| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   T   [1] 


TARANIS - "Obscurity"

(CD 1992 - 2008 / Under The Sign Of Garazel & Luciforus Art Prod.)

"Obscurity" swego czasu nieźle namieszało. Tak zresztą jak wydany trzy lata później, w 1995 roku, album TARANIS zatytułowany "Faust". Kreowano ten zespół na prekursorów dark metalu i polską odpowiedź na SAMAEL. Stawiano gdzieś tuż obok CHRIST AGONY, widziano w nich prawdziwe objawienie i wielką nadzieję dla polskiego metalu. Tymczasem skończyło się na demo "Obscurity", które na kasecie wydało Baron Records, a po latach na srebrnym krążku Under The Sign Of Garazel i Luciforus Art oraz na wspomnianym, jedynym pełnym materiale "Faust". Z perspektywy czasu można powiedzieć: szkoda... Chociaż brzmienie nie było takie, jak by się chciało, chociaż muzycy nie uniknęli błędów... to i tak można postawić TARANIS w jednym rzędzie z nieco podobnie grającymi formacjami PANDEMONIUM, HAZAEL i XANTOTOL. Wszystkie były zafascynowane, ba, wręcz zapatrzone w podziemne kapele działające na pod koniec lat 80-ych oraz na początku 90-ych, a które można w dowolnej kolejności wymienić: SAMAEL, CELTIC FROST, HELLHAMMER, BATHORY, MESSIAH. Jedne z nich miały więcej pierwiastków black, inne kładły nacisk głównie na ciężar i specyficzny klimat, ale TARANIS, jak już wspomniałem, najwięcej czerpał z "jedynki" szwajcarskiego SAMAEL'a. Wystarczy wsłuchać się w klawiszowe intra, emanujące pierwotną energią proste gitarowe riffy, nawiedzone wokale, "jaskinowe" przejścia perkusisty, dudniący bas, mozolnie konstruowane utwory... Wówczas między innymi właśnie tak się grało i muza ta stała jakoby w opozycji do zbyt "czysto" i technicznie brzmiącego thrash metalu czy szybkiego death metalu. Dlatego grupa stworzona przez Jacques'a, Toma i Amaimona można określić jako protoplastów takiego grania w naszym kraju i do dziś - o ile przymknie się oko na pewne niedociągnięcia - słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Takie numery, jak "...of Misery", "Elizabeth", "Doom For Death" czy wręcz trudny do uniknięcia do grania przez takich wielbicieli, jak TARANIS cover "Into the Pentagram" SAMAEL'a to podręcznikowe wręcz przykłady, jak zagrać cholernie ciężko, wolno, z odpowiednio mrocznym, nasyconym tajemniczością i mistycznością klimatem. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu takie rzeczy przypasują, ale dla samego poznania schedy starej polskiej sceny metalowej warto sprawić sobie ten krążek i z dumą pokazywać znajomym jako jedno z istotniejszych wydawnictw w kolekcji. Jako, że album otrzymałem od Leszka z Thrashing Madness Records, to prawdopodobnie jest wciąż u niego dostępny.

ocena: 8/10
www.thrashing-madness.pl
autor: Diovis


THE ELYSIAN FIELDS - "12 Ablaze" / "Suffering G.O.D. Almighty"

(2 CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Powiem tak... dawno żadna płyta nie wyprowadziła mnie z równowagi tak jak wydana na podwójnym CD reedycja albumów "12 Ablaze" i "Suffering G.O.D Almighty" greckiej formacji THE ELYSIAN FIELDS. Wydawnictwo zawiera 18 kawałków (9 z jednego albumu i 9 z drugiego), które powinny nosić wspólny tytuł "Klawisze über Alles". Nie wiem w jakim celu powstają takie produkcje, tym bardziej reedycje albumów, które nie wnosząc nic oryginalnego, dodatkowo jeszcze podnoszą ciśnienie do niebezpiecznej granicy... bo słuchanie tego rodzaju muzyki to była dla mnie osobiście katorga... niestety. Wszechobecne klawisze zdominowały generalnie wszystko inne, co mogłoby jakoś pozwolić zapamiętać album. Nadmierna forma ekspresji klawiszowca może i miała w pierwotnym zamyśle dodać odpowiedniej dozy realizmu i pompatyczności (zważywszy na teksty), ale w takiej ilości stała się po prostu nudna i irytująca. Jestem na tak, jeśli chodzi o klawisze, gdy nadają ostateczny szlif całej reszcie sekwencji i są tylko dodatkiem, podkreślającym pewien charakterystyczny "audio look", natomiast w wykonaniu THE ELYSIAN FIELDS wyszło to koszmarnie. Co prawda wokalista ratuje nieco brzmienie BM skrzekiem i dominuje chwilami nad nudą klawiszy, a miejscami ciekawsze riffy oraz perkusja dają nieco wytchnienia i odciążają materiał przeładowany elektroniką, ale to nie wystarczy, by mnie przekonać, że warto po ten album sięgnąć ponownie. Dla osób, które szukają czystego, surowego black metalowego albumu, ta pozycja byłaby nie do przyjęcia, natomiast jest dobra dla kogoś szukającego sporej (dellikatnie mówiąc) dawki elektronicznego, epickiego metalu. Są tu skrajne zmiany tempa, melodyjne partie skrzypiec i fortepianu dające raczej dość orkiestrowy wydźwięk... szkoda, że przygniecione klawiszami, ale zawsze to coś... Miejscami epicko - melodyjne riffy są jedynym powodem, dla którego nie wyłączyłam od razu tego albumu. Poprawnie, mało oryginalnie, nie polecam.

ocena: 3/10
www.sleaszyrider.com
autor: Luna


THE SICKENING - "Death, Devastation, Decay"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Po latach słuchania jednego gatunku muzycznego i najróżniejszych jego odmian człowiek wyrabia sobie pewien gust, może wyraźnie określić co mu się podoba i zaprzestać wszelkiego rodzaju eksperymentów poszukiwawczych. Za sobą mam już okres ekscytowania się ekstremą pierwszych wydawnictw grind -deathowych bandów z selektywnością nagrań a la woda z kranu. Sam nie wiem, albo z czasem po prostu do odbioru muzyki się dojrzewa, albo... ja mięknę. W każdym razie, będąc od dłuższego czasu przyzwyczajonym do melodyjnego, technicznego grania, gdzie ekspresja i cała energia muzyki płynie z odpowiedniego budowania napięcia na płycie i w samych utworach wedle zasady rozpierdol - spokojnie - utwór kulminacyjny (największy rozpierdol) - spokojnie... ta płytka Norwegów wgniotła mnie w ziemię.

