich gigu na niniejszym festiwalu traktowałem zatem jako pozycję obowiązkową. Nie powiedziałbym aby mnie tym razem czymś specjalnie urzekli, nie znaczy też jednak że po chyba czwartej już konfrontacji z tym potworem na żywca czułem się tym razem rozczarowany. Szanuję Tony'ego Lazaro, że pomimo upływu lat wciąż chce mu się ciągnąć swój wózek i jakiekolwiek zawirowania trendów nic go nie zniechęciło od serwowania brutalnego bluźnierstwa najwyższej klasy – było niezaprzeczalnie szybko, ekstremalnie i brzmieniowo całkiem poprawnie. Niestety z racji na ograniczenia czasowe Amerykańcom udało się zagrać jedynie sześć właściwych kompozycji, ale kto ich zna wie przecież, że wypieprzając kawałki o średniej 7 minut trzy kwadranse setu zapełnią się po brzegi. Repertuarowo postawiono na zawartość dwóch ostatnich płyt („Where is Your God Now/Icons...“, „Scorn“, „Hammer Down The Nails“, „At War With God“, „Let The Killing.../Dechrystianize“), jeszcze na początku setu Brian Werner postarał się o odpowiedni nastrój, podpalając przy pomocy zaimprowizowanego miotacza ognia jakąś książkę (skąd my to znamy?), było więc bardzo evil, brutal i deathmetalowo rzecz jasna. Czyli fajnie. Z ciekawości rzuciłem też jednym okiem na produkujących się w następnej kolejności na rodaków Mr. Lazaro, aczkolwiek pochodzących z przeciwległego krańca tegoż pięknego kraju i łupiących black metal. Absolutnie nie cukierkowy i nie rozlazły, lecz z pewnością atmosferyczny, wykonująca go kapela zwie się natomiast UADA i przyznać muszę, że nie tylko ze względu na image muzyków, ale też i na samą muzę zalatywało mi to nieco... Mgłą. Z bywających stosunkowo często na tym zacnym spędzie hord organizatorzy wybrali po raz kolejny w tym roku MOONSORROW i AURA NOIR, więc nie dostarczając tym razem sprawozdania z gigów tychże, proszę wszystkich ich fanów o rozgrzeszenie. Grzechem wołającym o pomstę do piekła byłoby jednak przepuszczenie setu jednej że śmiercionośnych machin, której cechą jest wieloletnia niezachwiana pozycja oraz absolutnie doskonałe koncerty całkiem słusznie wyniesione do rangi misteriów. VADER można oglądać miliony razy i jakoś nigdy się nie znudzi – nie inaczej było i tym razem, choć złośliwość aury (bynajmniej nie noir) naprawdę dała się we znaki. Ale szacun dla wszystkich twardzieli, którzy bawiąc się pod sceną udowodnili, że nie są z cukru – Peter & Co. wynagrodzili im to sowicie, a działo się przecież sporo! Olsztynianie posiekali wszyskich zacnym recitalem z naciskiem na cztery pierwsze duże wydawnictwa („Wings“, „Triumph Of Death“, „Silent Empire“, „Prayer...“, „Dark Age“, „Vicious Circle“, „Sothis“, „Testimony“, „Carnal“, „One Step...“, „Black To The Blind“, „Send Me Back To Hell“, „Cold Demons“), więc gęba cieszyć się chyba musiała, czyż nie? Jakby ktoś nie wiedział, to pragnę przypomnieć, że Vader gościł na owym feście po raz ostatni... dekadę temu, dzięki więc stokrotne, że szanowne jego kierownictwo zdecydowało się w tym roku ściągnąć polską (och przepraszam – ŚWIATOWĄ!) death metalową dumę pod swoją strzechę. Liczę na powtórkę z rozrywki możliwie najszybciej, a tymczasem idąc śmierć metalowym szlakiem powinienem skupić się na NILE. Powinienem, ale tak naprawdę szczerze... niespecjalnie mi się chce. Zupełnie serio – o ile zaznaczałem jakoby ich polscy partnerzy w biznesie w wersji live nie nudzili się nigdy, tak samo otwarcie przyznaję, że Nile niestety mi się znudził. Nie wiem gdzie należałoby upatrywać przyczyny, ale zespół pod komendą Karla Sandersa musi chyba na jakiś czas pójść w odstawkę abym mógł ponownie podziwiać go w akcji z uznaniem. Popatrzałem sobie kilkanaście minut, po czym zapodałem tyły. Nie wiem czy jakieś zblazowanie i lenistwo ogarnęło mnie potem na całego – chyba tak i możliwe że to wina pogody, bo jakimś dziwnym trafem nie miałem potem ochoty już na nic. Ani na CANDLEMASS, który widziałem po raz ostatni przed dwunastu laty i o którym powinieniem napisać choćby że dwa słówka ani też na AUTOPSY. Trochę dziwne to może, ale w sumie każdy kto choć raz był na metalowym feście, wie doskonale że nie jest obowiązkiem oglądać każdą kapelę (szczególnie już koncertowo zaliczoną), poza tym człowiek nie jest robotem i też ma swoją wytrzymałość. Mam jednak nadzieję zobaczyć występy tych kapel jeszcze w przyszłości na tym samym festiwalu (szczególnie Mszalną Świecę, bo o Autopsji mogliście poczytać siedem lat temu i sądzę, że tym razem gorzej nie było) i tym samym pochwalę się wrażeniami. Dzień nr 2 uznaję tym samym za zamknięty.
