| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX

INDEX   K   [1]  




KAUAN - "Aava Tuulen Maa"

(CD 2009 / Firebox Records)

Gdyby nie informacja wydawcy, pewnie przez jakiś czas żyłbym w nieświadomości i nadal słuchałbym tej płyty z przekonaniem, że to kolejne fińskie odkrycie Firebox Records. Bo cóż innego można myśleć, gdy nazwa zespołu jest fińska, tytuł płyty i teksty jak najbardziej też, a i sam klimat wybitnie "tamtejszy"? A tak naprawdę KAUAN to przedsięwzięcie Antona Biełowa, który mieszka w Czelabińsku, czyli na odległych rubieżach Rosji. Towarzyszy mu grająca na skrzypcach Lubow Musnikowa, nie spodziewajcie się jednak minimalizmu w postaci akustycznych dźwięków z cyklu neo-folk lub podobnych. Muzyki melancholijnej, atmosferycznej, pięknej, wyciszonej i post-rockowej już tak. "Aava Tuulen Maa" to już trzeci album tego zespołu i pierwszy, który rozprowadzany jest i jeszcze będzie szerzej. Na jego zawartość składają się 4 dłuższe utwory oraz instrumentalne wprowadzenie "Ommeltu Polku". To tak pokrótce, a gdyby rozwinąć temat, to zaskakujące jest przede wszystkim to, jak bardzo dobrze ujął chłodny klimat dalekiej fińskiej północy Anton Biełow. Nastrój tej płyty oddaje surowe piękno tej krainy, z wszystkimi jeziorami, wzgórzami, lasami i pustymi przestrzeniami, a jednocześnie melancholijny i nieco mizantropijny charakter mieszkańców Finlandii. Po dłuższym namyśle nie jest to aż tak szokujące, bowiem twórca KAUAN też zamieszkuje gdzieś niedaleko podobnych miejsc i fascynacja przyszła pewnie w całkiem naturalny sposób. Jak już wspomniałem, na krążku jest dużo przestrzennych i tęsknych dźwięków. Anton naprawdę nieźle radzi sobie z obsługą gitary akustycznej (tej z przesterem jest tu też trochę, głównie w numerze zatytułowanym "Fohn"), basu, perkusji, pianina i klawiszy, ze śpiewem też nie ma kłopotów. Na takich właśnie elementach opiera się cała kanwa muzycznej opowieści - czasem jest to bliższe melodyjnego ambient-rocka, innym razem ma w sobie posmak post-rockowego smutku. Od czasu do czasu wzbogaca to wszystko smutne zawodzenie skrzypiec. Trzeba przyznać, że takich perełek nie pojawia się ostatnimi czasy zbyt wiele i pomimo "fińskości" tego materiału jest on przy tym bardzo oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. Na jesienne i zimowe wieczory przy świecach pasuje jak ulał.

ocena: 8/10
www.myspace.com/kauanmusic
www.firebox.fi
autor: Diovis




KATATONIA - "Night Is the New Day"

(CD 2009 / Peaceville Records & Mystic Production)