To ich drugie pełne wydawnictwo, które swą niszczycielską siłę objawiło światu za pośrednictwem Xtreem Music. Co tu ukrywać, ta muza, gdzieś z pogranicza ultra szybkiego DM i grind albo powoduje eksplozję głowy, albo może tylko się podobać. Osobiście widzę tę płytę w roli kapitalnego pomocnika w odreagowaniu po stresującym dniu. Nie, żeby się uspokoić, lecz żeby w oczyszczającym szale zdemolować wszystko wokół, a w najlepszym wypadku skutecznie wkurzyć sąsiadów. Tu nie ma narastającego napięcia ani punktu kulminacyjnego, wszystkie kawałki są równie niszczycielskie i szybkie, naładowane energią opartą na częstych blastach, szybkich stopach i pokręconych riffach. Do tego głęboki, specyficzny właśnie dla DM/grind wokal i świetna praca basu, który czasami wysuwa się przed gitary z dość zakręconą melodyką. Brzmi to naprawdę nieźle. Tu ciekawostka - jak napisał mi właśnie jeden z członków ekipy THE SICKENING, "Death Devastation Decay" zostało zrealizowane z sesyjnym basistą (który wspierać będzie zespół na zbliżających się koncertach i festiwalach), ponieważ ich wcześniejszy basista musiał zrezygnować z gry w zespole na rzecz... studiów stomatologicznych w Polsce :). Teraz przynajmniej wiem, skąd Norwegia ma uznanych w całej Europie dentystów... tylko, jeśli muza THE SICKENING ma znaleźć odzwierciedlenie w jego pracy, zabiegi będą raczej bolesne :). "Death Devastation Decay" zawiera muzę bardzo dojrzałą pod względem technicznym, nie tylko jeśli chodzi o ekstremalną szybkość sekcji, lecz także umiejętności muzyków. Tu nie ma kompromisów ani połowicznych rozwiązań, wszystko jest przemyślane, dobrze zaaranżowane i podane z chirurgiczną precyzją. 11 utworów rozbija w pył wszystko na drodze, nawet podany na deser jako numer 12 cover "Hammer Smashed Face" (CANNIBAL CORPSE) wydaje się najwolniejszym i najspokojniejszym utworem na tym wydawnictwie. To powinno mówić samo za siebie.

Moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla muzycznych ekstremistów, lub nawet tych, którzy niegdyś za takowych się uważali. Świetna płyta i kolejny dowód na to, że Norwegia to nie tylko BM i folkowe akcenty.

ocena: 9/10
www.myspace.com/thesickeningdeathmetal
www.xtreemmusic.com
autor: "13"


THORN.S - "2009"

(Promo-CD 2009)

Zespół ten istnieje już na naszej scenie od 10 lat. Niestety, tak jak w przypadku EFFECT MURDER, nie mają szczęścia do wydania pełno wymiarowego materiału na płycie. Promo, które otrzymałem od kapeli zawiera trzy utwory utrzymane w typowo thrashowym klimacie. Te trzy numery są tylko namiastką całego 40-minutowego materiału nagranego przez zespół w Studio 78. Muzyka jawi nam się jako typowo thrashowy styl z motoryczną perkusją, zwolnieniami, solówkami i melodyjnym wokalem. I praktycznie tyle, bo materiał ten nie jest niczym odkrywczym, zaskakującym słuchacza. Szkoda, bo myślałem, że po pierwszym numerze będzie tylko ciekawiej, a tu niestety materiał trochę za mało przebojowy, zabrakło gdzieś iskry w tym wszystkim. Całość odegrana poprawnie i tylko poprawnie. Niestety nie zrobił ten materiał na mnie wrażenia i po jednym przesłuchaniu nie chce mi się wracać ponownie do tej promówki. Szkoda - może cały materiał, który zespół nagrał jest lepszy, może wybór tych trzech kawałków był chybionym pomysłem? Może? Liczyłem, że zespół pokaże się z lepszej strony, niestety dla debiutantów napisałbym jeszcze sporo pracy, a tutaj? Może zmienić podejście i przearanżować te numery? Jak na razie jest tylko średnio, a szkoda.

ocena: 5/10
www.thorns.pl
autor: Peter


TRUNAR - "Christs Not Christians"

(CD 2009 / Dead Centre Productions & Wings Of Destruction Productions)

Próżno szukać jakichś bardziej szczegółowych informacji na temat TRUNAR. Już nie rzecz w tym, że pochodzą z Białorusi i nie mają żadnej strony www, ale że jako jedni z nielicznych po prostu zdają się nie dbać o to, czy ktoś ich słucha, czy nie. Duch totalnego podziemia jeszcze więc nie zginął, co z jednej strony cieszy, a z drugiej - ciężko będzie egzystować takim zespołom w obecnych czasach. TRUNAR został jednak w 2009 roku przygarnięty przez Dead Center Productions, które wraz z Wings Of Destruction Productions wypuściły debiutancki materiał "Christs Not Christians", więc Białorusini w ten sposób nie będą już tak anonimowi. Inna rzecz, że tak na dobrą sprawę oni nie grają typowego, surowego i ortodoksyjnego do szpiku kości BM, choć jednocześnie nie wychylają się w żadną inną stronę. Rozumieć przez to należy to, że korzeni ich muzyki należy szukać w inspiracjach norweską szkołą tego stylu i co rusz usłyszeć można patenty stosowane na pierwszych płytach (z wyłączeniem "Soulside Journey") DARKTHRONE, trzeci na krążku "Czasy Trywożnyja" i ósmy "Honar" zawierają motywy zbliżone do tych z "Hvis Lyset Tar Oss" czy "Filosofem" BURZUM, ktoś doszuka się jeszcze czegoś co nagrano przed kilkunastoma laty w Norwegii. Ogólnie TRUNAR jest wierny pewnym sprawdzonym zasadom i brzmi iście oldskulowo, choć nie oznacza to faktu, że gitary bzyczą, perkusja jedynie jest, basu nie słychać, a wokal coś tam skrzeczy. Nie, sound jest wystarczająco czytelny, a jednocześnie nie poddaje się wpływom obecnych czasów. Chwilami wychodzi to naprawdę interesująco i świeżo, i tyczy się to większości utworów na tym albumie, w tym ostatniego na płycie, instrumentalnego, transowego i BURZUM'owskiego "Odinsvei". Niestety, płyta jako całość nie jest na tyle spójna, by przemówić do każdego, bo Białorusini za bardzo przeskakują od typowej młócki do utworów bardziej nasączonych "północnym" klimatem. Nad swoim stylem jeszcze muszą popracować, gdyż nawet w black metalu nie liczy się już teraz tylko dobre imitowanie kogoś znanego, chociaż trzeba przyznać, że jak na pierwszy materiał (po prawdzie to tylko re-edycja demówki) jest co najmniej poprawnie. Na koniec jeszcze muszę się popastwić nad okładką, bo o ile jej wymowa jest jasna, symbolika wyrazista, to samo wykonanie jest tragiczne. Wklejony z jakiegoś obrazu Chrystus został wkomponowany w beznadziejne tło, a postaci na pierwszym planie oraz krzyż musiał narysować jakiś wybitny antytalent.