    Trzeci dzionek. Jak zwykle ostatni, ale nierzadko klasyfikowany w moich osobistych podsumowaniach jako najlepszy ze wszystkich. Istotnie, już nieraz bywało tak, że najlepsze bandy grywały właśnie w sobotę – szczególnie wziąwszy pod uwagę moje gusta, a wiadomo przecież że black i death metal to moje ulubione gatunki, tylko że... czy to nie one notabene dominują w każdorazowej obsadzie tego festiwalu? Raczej tak, bo gotyckich słodziaków próżno tam szukać nawet ze świeczką, każdy kto lubuje się z kolei w nowoczesnych heavy/power metalowych wyjcach również zdecydowanie źle trafił. Zdarzają się za to ciekawostki w postaci zacnych hybryd, a o tym, że grind czy doom to bardzo bliscy krewni śmierć metalu wie przecież każdy laik. W ten sposób zdecydowałem się przystanąć choćby na kilka minut przy MOURNING BELOVETH, ale jako że ekipa z Zielonej Wyspy garnków złota nie rozdawała, powróciłem wkrótce do pełnionych cały czas funkcji handlowych. Pod sceną znalazłem się z powrotem gdy w posiadanie objęli ją Szwedzi z MERCILESS i przypuszczam, że każdy, kto poczuł się równą dekadę temu usatysfakcjonowany ich setem, z pewnością odświeżył te wspominki. Ja na pewno obejrzałem ich popisy z dużą chęcią, gdyż death/thrash w ich wykonaniu to muza zacna, do tego szacunek w półświatku skandynawskiego śmierć metalu chłopcy wypracowali sobie bez wątpienia, toteż nawet bardziej pasujący obecnie wyglądem do punkowego squatu wokalista Rogga absolutnie nie jest w stanie zepsuć dobrego wizeruku grupy. Bardzo ładnie. Pora zatem na podróż sentymentalną. To chyba mój stały punkt programu w koncertowych relacjach, gdzie pośród bohaterów znajdują się moi idole z czasów licealnych. No tak, bo piękne to był czasy, kiedy mając okienko pomiędzy lekcjami siedziało się z kumplami na korytarzu i obserwując przechodzących nauczycieli bądź inny personel, robiło się jaja niby donosząc: „Tu jest Kamil!“ lub: „Taaak, tu Radek siedzi!“ aby za chwilę się chichrać, gdy rozeźlony takową aluzją kolega odcinał się: „Wypluj to!!!“ Ale najfajniejsze w tym wszystkim było, że czasy owe obfitowały w premiery płyt zespołów wybitnych. Do takich należał bezsprzecznie norweski Hades, który wskutek roszczeń amerykańskiej hordy o takiej samej nazwie przekształcił się jedynie w HADES ALMIGHTY i dalej robił swoje. Przyznaję jednak, że zdecydowanie bardziej podobało mi się poprzednie wcielenie tegoż bandu, toteż kawałki z „Again Shall Be...“ oraz „The Dawn Of The Dying Sun“ przyjąłem ze szczególnym entuzjazmem. Pochwalę się nieskromnie, że to już moje drugie koncertowe spotkanie z Norwegami, którzy postanawiając odwiedzić przed rokiem nasz lokalny UTBS zdecydowali się tym razem na Party San. Piękny koncert! Potężne rytmy niczym stąpający ciężko troll z mrocznych skandynawskich lasów, zajebista bliżej niezdefiniowana atmosfera, no i sam Jørn, mający na koncie tak zaszczytne funkcje szarpidruta w Old Funeral czy Immortal – nie powiem, ale bardzo sentymentalnie się zrobiło! Po trzech kwadransach epickiego black metalu mieli zagrać rzeźnicy z CRYPTOPSY i wiem że zagrali, bo z miejsca w którym się znalazłem aby nieco odetchnąć i coś przekąsić, słychać było ich bardzo dobrze. Niespecjalnie miałem jednak tym razem chęć na show Kanadyjczyków, którzy notabene wpadli na festiwal po ponad dziesięcioletniej przerwie, ale jako że w międzyczasie wpadali też kilkakrotnie do mojego miasta, miało to swoją zasadność. Zastanawiałem się czy nie powinienem odpuścić INQUISITION, który odwiedza naszą piękną metropolię niemal rokrocznie, stanęło