Z muzyką jest jak z futbolem. Towarzyszą im te same emocje, oczekiwania, uniesienia i rozczarowania. Tak samo jak czeka się na ten jeden najważniejszy mecz ... ten sam dreszcz emocji towarzyszy oczekiwaniom na ten jeden album wszechczasów. Oba trafiają się nadzwyczaj rzadko, o ile w ogóle... Ideał? Podobno, pomijając wielowarstwowość tego pojęcia... nie istnieje... Ja trafiłam na wyjątek potwierdzający regułę. Najnowszy album KATATONII - ,,The Night Is the New Day” (ósmy studyjny krążek tej szwedzkiej drużyny). Płytę nagrywano od lipca 2009, chociaż materiał na album był gotowy od kwietnia. Sam proces nagrywania podzielono na dwa studia - Mega Studio, gdzie nagrywano same partie perkusji i Ghost Ward Studio, które podziałało inspirująco na muzyków i idealnie pozwoliło na oddanie atmosfery całego albumu. Lokalizacja tego miejsca pozwoliła na podkreślenie klimatu muzycznej produkcji, która ukazuje człowieka w najciemniejszych sekwencjach zurbanizowanej egzystencji. Materiał ukończono w Fascination Street Studios (wcześniej nagrano tam poprzednią płytę ,,The Great Cold Distance”). W odniesieniu do poprzedniej, na tej również udało się zachować odpowiedni ciężar brzmienia, przy czym ten nowy album to dowód na bezkompromisowe brzmienie KATATONII... charakterystyczne cięcia, perkusja budująca piramidę rytmu w szerokiej skali, piękne progresywne sekwencje wplecione pomiędzy elementy doom i klasyczne, melodyjne partie ocierające się o hymny. Ciężar muzyki zyskuje na głębokości i czaruje niepowtarzalną atmosferą nie tylko dzięki niesamowitym tekstom, ale również dzięki klawiszom, z których Frank Default wydobył najszersze spektrum dźwięku. Przepełnione melancholią, niezwykle sugestywne testy pozwalają na identyfikację z podmiotem lirycznym, ukazując batalię o siebie, gorycz porażki w codziennej walce o własną tożsamość. Na szczególną uwagę zasługują ,,The Longest Year” i ,,Departer” (gościnnie na vocalu Krister Linder) oraz ,,Forsaker”. Nie można zapomnieć o bonusowym „Ashen”. W ,,Departer” czysty vocal Jonasa ,bez zbędnych przerysowań potrafi tak zaczarować, że kiedy cichnie muzyka….nie chce się wracać do tego świata. ,,The Longest Year” to kapitalna iluzja, która pozwala niemal werbalnie poczuć ,,jak zimne potrafi być słońce...” i niemal realnie widzisz, jak ”zamarzł człowiek, w ucieczce przed niewygodnymi, raniącymi pytaniami”. Kiedy skończyłam słuchać, miałam nieodparte wrażenie, iż nastąpił podprogowy transfer impulsów, pozwalający na idealną synchronizację na poziomie Ja... i muzyka. Spoglądając wstecz, dostrzegam na jaką skalę ewoluował vocal Jonasa (po nie małych problemach) i jak ogromną drogę (muzycznie) przebyła KATATONIA od momentu kiedy wydała pierwszą płytę. Piękne, melodyjne i mroczne brzmienie, genialne riffy połączone z sugestywnym vocalem i mocnym, uderzającym jak obuch wykończeniem całości. Nie mogę pominąć samego wydania płyty. Piękny digibook, matowa czerń i połyskujący kamienny anioł w scenerii opadających liści, dających wrażenie trójwymiaru, wewnątrz mrocznie... i pięknie. W mojej muzycznej Champions League są tylko trzy premiowane miejsca na podium. Ten album KATATONII, obok PARADISE LOST - ,,Faith...” i SATYRICON’u - ,,Age of Nero” zajmuje bezapelacyjnie pierwsze miejsce.

W światło bramki wpadł strzał stulecia... KATATONIA ,,Night Is the New Day”… to był piękny mecz :)))))

ocena: 12/10
www.katatonia.com
www.myspace.com/katatonia
www.peaceville.com
autor: Luna




KALKI AVATARA - "Mantra For the End of Times"

(MCD 2009 / Shaytan Productions)

KALKI AVATARA to jeszcze jeden zespół (a właściwie projekt) związany w dużym stopniu z ABORYM. Na jego czele stoi Hell-IO-Kabbalus - tu obsługujący wszystkie gitary, syntezatory, zajmujący się programowaniem i wokalami. Jako, że nie chciał się zmagać samotnie z nagraniem mini-albumu "Mantra For the End of Times" poprosił do współpracy basistę Nighthorn'a (m.in. HOUR OF PENANCE, MALFEITOR), perkusistę o nicku Aeshla, a do nagrania wokali w "Awaiting the Golden Age" swojego kolegę z ABORYM, Malfeitor Fabbana. Tyle suchych faktów. Teraz o samej muzyce. Gdyby szukać korzeni tych dźwięków, trzeba by się przebiec po różnych zakątkach jakiejś ogromnej, nie istniejącej fonoteki. KALKI AVATARA inspiruje się muzyką klasyczną, sakralną, orientalną, awangardową i metalową. Już "Mankind Collapses" operuje zsamplowanymi chórami, dysharmoniami pianina, ciężką gitarą, jazzującymi syntezatorami, posępną melodyką i okultystycznym nastrojem. W sumie nic nowego, ale Hell-IO-Kabbalus nie poszedł na łatwiznę i nie posiłkował się tak typowymi dla wielu side-projektów black metalowych muzyków pseudo-symfonicznymi i pseudo-ambientowymi środkami. "Ruins of Kali-Yuga" to ponownie zderzenie klasyki i ekstremy, zaśpiewy muezzina uzupełniają wrzaski i grobowe growle. W tym numerze co prawda KALKI AVATARA sięga po orkiestracje, lecz jest to tylko element pewnej układanki. Bliżej końca inicjatywę przejmuje pianino - jazz łączy się tu z industrialnymi hałasami. Jeszcze tylko tajemnicza inkantacja, chór z komputera i już za chwilę zaczyna rozbrzmiewać utwór nr 3 "Purification" z tekstem w języku niemieckim. Początek jest nadspodziewanie melodyjny - gra sitar, pozytywka, gitara akustyczna, jest chór niczym z epickich płyt BATHORY, elementów typowo metalowych jest tu zaskakująco mało i w nieco większej ilości dopiero w drugiej połówce. Na koniec, z "czwórką" mieści się "Awaiting the Golden Age" najbardziej nawiedzony, nasycony hinduskimi mantrami fragment gdzieś z pogranicza rytualistycznego dark ambientu i muzyki sakralnej. I to wszystko. Stwierdzam, że to trochę krótki materiał i gdyby dorzucić kilka równie interesujących utworów, mielibyśmy bardzo ciekawy, pełno wymiarowy album. Jedno, do czego można mieć tu zastrzeżenia, to trochę zbyt płaskie brzmienie gitar. Reszta jest naprawdę cacy i miodzio :)