ocena: 6/10
www.deadshop.info
autor: Diovis




TEMPLE OF BAAL - "Lightslaying Rituals"

(CD 2009 / Agonia Records)

W skład TEMPLE OF BAAL wchodzą francuscy ekstremiści z takich załóg, jak HELL MILITIA, ANTAEUS i GLORIOR BELLI. Dziwić więc może, że dotąd nie zaistnieli szerzej i są znani jedynie totalnym maniakom metalowego podziemia. Z informacji, do jakich dotarłem, wynika, że "Lightslaying Rituals" to trzeci pełny album, a na koncie mają też kilka ciekawych splitów. Nie znam i nie mam pojęcia co zawierały. Stąd ten mój wstęp, bo pewnie nie jestem jedyny, co spotyka się z tą muzą po raz pierwszy. A Francuzi grają dość bezkompromisowy miks black i death metalu z naciskiem na tę pierwszą stylistykę. Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie pomysłów powstałych w Skandynawii, czy nieudaczne próby w stylu wielu hiszpańskich, włoskich i amerykańskich hord. Ci, którzy śledzą to, co dzieje się od kilku lat w kraju nad Sekwaną wiedzą, że wytworzyło się tam kilka interesujących zjawisk, które w swoisty sposób przetwarzają klasyczny black metal, albo oferując bardzo pokrętną formę, albo bezpośredni atak. TEMPLE OF BAAL należy do tej drugiej grupy. Ujmując rzecz bardzo prosto i czytelnie, to taki bardziej black metalowy ANGELCORPSE z domieszką MORBID ANGEL i wszystkich tych rzeczy na pograniczu death i black. Urywające łeb przy szyi tempa przechodzą w death'owe zacinki, jest całkiem sporo gitarowych solówek, gęste bębny, czytelny wrzasko-growl i wszystko to nie zamyka się w pewnym schemacie. Pierwsze pięć numerów na tej płycie pokazuje klasę tej kapeli. To taka skondensowana agresja, inwazja blastów i ciężar w jednej pigule. Zwłaszcza polecam niszczące i szaleńcze "Piercing the Veils of Slumber", "Triumph of Heretic Fire" i "Black Sun of the Damned" oraz jeszcze bardziej różnorodne w dźwięki "Dead Cult" ze wstępem a la BOLT THROWER. Kolejne numery już tylko dopełniają dzieła zniszczenia i stawiają kropkę nad "i", choć już nie wywierają aż tak mocnego wrażenia. Ogółem to jednak bardzo dobra płyta.

ocena: 8/10
http://temple.of.baal.free.fr
www.myspace.com/templeofbaal
www.agoniarecords.com
autor: Diovis




TENEBRAE IN PERPETUUM - "L'Eterno Maligno Silenzio"

(CD 2009 / Debemur Morti Productions)

Black metal w Italii to zjawisko dość powszechne. Uważni czytelnicy znają moją opinię na ten temat, a jeśli nie, to przypomnę, że przeważa tam proceder koszmarnie nieudolnego kopiowania norweskich kapel, z czego wynika najczęściej nie dające się słuchać bzyczenie. Ostatnimi czasy ta tendencja odsunęła się jakby w cień lub na moje szczęście takie materiały do mnie nie docierają, za to mam okazję poznawać co najmniej poprawne materiały tworzone przez włoskie hordy. Za takowy uważam również trzeci już bodajże pełny album formacji TENEBRAE IN PERPETUUM - "L'Eterno Maligno Silenzio". Wywrzeszczany po włosku przez niejakiego Ildanacha, wspomaganego chóralnymi zawodzeniami znanego z BEATRIK Atratusa, ten ostatni zajmuje się tu również gitarami i składaniem dźwięków w całość, na basie grał prawdopodobnie (bo już nie jest członkiem zespołu) The Darkest Abyss, a bębny obsługiwał Vidharr, udzielający się również w BEATRIK i jakże swojsko brzmiącej kapeli CHELMNO. Ta ekipa jest odpowiedzialna za osiem numerów, w których krzyżują się ze sobą - a jakże! - norweskie wpływy (MAYHEM, DARKTHRONE, TAAKE) i okultystyczny, zimny i z lekka nawiedzony klimat. Kiedyś używało się często i gęsto takiego określenia "raw black metal" i jak najbardziej pasuje to do tej płyty. Włosi nie ograniczają się jednak do bezmyślnego katowania swoich instrumentów, bo we właściwie każdym z kawałków znaleźć można trochę urozmaiceń: a to bardziej pokręcone gitarowe motywy, a to rozliczne zmiany tempa. TENEBRAE IN PERPETUUM sięga też po rzeczy inspirowane wczesną falą depresyjnego black metalu (pierwsze wydawnictwa SHINING, KROHM), ale są to tylko niuanse. Szczególnie udany mariaż surowizny i opętania mieści się w instrumentalnym "Il Morto Cthulhu Aspetta Sognando" albo w następującym zaraz po nim "Dei Corpi Silenti" i może to dobrze, że italscy black'owcy próbują różnych form, bowiem dzięki temu nie popadają w schematyzm i nie idą na łatwiznę, jak wielu ich ziomków. Nie jestem jakoś zdecydowanie powalony zawartością tego albumu, ale stwierdzam, że nie bez kozery Debemur Morti Productions rozpisuje się na temat TENEBRAE IN PERPETUUM używając bogatego, wręcz kwiecistego słownictwa.

ocena: 6,5/10
www.debemur-morti.com
autor: Diovis




THE CNK - "Ultraviolence Über Alles - Übercharged Edition"

(CD 2009 / Season Of Mist Records)