jednak na tym, że nie odpuściłem i po raz kolejny z sympatii do Dagona i Incubusa zameldowałem się o właściwej porze pod sceną. O fajnosci i specyfice duetu w wersji live wspominałem już wielokrotnie, więc nie spodziewajcie się takich samych wzniosłych peanów na ich cześć i przy tej okazji. Napiszę jedynie tyle, że było jak zwykle w dechę, bo zawsze tak jest kiedy standardowo pojawiają się „Ancient Monumental War Hymn“, „Dark Mutilation Rites“ czy „Command Of The Dark Crown“. Szatańskie duo wydało jednak w zeszłym roku nowy album, więc i jego namiastka musiała się pojawić („From Chaos They Came“), biorąc zaś pod uwagę, że w porównaniu z nieco dziwacznym poprzednikiem „Obscure Verses...“ prezentuje się o piekło lepiej, jedynym mankamentem był brak kilku moich ulubionych trackow. No, ale na feście nie można mieć wszystkiego, wiadoma sprawa. Przechodzę więc do NECROPHOBIC, bo zważywszy na fakt, że Szwedzi gościli po raz ostatni na PSOA w 2005 r., a w dodatku w międzyczasie popełnili kilka albumów i zmienili nieco skład, warto co nieco wspomnieć o ich obecnej formie. Z zespołu wysiadł trzy latka temu długoletni frontman Tobias Sidegard, do składu powrócił więc znany z darcia paszczy na debiucie Anders Storkirk, toteż wszystko pozostaje w rodzinie. Także Johan Bergeback i Sebastian Ramstedt nie wytrzymali na długo rozstania i ponownie są w zespole, przy czym drugi z wymienionych powrócił w szeregi z nowym (naturalnym?) kolorem upierzenia. Nieważne to jednak, bo ważna jest muza, a jeśli o tę chodzi, to już po raz trzeci przekonałem się, że hybryda death/black metalu że szczyptą szwedzkich smaczków a la Necrophobic to na żywca niezły rarytas. W programie zarówno starocie („Spawned By Evil“, „Slow Asphyxiation“, „Darkside“, „The Nocturnal Silence“) oraz garść rzeczy nieco nowszych („Revelation666“, „Blinded by Light...“, „Furfur“), nie wyłączywszy rzecz jasna najświeższych świeżynek jak „Pesta“ z tak samo zatytułowanego singla, który notabene miał premierę... właśnie na festiwalu. Ufff, to było naprawdę kilkadziesiąt minut świetnej zabawy! Nie na tym koniec tejże jednak, bo zaznaczałem już przecież nieraz, że bardzo lubię DESASTER, skoro więc germańscy pionierzy mieszanki rozmaitych stylów szybkiego metalu w staromodnej oprawie pojawili się na festiwalowej scenie i w tym roku, to jak mogłem ich olać? Nie ma opcji! W najnowszy album zaopatrzyłem się już rok temu, z przyjemnością wysłuchałem więc i jego fragmentów („End of Tyranny“, „Damnatio Ad Bestias“) na żywo. Przy starszych kawałkach także nie stałem obojętnie, bo przy klejnotach typu „Divine Blasphemies“, „Hellbangers“ „Sacrilege“, „Necropolis Karthago“ czy „Satan's Soldiers Syndicate“ trudno sterczeć bez ruchu. Spróbujcie, a zobaczycie! Hołdujący ćwiekom, setkom naszywek i telewizorom chłopcy zagrali piękny gig! Aby podkreślić całkowicie szczerą miłość do tego co robią zakończyli swój repertuar rodzynkiem „Metalized Blood“, a ja wciąż czekam z niecierpliwością kiedy nareszcie zobaczę Desaster w moim mieście w normalnych warunkach klubowych. Podobno kto cierpliwie czeka... W międzyczasie wszyscy doczekaliśmy się POSSESSED. Do tej pory widziałem prekursorów death metalu na żywo dwa razy i jakoś wciąż nie wiem jak można by umiejętnie opisać słowami zespół, który wskrzeszony dokładnie dekadę temu nie zaskoczy nas chyba niczym. Wspominałem już kiedyś, że bardzo szanuję Jeffa za jego niezłomność i chęć woli walki o dzieło swojego życia, jak wielu nie wiem jednak co w rezultacie nastąpi – o nowej płycie ani widu ani