ocena: 8,5/10
www.myspace.com/kalkiavatara
www.shaytanproductions.com
autor: Diovis




KÖRGULL THE EXTERMINATOR - "Dogs of War"

(CD 2009 / Xtreem Music)

Po splicie wydanym z MORBID YELL jest to drugie i zarazem pierwsze "pełne" wydawnictwo założonej w 2005 roku kapeli z Hiszpanii. KÖRGULL THE EXTERMINATOR określają swoją muzykę jako "old school thrash-black metal" (sama nazwa zespołu została zaczerpnięta prawdopodobnie z tytułu jednego z utworów VOIVOD). Określenie ich stylu jest podobnie długie jak lista epitetów przychodzących mi do głowy słuchając tej płyty. Chłopaki próbują na siłę wpleść skrzekliwy i brudny blackowy wokal do wątpliwej jakości elementów thrashowych, jednak z bardzo mizernym skutkiem. Fakt, ze w kapeli udzielają się dwie "panie" - bas i wokal, ma w moim odczuciu jedynie chwyt marketingowy. O ile bas jest znośny, wokal jest tragiczny i fakt, że "skrzeczy" kobieta niczego nie usprawiedliwia. Odnoszę wrażenie, że starają się usprawiedliwić nazwą granego gatunku ewidentny brak umiejętności, może nie tyle muzycznych, co aranżacyjnych. "Old School" nie oznacza bowiem automatycznie braku selektywności brzmieniowej i mdlącej jednostajności utworów jak w przypadku "Dogs of War". Rozumiem, że taki rodzaj brzmienia może podobać się członkom kapeli, co sugeruje sam ich image, jednak puszczenie tak prowizorycznie zrealizowanej płyty na rynek i wymuszone "podciąganie" jej charakteru pod "true old school underground i co tam jeszcze sound" to lekkie przegięcie. Intro - wycie wilków (psów?). Nieważne. W swojej prostocie ciekawe i pasujące do tytułu płyty, nawet może zbyt dosadnie, ale przecież ma być "old school", czyli w rozumieniu zespołu - prymitywnie. .......Intro...... dalej intro........ i jeszcze dłużej. Po kilkunastu sekundach automatycznie przerzuca się na następny kawałek. Zdecydowanie przegięli z długością, chociaż po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, ze mogli zastąpić nim całą płytę. Byłaby lepsza. Często słucham BM. Lubię ekspresywny, charakterystyczny wokal i motoryczność sekcji, szybkość połączoną z techniką gry muzyków i brzmienie gitar a la "woda z kranu". Lubię, jeśli kapela ma w sobie to coś, co zmusza do kolejnych odsłuchów i nie pozwala się oderwać. Tu jednak żadne z powyższych kryteriów nie ma racji bytu. Po pierwszym odsłuchu przyszło mi do głowy, ze to w sumie jeden utwór pocięty na 10, do których powklejano wymuszone zwolnienia. Odnosi się wrażenie, ze ekipie KÖRGULL po trzech czwartych każdego utworu brakuje pary na finiszu. Tempo kawałków jest jednym z tych, których osobiście nie cierpię - za szybkie dla typowego, nawet tego z lat 80-tych thrashu i za wolne na black metal. Blastów brak. Czasami perkusista próbuje swych sił na dwóch centralach, ale o braku techniki, urozmaiceń, jakiejkolwiek finezji gry i tragicznych przejściach nie chcę się nawet rozpisywać, ponieważ to cecha szczególna tego wydawnictwa. Podobnie sytuacja wygląda z wokalem. Drażniący, jednostajny "skrzek", nie tak wysoki jak np. wokalizy Danniego z COF, ale jeszcze bardziej upierdliwy i drażniący. Notorycznie pojawia się obraz wkurzonego pięciolatka. "Rebelia w przedszkolu". Brzmienie gitar czasami przypomina pierwsze wydawnictwa VENOM. Za to plus. Jedyny i fragmentaryczny. Reszta - całkowicie spaprana, prymitywna i nieprzemyślana. Rozumiem, ze w obecnych czasach liczy się oryginalność i charakterystyczne brzmienie, zresztą tak było zawsze. Jednak oryginalność brzmieniowa kapel z początku lat 80-tych i obecnie to dwie różne kwestie i usiłowanie nagrania płyty w "tamtych klimatach" nie zawsze musi wyjść pozytywnie. W tym przypadku - zdecydowanie się nie powiodło.
Podsumowanie: Nie wiem... może jednak ta płyta mnie wciągnie i całkowicie zmienię zdanie. Wtedy niestety będę zmuszony odwiedzić najbliższą poradnię psychologiczną. Z drugiej strony tego typu wydawnictwa nastrajają mnie bardzo optymistycznie i uspokajają. Jeśli bowiem taka muza zostaje wydana, a tym samym - znajduje nabywców, mogę być spokojny o przyszłość rodzimego podziemia. Podejrzewam, że większość młodych, "garażowych" kapel z "podwórka obok" prezentuje wyższy poziom niż panowie z KÖRGULL THE EXTERMINATOR.