Wybrzmiały ostatnie dźwięki rozszerzonej reedycji albumu "Ultraviolence Über Alles" francuskiego THE CNK wydanej przez Season Of Mist, a remasterowanej przez Xorta. Pytanie zasadnicze - czy to miała być szokująca produkcja? Na pierwszy ogień pójdzie okładka, jak na pierwszej linii frontu... Może i najmniej ważna, ale skoro pomyślana właśnie tak, to się jej oberwie. Nie powaliła mnie wizualnie, nie podsyciła ciekawości, a wręcz przeciwnie... jest zbyt oczywista jak dla industrialowych klimatów. To w kwestii oprawy graficznej tego wydawnictwa. Wydanie to jest poszerzone w stosunku do pierwotnego albumu o remixy dołączone w drugiej części płyty. Jest to 8 kawałków ulubionych przez THE CNK wykonawców, m.in. BLACKRAIN, HERRSCHAFT, VARSOVIE i TAMTRUM. Na zdecydowany plus można zapisać fakt, że bez wątpienia na ostateczny wydźwięk tego albumu wpływ miała ni mniej, ni więcej ANOREXIA NERVOSA (kto się trochę orientuje w nurcie, będzie wiedział o co biega). Da się wyłapać również fascynacje MINISTRY, LAIBACH czy TYPE O NEGATIVE. Deklarowane przez muzyków klasyczne wpływy Wagnera, Beethovena dały się uchwycić przy poprzednim albumie "L'Hymne a la Joie" z 2007 roku. W sumie już pierwszy kawałek "Political Police" porywa mnie w szaleńczy industrialno – metalowo - militarny wir... chociaż nie jest jeszcze tak dynamiczny jak pozostałe. A w dalszej pogoni za ładunkiem wybuchowym jest znacznie ostrzej. Syntetycznie atakuje ucho i brutalnie bombarduje bębenki słuchowe wysycony nihilistycznie vocal Hreidmarra... Marszowo - hymnowy "Apology" funduje nam poszarpane staccato... Inny utwór, "Love Game Over", nieco odmienny stylistycznie, wciska delikatniej spust, opróżnia i pozwala przeładować na nowo magazynek śmiercionośnej, dźwiękowej giwery. Co jest charakterystyczne dla gatunku i co słyszę tutaj -ogromny ładunek agresywnego grania, porozrywane, ostre gitarowe riffy, miejscami czysto elektroniczna perkusja strzelająca w przestrzeń niczym M16... :) Jako, że muza ta łączy gatunki i jest poniekąd graniczną, trudno tak naprawdę ją zdefiniować. W całym materiale słychać pewne rozdwojenie (mam na myśli teksty) pomiędzy zafascynowaniem i jednocześnie rozczarowaniem cywilizacją (przy jednoczesnym wyalienowaniu jednostki ludzkiej). THE CNK kłuje w oczy i uszy pogardliwym opisem świata i jego brudnych sprawek. Efekt dehumanizacji potęguje dodatkowo odarty z emocji, prawie syntetyczny vocal, detonacja ściany dźwięku, okopy sformowane przez synthop, kanonada i kult hałasu. Kakofonia dzwieku w zmaterializowanej formie :) Jedyny kawałek, który odłamkiem wbił się w moją podświadomość to zremixowany "(We don't care about) Kommando 96" - remix HERRSCHAFTA... rozwalił mnie totalnie :)... dla mnie najciekawszy na tej płycie.

Podsumowując to wydawnictwo mogę śmiało powiedzieć, że tak naprawdę dostaliśmy do odsłuchu kawał chłodnego i naładowanego agresywnie materiału, który bezwzględnie miażdży ludzkie neurony. Ten rodzaj muzyki sprawia, że człowiek czuje się jak dzika bestia, która schwytana w klatkę swojego ciasnego umysłu nie wie jaki będzie koniec tej historii. Nie jestem jednak do końca przekonana, czy ta płyta na dłużej zagrzeje miejsce na mojej liście.

ocena: 5/10
www.thecnk.org
www.myspace.com/thecnk
www.season-of-mist.com
autor: Luna




THE RUINS OF BEVERAST - "Foulest Semen of a Sheltered Elite"

(CD 2009 / Van Records)

Czyżby pogłoski o zakończeniu działalności DEINONYCHUS były jednak nieprawdziwe? Nie, niestety nie. Ale za to jest THE RUINS OF BEVERAST, które również powstało z inicjatywy jednego człowieka - eks-muzyka niemieckiego NAGELFAR Alexandra von Meilenwalda. Różnica jest w tym, że Meilenwald zajmuje się na swoich płytach wszystkim, pozostawiając innym jedynie wykonanie grafiki i mastering, podczas gdy Marco Kehren zapraszał na kolejne płyty gości. Tak przynajmniej jest na najnowszym, trzecim już albumie o tytule "Foulest Semen of a Sheltered Elite". Przestrzegam, że płyta jest bardzo długa (bez mała 80 minut muzy!), ale za to wciąga niesamowitym klimatem oscylującym między black i doom metalem. Album otwiera ponad 10-minutowy "I Raised This Stone As a Ghastly Memorial", dzięki któremu moje skojarzenia popłynęły właśnie ku DEINONYCHUS, przynajmniej tego od czasu nagrania "Mournument". Meilenwald podobnie buduje dźwięki, powoli i z rozmysłem przejeżdża walcem, dodając do tego zaskakujące, czasem melodyjne ozdobniki. Podobna jest też barwa jego głosu: opętane growle i zaśpiewy. Gitara jest nastrojona bardzo nisko, w tle szaleją wysuwające się co jakiś czas na pierwszy plan bas, klawisze i inne efekty dźwiękowe. Trzeba tu przyznać, że jak w mało którym one-man bandzie wszystko jest zagrane na co najmniej dobrym poziomie. Po nawiedzonym przerywniku "Alu" następuje "God's Ensanguined Bestiaries", który w przeważającej części jest bardzo szybki, ale i tu nie brakuje przytłaczającego zwolnienia. Już te pierwsze 20 minut zdecydowanie pobudziły mój apetyt na więcej tej muzy. Ponad 12-minutowy "Mount Sinai Moloch" to już zdecydowanie doom'owy kawałek z mielącą gitarą prowadzącą, pobrzmiewającą tu i ówdzie gitarą bez przesteru oraz ponownie bardzo zróżnicowanymi wokalizami. Mistyczny, majestatyczny i ciężki jest jeden z wyróżniających się numerów na tym krążku, czyli "Kain's Countenance Fell", ale następujący po nim "The Restless Mills" (niesamowite dzwony w początkowej fazie tego utworu!) też jest godny polecenia. A to jeszcze nie koniec, bo "Blood Vaults (II - Our Despots Cleanse the Levant)" łączy elementy starej norweskiej szkoły, epickości BATHORY i opętanego funeral doom metalu, a gargantuiczny, ponad 15-minutowy "Arcane Pharmakon Messiah" to autentyczna esencja miażdżącego doom'u. Zastanawiałem się, czy dać temu albumowi pełną dziesiątkę i tak też uczynię. W oceanie przeciętnych i wtórnych wydawnictw "Foulest Semen of a Sheltered Elite" wyróżnia się oryginalnym podejściem do tematu, wielką wyobraźnią muzyka, niesamowitą atmosferą i nieprzeciętnym wykonaniem.

ocena: 10/10
www.van-gbr.de
autor: Diovis




THY DISEASE "Anshur-Za"