słychu, a sam Beccera wymieniając partnerów do gry raczy nas jedynie na żywo tak dobrze znanymi klasykami jak „My Belief“, „Storm In My Mind“, „Tribulation“, „The Exorcist“ czy „Death Metal“... MARDUK opisywałem wam już wielokrotnie, więc w sumie mógłbym na tym miejscu poprzestać na stwierdzeniu, że zagrał. Z ogromnego sentymentu wysłuchałem i obejrzałem go jednak po raz kolejny i nieźle bawiłem się przy „Panzer Division Marduk“, „Frontschwein“, The Blondbeast“, „Of Hell's Fire“, „Materialized in Stone“, „The Levelling Dust“, „Throne Of Rats“, „World Funeral“, „Soul Of Belial“, „Wartheland“, „Legion“ czy „Wolves“... Ach, no i tym razem pojawiła się stosowna dekoracja, bo wypożyczony zapewne z prywatnej kolekcji Morgana karabin maszynowy MG-42 na trójnogu (wersja przeciwlotnicza) dopełniał całości poruszanego w niektórych lirykach klimatu ostatniej wojny światowej. Czy o czymś zapomniałem? Nie, chyba nie, bo skoro zaznaczałem, że Marduk wypadł jak zwykle przekonująco, to już chyba raczej nie ma tu nic do dodania. A więc...  
       Pora na wieńczący dzieło koniec. Podejrzewam, że nie tylko ja byłem rozczarowany brakiem zespołu ze ściślej czołówki światowego śmierć metalu, który wyznaczony na headlinera dnia trzeciego zmuszony został kilka tygodni wcześniej odwołać zarówno ten jaki i kilka innych potwierdzonych w ramach festiwali koncertów. No niestety – miał być MORBID ANGEL, ale niestety go nie było, bo jeden z muzyków miał problemy z paszportem, kapela nie mogła stawić się przez to w komplecie i występ w sumie anieli wzięli. Nie mogłem zatem machać głową przy dźwiękach produkowanych przez Mr. Treya i jego nowo zwerbowanych załogantów, tak samo nie miałem przez to i wglądu w aktualną formę Morderczego Anioła w którym ponownie gardło zdziera Steve Tucker. No cóż, bywa. Kierownictwo festiwalu miało nie lada kłopot, bardzo szybko znalazło jednak zastępstwo w postaci TRIPTYKON. Kapela Toma Warriora gościła już w Schlotheim podczas pierwszej edycji festiwalu w tym miejscu – w 2011, jako że z pewnych przyczyn technicznych zmuszona była uraczyć wszystkich koncertem w ciasnym namiocie przeznaczonym zwykle na afterparty, wszyscy uznający wówczas to za poważny mankament mogli to sobie odbić tym razem z nawiązką. Warrior i S-ka wystąpili na dużej scenie co z pewnością było bardziej efektywne już chociażby przez więcej miejsca. W kwestiach oceny artystycznej po raz trzeci stwierdzam że Triptykon na żywo jest niezły, szczególnie kiedy gra starocie znane jeszcze z czasów Celtic Frost, ale wierzcie mi – brak Morbidów dokuczył mi do tego stopnia, że jakoś nie mogłem w całości zdzierżyć tego gigu, no naprawdę! Poza tym byłem już zmęczony nielicho, bo jestem przecież coraz starszy, a kiedy jest się non stop na dwóch nogach, to wiadomo... W sytuacji takiej nie pozostało mi zatem nic innego jak tylko udać się na ostatni spoczynek, a potem budząc się następnego poranka zdemontować cały kram i ruszyć do domciu. Przeżywając po drodze przygody w postaci przerwy na posiłek w jednej z filii Burger Kinga, klasyfikowanego potocznie jako typ tzw. szybkiej restauracji. Nie wiem zatem jak wyglądać ma wolna restauracja, skoro dwie panie w wieku przedemerytalnym musiały w ciągu pół godziny uporać się z liczącą ok. 40 osób kolejka (!), ale to już nieważne. Ważne, że moja trzynasta wizyta na Party San wcale pechem nie stała, toteż pozostaje mi uważnie śledzić stronę internetową festiwalu aby w przyszłym roku pojawić się na nim po raz czternasty.

autor: Mikolaj (Nikolaus) Kunz


<<<---powrót