ocena: 2/10 (1 - Za pierwsze 10 sekund intro, 2 - W miarę równa praca gitar)
www.myspace.com/korgulltheexterminator
www.xtreemmusic.com
autor: "13"




KURHAN - "Promo MMIX"

(Demo-CD & MC 2009 / Skeleton Plague Records)

A ja już myślałem, że deklaracje wielu muzyków młodszego pokolenia na temat oddania oldskulowej scenie ograniczają się wyłącznie do ściągania żywcem dźwięków lub pustych gadek!... Na całe szczęście zdarzają się takie rodzynki, jak KURHAN, które robią coś po swojemu, odnosząc się przy tym do bogatej metalowej przeszłości. Tegoroczne promo nie poraża brzmieniem, ale nie o to w tym chodzi. Słychać tu tak czy siak, że ci trzej muzycy mają jakiś pomysł na granie. Najlepiej prezentuje się to w pierwszym z trzech numerów. "Szlam" zaczyna się jak stare nagrania HEFEYSTOS czy SACRILEGIUM, lecz z czasem ewoluuje w coś mieszającego black i stareńki heavy metal, bez popadania w nadmierne kombinowanie, a przy tym jest to naprawdę dobrze zbudowany kawałek. Nawet nieco "krzywe" solówki mają tu swoje nieprzypadkowe miejsce. Drugi numer "Noc" zaczyna się heavy metalowym riffem, jednak z czasem do głosu dochodzą szybkie black metalowe akcenty, a gdzieś w środku łączy się z tym pozostająca w tle, ale zauważalna elektronika. Niektórzy ocenią ten patent za bezsensowny, ja uważam, że dzięki temu KURHAN wyrywa się z pewnego schematu, że metal musi być taki odtąd-dotąd. Na koniec jeszcze znajome dźwięki, choć dopiero przy drugim przesłuchaniu stwierdziłem, że to nie jest autorski utwór katowickiego tercetu. "The Oath" to stary jak świat, acz już klasyczny kawałek MERCYFUL FATE. Dobrze, że K. Mazur nie podjął się imitowania falsetu Kinga Diamonda i fragment z charakterystycznym zawodzeniem "o-o-o, o-o-o" został nagrany bez wokali, bo znamy już takie potworki powstałe na różnych trybutach dla MERCYFUL FATE i KING DIAMOND i kolejna próba mogłaby być katastrofą, niszcząc przy okazji moją dobrą opinię na temat debiutanckiego materiału KURHAN. A tak to z zainteresowaniem zapoznam się z następnym materiałem tej kapeli i mam nadzieję, że pójdą tą drogą, a nawet podniosą sobie wyżej poprzeczkę.