(CD 2009 / Mystic Production)

Bracia Wachowscy nakręcili jakieś cztery lata temu genialny film "V For Vendetta" i gdyby tylko rzecz zamiast w futurystycznej Wielkiej Brytanii, działa się na Bliskim Wschodzie, wydany 30 listopada zeszłego roku, najnowszy album THY DISEASE pasowałby wprost idealnie na soundtrack. Już na poprzednim, "Rat Age", mieliśmy do czynienia z konceptem tekstowym, przedstawiającym historię Syndykatu, który po nadejściu globalnej katastrofy trzyma twardą ręką tych, którzy z Armagedonu ocaleli. Wokalista zespołu, Psycho, w wywiadzie ze mną zaznaczył, że ...historie "Anshur-Za" i "Rat Age" nie są ze sobą powiązane, chociaż mają wiele wspólnych elementów. A zatem, choć rzeczywiście są to dwie różne opowieści, łączy je bardzo wyraźnie widmo wszechpotężnego Syndykatu, który sprawując władzę totalitarną, dzierży w wielkiej łapie monopol na wyzysk i ucisk zwykłych ludzi. Od początku do końca płyty mamy więc do czynienia z orwellowską tematyką w warstwie tekstowej. Sfabularyzowane liryki świetnie korespondują z niektórymi zabiegami aranżacyjnymi na płycie, jak użycie brzmień instrumentów dętych w pierwszym i ostatnim utworze. Do tego dochodzą melodeklamacje, jak choćby ta we "Freedom For Anshur-Za": "...We'll take the profit of you, we'll suck every last drop of your blood” i czyste wokale plus wszechobecne właściwie partie klawiszy oraz elektronika. Wszystko to sprawia, że zamiar, by stworzyć na albumie klimat wręcz filmowy został w pełni osiągnięty. Jak prezentuje się zatem czysto muzyczna strona wydawnictwa? Wybornie. Widać, że zespół nie zamierza spocząć na laurach i dalej rozwija swą industrial - metalową sztukę. Wyraz "death" pominąłem tutaj celowo, albowiem THY DISEASE ma tym razem znacznie więcej do zaoferowania. Yanuary, Cube, Psycho oraz Cloud pokazali już na poprzednich wydawnictwach, że tradycyjnie pojmowany śmierć metal jest szufladką dla nich zbyt ciasną. Psycho stwierdził w wywiadzie, że płyta jest niemal całkowicie death metalowa. Istotnie - jego growling słyszalny jest wszędzie, a czyste partie stanowią jakby jedynie pikantny do niego dodatek. Bębny napierdalają przecudnie. Dwie stopy na przemian młócą piekielnie szybko i precyzyjnie w każdym jednym kawałku. Styczeń na gitarach wyczynia prawdziwe cuda. Brzmienie przyciska nas do gleby niczym wielka ołowiana tafla i nie ma najmniejszych wątpliwości, że objawiony jako "Anshur-Za" ładunek dźwiękowy to muzyka w stu procentach ekstremalna. Nie uświadczymy tu jednak grania stricte death metalowego w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, a jeśli już, to znajdziemy je nieco schowane jak w refrenie chwytliwego "Fog of War" na przykład. Tyczy się to nie tyle basu, czy perki, co właśnie partii gitarowych. Wyczyny Yanuarego bardziej niż ślady wioseł u takich prekursorów jak MORBID ANGEL, czy wczesny DEATH, przypominają partie późniejszych dokonań Schuldinera, a niekiedy kojarzą mi się wręcz z tymi, jakimi PESTILENCE raczył nas na "Sphere", czy MESHUGGAH w dokonaniach najświeższych (początek genialnego "Code Red" chociażby). Są po prostu bardziej techniczne, co niektórym ortodoksyjnym fanom wspomnianego gatunku może ewidentnie przeszkadzać. Odłóżmy jednak na bok wszelkie uprzedzenia, a ze słuchania "Anshur-Za" czerpać będziemy ogromną przyjemność.

Przestawienie się ze stylistyki takiego "Neurotic World of Guilt", czy "Rat Age" na to, co nas czeka na ostatniej płycie krakowian mogę porównać do szoku, jaki odczułem niegdyś w wieku pacholęcym, gdy po dwutygodniowym pobycie pod namiotem, przyszło mi wrócić do domu. Moja percepcja przestrzenna, przyzwyczajona do gołego nieba nie mogła z początku ponownie przystosować się do tzw. pomieszczeń zamkniętych, wszędzie było mi ciasno (śmiech). Tutaj jest podobnie, tylko jakby w odwrotnym kierunku. W przestrzeni brzmieniowej nowej płyty możemy się miejscami czuć nieswojo, albowiem jest jej po prostu nieporównywalnie więcej niż na płytach poprzednich. Słychać, że chłopcy rozwijają swe umiejętności, nie boją się iść do przodu i nie wiem jak wam, ale mnie się to zdecydowanie podoba. Wystarczy posłuchać coveru Madonny, jaki popełnili (jak słusznie Psycho w wywiadzie sprostował) na swoim demo "Art of Decadence" z wersją ostateczną, która trafiła na nową płytę. "Frozen" (który na "Anshur-Za" jest częścią materiału bonusowego) został dziś zagrany z polotem i finezją, jakich próżno szukać w odsłonie poprzedniej, gdzie został użyty automat perkusyjny, a wiosła (choć poprawne) brzmiały w porównaniu do tych "aktualnych" wręcz topornie. Nie chodzi mi tu oczywiście o mieszanie z błotem starej wersji przeróbki, albowiem każdemu można życzyć tak udanych interpretacji cudzych utworów na starcie. Moim zamiarem jest raczej pokazanie na konkretnym przykładzie co potrafią teraz ci panowie. Każdy, kto słyszał co ci muzycy wyprawiali, bądź wyprawiają w SCEPTIC, czy na poprzednich swoich płytach wie doskonale, że nad ich umiejętnościami czoła będziemy chylić co raz niżej. Matematyczna wręcz precyzja z jaką atakują nas tym razem przechodzi jednak najśmielsze oczekiwania. Gitary brzmią tu miejscami niemal jak element sekcji rytmicznej i thrash'owe, szarpane ich partie w zestawieniu z death'ową pracą perkusji stanowią często szkielet, na którym opiera się wokal i elektronika. Tak powstała maszyneria jest znakiem rozpoznawczym niemal każdego utworu. Całość, paradoksalnie, brzmi jednak organicznie i naturalnie. Album jest przemyślany tak, by pomimo swego poziomu warsztatowego powodował, że już po kilku minutach od jego odpalenia bezwiednie machamy głową, czy tupiemy nogą. Całość jest nośna i miejscami niezwykle ekstremalna. Posłuchajcie tego, co dzieje się w rzeczonym "Freedom For Anshur-Za", "Rotten Structure" lub w okolicach trzeciej minuty "Collateral Damage" - no miazga, miazga, panowie i panie. Wszystkie instrumenty znają swoje miejsce oraz przeznaczenie w przemyślanej całości, jaką jest ta płyta. Wszystko współbrzmi ze sobą niczym w jednej wielkiej symfonii i dopiero, gdy zanurzymy się dostatecznie głęboko, w tym cyfro-metalowym świecie, dostrzeżemy odpowiednie niuanse. Odniosłem subiektywne wrażenie, że zaszła pewna zmiana w kwestii podejścia muzyków do komponowania linii melodycznych. Na wcześniejszych płytach były one moim zdaniem dużo bardziej czytelne przy pierwszym przesłuchaniu i zamykały się raczej w death metalowej estetyce. Tu też znajdziemy takie, które dla zwolenników popu będą nie do przełknięcia, ale są to rzeczy jakby ujęte nieco inaczej, poprowadzone po ciut innej płaszczyźnie. Początkowo ciężko było mi się na to przestawić. Pierwsze przesłuchanie pozwoliło z całą pewnością stwierdzić, że mamy do czynienia z graniem z wyższej półki, ale jakoś nie do końca mogłem się w nim odnaleźć. Dopiero przy kolejnych podejściach stało się jasne, że zespół zrobił krok naprzód i nie zamierza oglądać się za siebie i ten właśnie czynnik sprawia, że nowy nabytek tej grupy to album najbardziej charakterystyczny i wybijający się ponad i tak wysoki poziom ich dokonań. Dobra. Teksty, gitary i sekcja rytmiczna odfajkowane, a gdzieś wyżej wspominaliśmy kilkakrotnie na temat warstwy wokalnej, więc czas na krótkie omówienie gardłowej roboty. Growling to tradycyjnie już, co oczywiste, działka Michała "Psycho" Senajki i w tym miejscu nie wypada wręcz nie wspomnieć o fenomenalnym wyczuciu ładunku emocjonalnego, jakim dysponuje ten wokalista. Stereotypowe stwierdzenie, że death metalowy wokal to nic ponad zwykłe darcie ryja jest w kontekście jego partii po prostu absurdalne. Niby cały czas mamy do czynienia z tą samą charakterystyczną, dobrze znaną barwą głosu, ale chłopak growluje tak, jakby ciągle podkreślał charakter śpiewanego tekstu i robi to w sposób niezwykle przekonujący. Za wokale czyste odpowiada klawiszowiec - Cube i jego śpiew brzmi w sposób bardziej zróżnicowany, lecz słychać, że ma on jakby nieco luźniejszy charakter niż ten, którym posługuje się kolega za mikrofonem. Wiele z nich to rzeczy mówione, inne wręcz krzyczane, charakteryzowane na takie, jakby zostały wysamplowane z jakiegoś filmu, bądź utrwalonego na jakimś dokumencie politycznego przemówienia (przytoczony fragment "Freedom For Anshur-Za", refren oraz część środkowa "Collateral Damage", czy refren - jeszcze raz to podkreślę - kapitalnego "Code Red"). Niekiedy obie płaszczyzny wokalne są na siebie nałożone, jak choćby we wspomnianym "Code Red", czy "Moral Supremacy". Skoro już jesteśmy przy Cube'ie skorzystajmy z okazji, by wspomnieć, że część industrialna ma na tym krążku nie tylko bardzo ilustracyjny, ale również szalenie zimny i "odczłowieczony" charakter. Na płycie słychać więc, ze określenie "cyber metal" nie wzięło się z nikąd. Oczywiście nie mogło obyć się bez symbolicznej współpracy z kolegami z branży i tak: solo w "Rotten Structure" gościnnie zagrał Vogg (LUX OCCULTA, DECAPITATED, VADER). W rzeczonym coverze Madonny natomiast zaśpiewała znana z DELIGHT Paulina Maślanka. Wielkim nietaktem byłoby według mnie zapomnieć o drugiej przeróbce, która wraz z "Frozen" stanowi na płycie sekcję zwaną "bonus tracks". Chodzi rzecz jasna o rewelacyjny "Sinner In Me" pierwotnie spreparowany przez słynnych ojców brzmień elektro, czyli DEPECHE MODE. Utwór zachwyca już w oryginale. Dobra melodia, świetny tekst. W interpretacji THY DISEASE został on uzupełniony o ścianę gitar, co wzbogaciło jego warstwę brzmieniową nie ingerując jednak zbytnio w strukturę oraz sposób aranżacji (czysty wokal, elektronika zbliżona do tej z oryginału). W porównaniu z wersją pierwotną rzuca się jednak w oczy nieco "stuningowana" na bardziej chwytliwą linia melodyczna. Mankamenty? Ja osobiście wskazałbym na niemal całkowitą absencję partii solowych. Nie należę co prawda do tych, którzy popisy upychających dziesiątki dźwięków w jednej sekundzie solówki gitarzystów uważają za absolutne meritum sprawy i bliższy jestem stwierdzeniu, iż taki egoizm muzyczny nie powinien, jak to się niekiedy dzieje, brać góry nad samymi kompozycjami. Vogg pokazał jednak, że można było tu i ówdzie wpleść to i owo i zrobić to z wyczuciem tak, by zamiast gryźć się z resztą - zgodnie z nią współbrzmiało. Co by nie powiedział, jest to z mojej strony jednak mimo wszystko ewidentne czepianie się, albowiem coś w rodzaju industrialnych, bądź klawiszowych partii solowych można na płycie odnotować. Poza tym THY DISEASE to nie jest NEVERMORE, czy inne, powiedzmy DREAM THEATER i zagrywki tego typu nie pełnią większej roli w ich twórczości. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że recenzowany tu materiał to najlepsza płyta THY DISEASE, a killery z niej pochodzące na trwałe wejdą w skład sztandarowego repertuaru kapeli. Mam również ogromną nadzieję, że album zgodnie z obietnicą wytwórni zostanie wydany poza granicami kraju i wyniesie zespół na wyższy poziom popularności. Bo w kwestii poziomu muzycznego zostało im już naprawdę niewiele do podbicia. A może i nic...?

ocena: 9/10
www.thydisease.com
www.myspace.com/thydisease
www.mystic.pl
autor: Kępol




THE DEAD LAY WAITING - "We Rise"

(CD 2009 / Rising Records)