ocena: 8/10
www.skeletonplaguerecords.com
autor: Diovis




KATEDRA - "Ugnikalnis"
(CD 2008 / Atra Musica Records)
KATEDRA to na Litwie taka sama ikona ciężkiego grania, jak u nas na przykład TSA czy TURBO. Zaczynali w czasach głębokiej komuny panoszącej się na litewskiej ziemi i nie dającej rozwinąć się w latach 80-ych jakiejkolwiek scenie metalowej. Istnienie KATEDRY było więc swoistym ewenementem i wybrykiem tolerowanym przez ówczesnych "towarzyszy" z KPZR czy późniejszych post-komunistów, jednak zupełnie odciętym od możliwości zaistnienia poza granicami demoludów. Dlatego starsi fani w Polsce cośkolwiek słyszeli o tym zespole, ale na Zachodzie już pewnie pojedynczy maniacy. Entuzjazm tych muzyków szybko jednak zgasł, bo po nagraniu drugiej (sic!) winylowej płyty powoli znikli z metalowej mapy. Na przełomie tysiącleci powrócili, jednak ograniczało się do nielicznych występów "na żywo", także tych granych w akustycznym zestawieniu i dopiero 2006 rok przyniósł trzecie pełne wydawnictwo pod prostym tytułem "III". Czwarty album "Ugnikalnis" to niejako powrót do thrash'owo-heavymetalowych korzeni i to w sporej części w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wykorzystując swoje wieloletnie doświadczenie i z rozmysłem próbując przywrócić młodzieńczą werwę nagrali 10 kawałków zaśpiewanych w rodzimym języku, które na wskroś przypominają lata 80-te, ale więcej w tym zamysłu i schematycznych rozwiązań niż ostrego kopnięcia w krocze. Jest tu parę kawałków, jak na przykład "Kareivis", "Krachas" czy " Naturali Antra'n'ka", mających pałera i nawiązujących do dawnych czasów (przypadkiem też przypominających nasze ACID DRINKERS), jednak częściej jest to sztucznie nadmuchane i brzmi jakoś tak anemicznie, kwadratowo i schematycznie. Niby jest ten przysłowiowy pazur, ale jest to pazur mocno stępiony, a niektóre kawałki to swoiste wypełniacze, w dodatku jeszcze nie pozostające w pamięci, gdy już wybrzmią ostatnie dźwięki. Pomimo, że nie miałem jakichś tam większych oczekiwań względem tej płyty, to spodziewałem się prawdziwej burzy i pokazania klasy przez KATEDRĘ, a otrzymałem tylko silniejsze porywy wiatru. Prawie tak samo było, gdy po wielu latach TSA ogłosiło swój comeback w oryginalnym składzie, po czym nagrało krążek pod tytułem "Proceder", który spotkał się z mieszanymi odczuciami i nie odniósł spektakularnego sukcesu. Cóż, nie wszystko co stare, jest nadal jare ;)
ocena: 5/10
www.katedrainrock.com
www.myspace.com/katedrainrock
www.atra-musica.com
autor: Diovis


KATRA - "Beast Within"
(CD 2008 / Napalm Records & Mystic Production)
Już chciałem podsumować drugi album (a pierwszy dostępny na całym świecie) tej fińskiej ekipy bardzo dosadnym określeniem, ale zamiast tego jeszcze raz wrzuciłem dysk do odtwarzacza. Nie zmieniło to aż tak wiele, po prostu bardziej doceniłem starania tej kapeli. Nie ma co ukrywać - od KATRY zalatuje na wiele metrów fascynacją NIGHTWISH. Na wokalu nie mamy czarnowłosej pannicy, a kobitkę z czerwoną czupryną, choć podobieństwo do śpiewu Tarji chwilami bywa zabójcze. Mimo to znacznie lepiej słucha się Katry Solopuro i jej kolegów niż na przykład innego i bardziej nieudacznego (i też fińskiego) klonu AMBERIAN DAWN, który opisywałem miesiąc czy dwa wcześniej. No i więcej tu energii: począwszy od umieszczonych na samym początku hiciorów "Grail of Sahara", "Forgotten Bride" i "Beast Within", aż po końcówkę w postaci zaskakującej przeróbki popowego hitu "Hijo de la Luna" MECANO, tu zaśpiewanego po fińsku i opatrzonego tytułem "Kuunpoika". KATRA nie przegina z lukrem, nie sili się na wielkie, inspirowane muzyką symfoniczną aranże czy pseudo-folkowy kicz, potrafi przygrzać, a i rasowych gitarowych solówek tu nie brakuje. Oczywiście, znajdą się i tacy, którzy już na samym wstępie zareagują tak jak ja, gdy posłuchałem tej płyty po raz pierwszy i rzucą ją w kąt. Taki już los tych wykonawców, co podążają za uznanymi markami, szczególnie gdy chodzi o tak zwany gotycki metal. Tak zwany, bo mroku typowego dla Gotów z THE SISTERS OF MERCY czy CHRISTIAN DEATH tu się nie uświadczy. To zwyczajnie ładnie napisane i zagrane piosenki ze świetnym brzmieniem, a czasem rozbrajająco melodyjne. Na przykład od "Promise Me Everything" bije ciepłem, a oparty na ciężkim riffie "Flow" zwraca na siebie uwagę orientalnymi wstawkami. Dużo lepiej to wszystko zrobione niż w tak bardzo reklamowanym ostatnio UNSUN. Fani wczesnego WITHIN TEMPTATION czy TRISTANII będą urzeczeni, inni po prostu posłuchają tego z pewną taką przyjemnością lub pełną odrazą. Aha, KATRA nie ma kompletnie nic wspólnego z duchem Wulkanu znanym z serialu "Star Trek" ;)
ocena: 6,5/10
www.katra.fi
www.myspace.com/katramusic
www.napalmrecords.com
autor: Diovis