THE DEAD LAY WAITING to młody przedstawiciel angielskiej sceny metal core'owej, połączonej momentami z death metalem. Debiutancki materiał, można powiedzieć odegrany poprawnie, i z wszystkimi cechami, które powinien zawierać ten gatunek muzyczny. Mamy tutaj śpiewne wokale przeplatane z growlami, sporo melodii i szybszych partii. Jednak zabrakło tej muzyce jakiegoś dodatkowego elementu, który wyróżniłby ich spośród setki podobnych bandów. Na płycie znalazło się 12 numerów, utrzymanych w typowym metal core'owym stylu. Zabrakło mi na tej płycie trochę mocniejszych gitar, wszystko tutaj jest wygładzone, ładne, brak ostrych metalowych riffów. Muzyka jest zbyt ułagodzona. Utwory są do siebie podobne i szczerze, to muzyka zawarta na płycie przeleciała, a ja nie potrafiłem znaleźć jakiegoś punktu zaczepienia by wrócić do niej jeszcze raz. Nawet śpiewne chórki albo wykrzyczane fragmenty tekstu, ani też melodyjne solówki nie potrafiły na dłużej przykuć mojej uwagi. Na dzień dzisiejszy jestem lekko rozczarowany tym materiałem.

ocena: 6/10
www.myspace.com/thedeadlaywaiting
www.risingrecords.org
autor: Peter




THE FINAL HARVEST - "The End"

(CD 2009 / Cyclone Empire Records)

Debiutancki album fińskiej kapeli TFH otrzymałem wraz z pakiecikiem innych płyt do zrecenzowania. Szczerze, to okładka nie powodowała u mnie chęci sięgnięcia po nagrania. Fińskie zespoły zawsze kojarzą mi się z melodyjnością i technicznym podejściem do grania. Czy tak jest w przypadku TFH? Raczej nie do końca. Średnie tempa serwowane przez kapelę są jakieś takie jałowe, wokal dziwnie brzmi i perkusja, której brakuje przestrzeni i dobrego brzmienia. Zabrakło mi tutaj właśnie tej melodyjności i przestrzeni w muzyce kapeli. Słychać, że mają pomysły, jednak to jeszcze nie do końca jest to, czego bym oczekiwał. Zabrakło mi w tych nagraniach pierwiastka Skandynawii, wszystko odegrane niby poprawnie, ale jednak czuję, że nie będzie to płyta, po którą będę często sięgał. Na krążku mamy 10 kawałków plus dwa bonusowe tracki. Trochę za długi ten materiał i nuży swoją jednostajnością. Mamy chwile przyśpieszenia i zwolnień, jednak za mało tych urozmaiceń. Jak na debiut nie jest tak tragicznie, bo momentami zaskakują pozytywnie, jak w rozpoczynającym się "Bleeding", gdzie gitara wycina całkiem przyzwoite riffy. Trochę męczy maniera śpiewania wokalisty, jest taka jednostajna. Na wyróżnienie zasługuje "The End" zaczynający się ciekawym motywem rozwijanym w dalszej części numeru i ciekawą manierą wokalu. Ciekawe jaki będzie następny album tej fińskiej kapeli, na razie nie jest to jakaś rewelacja. THE END. THANK YOU!

ocena: 6/10
www.myspace.com/thefinalharvest
www.cyclone-empire.com
www.myspace.com/cycloneempire
autor: Peter




THE RED SHORE - "Unconsecrated / Lost Verses"

(CD 2009 / Listenable Records & Mystic Production)

Kolejny przedstawiciel jakże modnego ostatnio deathcore'a, jednak nie jest to kolejny klon, tylko porządny band wiedzący do czego służą instrumenty. Australijczycy napierdalają że aż miło. Ostre blasty poparte miłymi i jakże melodyjnymi solówkami. Muzyka serwowana przez THE RED SHORE niesie w sobie silne pokłady agresji zamkniętej w dźwiękach. Mało mamy tutaj zwolnień, praktycznie mało jest momentów dających nam wytchnienie. Ciekaw jestem jak oni prezentują się scenicznie. Trzeba przyznać, że ten nurt, który nie jest już nowym otworzył nowe drzwi w brutalnej muzyce. Wydawałoby się, że już wszystko zostało powiedziane w tym temacie, a tu mamy nowe, świeże spojrzenie na death metal z elementami core. Płyta została wzbogacona o wcześniejsze nagrania kapeli, gdzie prezentowali bardziej grindowe podejście. Dobrze, że skręcili w tę stronę, dzięki temu możemy katować nasze uszy bardzo ciekawymi i brutalnymi dźwiękami. Wcześniejszy materiał, "Lost Verses", pozwala również poznać jak kształtowało się obecne oblicze kapeli. Na uwagę zasługuje praca perkusisty, który swoimi blastami masakruje. Kłania się nowa szkoła amerykańskich bębniarzy. Dla mnie rewelacja. Pozostali muzycy też nie pozostają w tyle, wokal growluje i skrzeczy jak należy, a gitarzyści wycinają melodyjne solówki poparte mocnymi riffami. W pewnym momencie death metal zaczął zamykać się i nie działo się na tej scenie nic ciekawego (za małymi wyjątkami). Kapele deathcore'owe pokazały inne spojrzenie na mocne i brutalne dźwięki. Warto zwrócić na nich uwagę, bo mogą jeszcze sporo namieszać.

ocena: 8/10
www.myspace.com/theredshore
www.myspace.com/listenable
autor: Peter




THEODORE ZIRAS - "Territory 4"

(CD 2009 / Sleaszy Rider Records)

Gitarzystów było wielu... Dobrego browara temu, co zna twórczość THEODORE ZIRAS'a. W Grecji jest uznawany za kogoś prawie tak wielkiego, jak Steve Vai czy John Petrucci, ale pewnie w każdym kraju można kogoś takiego znaleźć. Nie można odmówić osiągnięć tego "szarpidruta", bo nie dość, że nagrywa solowe albumy i uczestniczy w nagraniach innych muzyków, to jest jeszcze nauczycielem gry na gitarze, pisze podręczniki dla młodych adeptów i robi jeszcze wiele innych rzeczy. Za to należy mu się szacun! Czytając jego biografię podchodziłem do nowego albumu tego gitarnika jak ten przysłowiowy pies do jeża. W przeszłości słyszałem już sporo instrumentalnych wydawnictw nagranych przez różnych wirtuozów i często było tak, że epatowały umiejętnościami, za to nie wnosiły nic nowego do samej muzyki. No chyba że była to muzyka dla muzyków. "Territory 4" nie jest niestety wyjątkiem, bo to od początku do końca płyta, na której THEODORE ZIRAS popisuje się sprawnością swoich palców. Nie można mu odmówić zmysłu kompozycyjnego, ale nie wychodzi poza schemat progresywno-power metalowego rzemiosła, na dodatek zagranego tak jakoś statycznie i bez ikry. Może jedynie w "The Sheen" muzycy się ożywiają, a partie organów Hammonda i gitary nawiązują do najlepszych lat w historii DEEP PURPLE. Ciekawą odmianą jest też numer "Irredenta", w którym pojawiają się orientalno-hinduskie motywy. Warto wspomnieć, że do nagrania tego materiału ZIRAS zaprosił nie lada jakiego perkusistę, bo Marco Minnemann'a znanego z NECROPHAGIST i ze współpracy z innym gitarowym herosem Paulem Gilbertem oraz mniej znanych muzyków obsługujących klawisze i bas. Gra on jednak pod wyraźne dyktando swojego szefa i chyba nie do końca pokazuje swój kunszt. Dwaj ostatni grajkowie też mają tu swoje pięć minut, więc można by rzec, że jest to krążek, na którym każdy początkujący muzyk znajdzie coś dla siebie, ale po prawdzie niewiele z tego nie wynika. THEODORE ZIRAS firmuje ten album i to on jest na "świeczniku". Super sprawny jest to muzyk, ale mnie osobiście te dźwięki nie ruszają. Jest melodyjnie, czasem wręcz lajtowo, roi się od solówek, są połamane rytmy i nic ponad to.