KIVIMETSÄN DRUIDI - "Shadowheart"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Zdarzyło się nagrać kilku kapelom bardzo ciekawe albumy z pogranicza metalu i folku. Czy wspomni się tu rosyjską ARKONĘ, irlandzki CRUACHAN, szwedzkie MANEGARM, czy nasze krajowe HELLVETO, wiadomo, że w tych przypadkach mamy naprawdę interesujący i oryginalny mariaż obu stylów muzycznych. Niestety, z uporem maniaka serwuje się nam kolejne kopie robiącego karierę FINNTROLL, wysyła się je na trasy i obwieszcza, że oto "nowa rewelacja sezonu". Zamiast tego otrzymujemy marne popłuczyny i bezpłciową miazgę z wykonaniem godnym kabaretu z zapyziałej fińskiej wioski. KIVIMETSÄN DRUIDI znudzeni pochwałami wobec swoich kamratów z MOONSORROW postanowili wymalować się cudacznie, ubrać w prastare stroje, w rękę wziąć narzędzia do uprawy roli i ruszyć na "wojnę". O zgrozo zaprosili do swojej zgrai blondwłose dziewczątko, któremu kazali pichcić starodawne potrawy, a chyba w nagrodę, że się nimi nie struli, pozwolili popiszczeć trochę do mikrofonu. Efekt jest nie tylko groteskowy, ale zwyczajnie śmieszny. Tylko nie wzięli pod uwagę, że do bycia zabawnym trzeba mieć talent lub chociaż zapracować na sukces ciężką pracą. Tymczasem rozpsuci aurą, że powiedziano im "skoro jesteście z Finlandii, to trzeba wam wydać płytę, choćbyście nawet nie mieli nagranego demo, tylko rekomendację właściwych osób", nagrywają to, czego się od nich oczekuje, a potem sru, i jakoś się wciśnie wszystkim ich słodką, nieudaczną i mało wartościową muzykę będącą jakimś cyrkowym połączeniem wieśniackiego heavy metalu, drewnianego black metalu, festynowego symphonic metalu i łzawego gothic metalu z pokracznymi wokalami lub "krzywymi" chórami, cyfrowo poprawioną perkusją oraz knajpianymi klawiszami. A jeszcze coś przebąkują w konspiracji ze swoim wydawcą, że inspiruje ich celtycki folklor (jakoś tego nie słychać...), a w ich muzyce "można odczuć wiatr krążący wśród zmarłych zabierający ze sobą ich wędrujące dusze". Grafomania i chłam. Ech, szkoda czasu i szkoda nerwów...
ocena: 0/10
www.kivimetsandruidi.com
www.myspace.com/kivimetsandruidi
www.centurymedia.com
autor: Diovis