ocena: 4/10
xxx
www.sleaszyrider.com
autor: Diovis




THORNIUM - "Mushroom Clouds And Dusk"

(CD 2009 / Soulseller Records)

Holenderska Soulseller Records ma nosa do wyciągania mniej znanych kapel ze Skandynawii. Tak jak kiedyś Hammerheart Records... Ale mam nadzieję, że nie skończy tak jak tamta... Kolejny przykład na ciekawą hordę z dalekiej Północy to THORNIUM, o którym pewnie mało kto słyszał, a zdecydowanie warto rzucić uchem. Liderem i właściwie jedynym muzykiem jest tutaj Thyph, choć jeszcze niedawno funkcjonował z kilkoma kolegami w regularnym zespole. Historia THORNIUM sięga co prawda lat 1993-1995, ale potem przerwa trwała aż 12 lat i Thyph dostał drugą szansę dopiero niedawno. Oto więc "Mushroom Clouds And Dusk" - płyta, która nawiązuje do najlepszych czasów norweskiego i szwedzkiego black metalu, gdy każda kolejna ekipa majstrowała coś zbliżonego stylistycznie, ale w sumie odmiennego. Muzycznie tych nawiązań każdy odnajdzie tu całe multum, lecz jednocześnie Thyph ma swoje pomysły i korzystając z typowych środków w postaci charakterystycznych black'owych akordów, złowieszczych klawiszy w tle, rozpędzonych bębnów (mam obawy, czy aby nie jest to automat), skrzeczących wokaliz i melodyjnych leadów stworzył materiał trzymający się przysłowiowej kupy i dupy. Bezkompromisowo szybkie fragmenty równoważy nieco wolniejszymi, ale maksymalnie zagęszczonymi i urozmaica je bardziej majestatycznymi momentami. Na wyróżnienie zasługują na przykład "In the Service of Hell (Satanic Black Metal)" (uroczy tytuł, prawda? ;), "Horns And Hoofs", ale i pozostałe są dobrej marki. "Mushroom Clouds And Dusk" wbrew pozorom brzmi bardziej po "norwesku" niż po "szwedzku" (skojarzenia z CARPATHIAN FOREST czy GORGOROTH jak najbardziej na miejscu), ale jest to na tyle nieistotne, bo zawartość sama w sobie przynosi kawał ciekawej muzy, a i okładka na przykład przykuwa uwagę malunkiem z Mrocznym Żniwiarzem w chmurach, przyciągającym ludzkie dusze. Mnie ta płyta przyciągnęła.

ocena: 8/10
www.thornium.com
www.myspace.com/thetruethornium
www.soulsellerrecords.com
autor: Diovis




THE BLACK - "Alongside Death"

(CD 2009 / Pulverised Records)

Dzień wydaje się taki szary i nijaki... Siedzę trzecią godzinę przed kompem, w odtwarzaczu któraś tam tego dnia przeciętna płyta, a tu nagle... Niby nic nowego i odkrywczego, ale przykuwa uwagę. Pierwszy kawałek to prawdziwa miazga. Nie powstydziłyby się go MARDUK z okresu "Panzer Division Marduk" lub DARK FUNERAL z czasów, gdy panów nie interesowało jeszcze procesowanie się ze swoim pierwszym wydawcą. Szybki, bezlitosny i chłoszczący fragment na tej płycie. Tylko minuta i 47 sekund, ale warto zwrócić uszy na "On the Descent To Hell". Kolejny, "Death's Crown", jest też niczego sobie. Panowie naparzają, a przy tym jest tu taka nawiedzona atmosfera, również dzięki wokalom. Dużo wolniej, bardziej przytłaczająco i mocno w klimacie "necro" jest w "A Contract Written In Ashes", podobnie zresztą, jak w następnym, "Dead Seed". THE BLACK poszło też na pewne odstępstwo od ortodoksyjnego black metalu, a to za sprawą mocno zaprawionego elektroniką, dark ambientowego i bardzo mrocznego "The Wrath From Beneath" (nic dziwnego, gdy weźmie się pod uwagę, że w składzie kapeli jest gostek, który stworzył KARJALAN SISSIT). To naprawdę bardzo dobre utwory na tej płycie. I już w sumie nieważne, że to kapela ze Szwecji, która według wydawcy jest kultowa od 1992 roku, kiedy to jeszcze w tym zespole grał Jon Nödtveidt (znany pod ksywką Rietas późniejszy lider DISSECTION, który jakiś czas temu zszedł z tego padołu z własnego wyboru). Takie jest prawo wydawcy, że wyciąga i naciąga pewne fakty z przeszłości, podczas gdy zasadniczo dla odbiorcy najważniejsza jest muzyka. A ta jest na "Alongside Death" naprawdę rzetelna, nie bawiąca się w kompromisy i nie robiona na siłę. Da się wyczuć, że taki MARDUK na przykład - z całym dla nich szacunkiem - poszedł ostatnimi czasy w rzemiosło, a THE BLACK po prostu gra, bo im się chce. Owszem, nie są oryginalni - zanadto są przesiąknięci charakterystycznym "szwedzkim" brzmieniem z tymi "wyciąganymi" akordami, wciąż uważają, że tylko to "true" MAYHEM jest cool i wporzo, corpsepainty to podstawa, a "life is shit", ale czy to takie istotne? "Alongside Death" ma w sobie to "coś", dzięki czemu zapomina się, że przez poprzednie trzy godziny dzień wydawał się taki szary i nijaki...

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/officialtheblack
www.pulverised.net
autor: Diovis

INDEX   T   [1]