KRV / FOSCOR - "The Burial's Flavours"
(Split-CD 2008 / Diachell Musik)
Splity powstają często z konieczności wypełnienia krążka 40-, 50- czy 60-minutową dawką muzyki, albo by dać szansę zespołom, które nie mają na tyle materiału, aby zaistnieć samoistnie. Czy tak jest w przypadku tego wydawnictwa? I tak, i nie. Obie hordy nie są jeszcze zbyt znane, a i utwory wybrane na ten split to owoc sesji, które nie były przewidywane do wydania na długograju. Pochodzący z Bośni i Hercegowiny KRV zarejestrował w Sarajewie cztery numery w maju i czerwcu 2008 roku z myślą o epce, zaś hiszpański FOSCOR wybrał cztery kawałki z promo "Narrow Is the Path To Darkness" z 2006 roku i przyozdobił je nagranym nieco później "Melangia - Intro" oraz dodał do tego zestawu jeszcze dwa koncertowe bonusy. Z tego zestawu nieco lepiej i ciekawiej prezentuje się mimo wszystko propozycja KRV. Już pierwszy numer, "Noc kada je ustao Crt", rozwija się pomału i nie epatuje przez cały czas szybkim rytmem. Gdzieś w tym pobrzmiewają oczywiście echa "De Mysteriis..." wiadomo kogo czy pierwszych nagrań EMPEROR, ale jest to wersja na tyle przemyślana i nie kalkująca pomysłów wielkich poprzedników, że przebija co najmniej 90% formacji podążających norweskim tropem. Swoją drogą to słowiańska część Europy wniosła przez ostatnie kilkanaście lat więcej do surowego black metalu niż ich zachodnioeuropejskie odpowiedniki. Jest w dźwiękach tworzonych przez KRV odpowiednia doza opętania i budowanego stopniowo zimnego klimatu, czasem nawet lekko ocierającego się o epickość, a wszystko to opatrzone soundem, który nie jest zanadto przejrzysty, ale przy tym daleki do bzyczących "artystów" black metalu. FOSCOR nie odbiega zasadniczo od swoich słowiańskich braci. Dysponując katalońskim dziedzictwem muzycznym budują dość rozbudowane utwory oparte na typowych dla tego regionu tonacjach, bez pośpiechu, a za to ze specyficzną melodyką, bardziej epickimi i melancholijnymi momentami, ale nie pozbawionych jadu i wściekłości. Nic nadzwyczajnego, ale porównując ich do większości hiszpańskich hord wypadają naprawdę przyzwoicie. Wokale też są na ogół poprawne, choć próby czystych zaśpiewów wypadają już nieco groteskowo. Nieporozumieniem są dla mnie za to koncertowe bonusy, które strawią już jedynie prawdziwi maniacy. Te zarejestrowane na koncercie na festiwalu BMIR IV w Paryżu brzmią może nieźle, jednak nie rozumiem umieszczenia wersji, które co jakiś czas się ucinają w postaci krótkich przerw. Dodam jeszcze na koniec, że płyta została starannie wydana, zawiera dokładne informacje na temat obu kapel i niezłe grafiki.
ocena: 7/10 (Krv), 6/10 (Foscor)
www.krvpropaganda.com
www.myspace.com/krvpropaganda
www.foscor.com
www.myspace.com/foscor
www.diachellmusik.com
www.myspace.com/diachellmusik
autor: Diovis


KAMPFAR - "Heimgang"
(CD 2008 / Napalm Records & Mystic Production)
Ze smutkiem konstatuję, że dni sławy niektórych zasłużonych kapel odeszły gdzieś daleko. Jednak z uporem maniaka te załogi wciąż nagrywają i wzbudzają już tylko poziewanie przy słuchaniu kolejnych wypocin. Nie powiem - ceniłem sobie pierwsze płyty KAMPFAR za ciekawy klimat i folkowe korzenie, które wprzęgli w blackmetalowe tworzywo, ale stwierdzam, że Norwegowie z czasem weszli na równię pochyłą i albumem "Heimgang" niepostrzeżenie staczają się w przepaść, a na pewno pułapkę, jaką założyli sami na siebie. Co z tego, że utwory są krótsze i już nie tak monumentalne, jak na naprawdę dobrym "Mellom Skogkledde Aaser", gdy powielają schemat niby-folkowej twórczości z ciężkimi gitarami? Ten patent "pagan folklore viking metalu" już się nie sprawdza i to, co najlepsze zaproponował STORM na swoim jedynym krążku "Nordavind", a kilka innych zespołów też wytoczyło swoje najcięższe działa w odległych latach, by ostatnimi czasy sczeznąć w zapomnieniu lub grać dla kilku wyjątkowo wytrwałych fanów. "Heimgang" pokazuje zespół, który próbuje jeszcze zaintrygować, ale nie ma już żadnej mocy przebicia. Myśl przewodnia jakaś tu jest, lecz piosenki (tak, tak!), jakie nagrał KAMPFAR są jałowe, bezpłciowe i przepływają gdzieś obok słuchacza. Po grupie z 14-letnim stażem wymaga się albo rozwoju, albo cyzelowania własnego stylu. Na tej płycie jest tylko powielanie schematu sprzed lat, ale jest to powielanie mało twórcze i bezproduktywne, a nawet regresywne. Wszystko tu brzmi archaicznie i nie jest to w tym przypadku komplement. Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków nic nie pozostaje w pamięci i ma się ochotę odstawić ten krążek gdzieś w najdalszy zakątek własnej kolekcji z promówkami. I tako też uczynię.
PS. A wydawcę "pozdrawiam" za kolejne zrypanie promówki poprzez wstawienie na większości utworów gaduły przypominającego o tym czego słucham.
ocena: 2/10
www.kampfar.com
www.myspace.com/norsepagans
www.napalmrecords.com
autor: Diovis


KEEP OF KALESSIN - "Kolossus"
(CD 2008 / Indie Recordings & Mystic Production)
Nie bardzo kumam fenomen KEEP OF KALESSIN. Zastanawiam się nawet, czy na popularności tego zespołu nie zaważył głównie fakt, że w składzie przez jakiś czas był frontman MAYHEM Attila Csihar. Nie można odmówić Norwegom profesjonalizmu i dobrych występów "na żywo", ale ich płyty są moim zdaniem przeciętne. Oczywiście, zawsze można spierać się o to czy są faktycznie tak średnie jakościowo, bo to kwestia gustu, ale (prawie) zawsze staram się patrzeć na tworzoną przez zespół X płytę przez pryzmat tego, ile rocznie wychodzi wydawnictw z niezłą muzyką, a ile z wybitną. Proporcja jest zdecydowanie po stronie tych średniaków. I KEEP OF KALESSIN właśnie spłodził coś, co jest, owszem, solidną porcją mocnego metalu, ale nie odstającą od standardów jedynie dobrego grania. "Kolossus" to na pierwszy rzut ucha kawał potężnie brzmiącego epickiego metalu czerpiącego z norweskich tradycji, ale też nie unikającego koligacji z death czy heavy metalem. Wyszedł z tego taki "bezpieczny" materiał, który spodoba się fanom nie szukającym jakichś wybitnie ekstremalnych i wydumanych rzeczy, ale takich krążków - choćby w tym roku - powstało już na pęczki. Mariaż z takim monumentalno-metalowym graniem przeszły w przeszłości już i ENSLAVED, i AETERNUS, i jeszcze wiele innych. Wydawać by się mogło, że taka formuła jest atrakcyjna, a wzorce wypróbowane, więc w pewnym sensie dobre. Nic bardziej mylnego - w każdym ja nie słyszę, by ci muzycy włożyli w "Kolossus" coś więcej niż dobre rzemiosło. Serducha tu nie ma, no i te niemiłosiernie przynudzające dłużyzny i wałkowanie jednego motywu przez sześć czy siedem minut. Albo "kojenie" słuchacza smykami z komputera i partiami pianina (vide: "The Rising Sign"). Ani to nie pasuje do ekstremalnego metalu, z którym KEEP OF KALESSIN jest kojarzone, ani nie wzbudza we mnie żadnych pozytywnych odczuć. Nuda, panie, nuda... A okładka to już w ogóle jest beznadziejna. br>ocena: 3/10
www.keepofkalessin.no
www.indierec.no
autor: Diovis


KATAPLEXIA - "Supreme Authority"
(CD 2008 / Xtreem Music)
Gdy słucham "Supreme Authority" przypominam sobie te wszystkie brutalistyczne produkcje z logo Repulse Records, które przeistoczyło się później w Xtreem Music. SHATTERED REMAINS, SEPSISM, UNNATURAL, DEEDS OF FLESH to tylko niektóre nazwy grających niezwykle intensywnie, brutalnie i technicznie kapel, dla których bezpośrednią inspiracją były SUFFOCATION, CRYPTOPSY i inni amerykańscy destruktorzy. Finowie z KATAPLEXIA (dwóch muzyków pochodzi z Ameryki Łacińskiej) są doskonale rozeznani w tym temacie i katują swoje instrumenty (w tym i struny głosowe), by jak najlepiej oddać mroczny, chory i pokręcony klimat wytwarzany w przeszłości na północnoamerykańskim kontynencie. To dość dziwne, ale obecnie nie jest widoczne zbyt wiele zespołów w ten sposób podchodzących do materii death metalu, który zresztą stał się ostatnio cieniem samego siebie. Przynajmniej w wielu przypadkach. KATAPLEXIA równoważy na swoim nowym krążku elementy szybkości, skondensowanej wściekłości, miażdżącego ciężaru i atmosfery oddychającej ciemnością i złem. Precyzyjne blasty, kaskady riffów, eksplodujące solówki, mordercze wokale i pulsujący gdzieś w głębi bas - to wszystko wypełnia ten album po brzegi. Nie jest to może materiał wybitny i na tyle wyśmienity, by zasłuchiwać się w nim godzinami, ale jeśli ktoś jest zgłodniały takiego właśnie grania, od którego odsunęła się większość wydawców, to bardzo proszę. Poziom grania jest na pewno wystarczająco wyborny, zachowano też linię programową ultra brutal death metalu. Czego w sumie więcej wymagać od kolesi, którzy na co dzień zdają się oddychać śmiercionośnym jadem, trupim jadem i światem makabrycznych, wynaturzonych fantazji. A okładka to już w ogóle oldskul i kult! Więcej niż umiarkowane brawa!
ocena: 7,5/10
www.kataplexia.com
www.myspace.com/kataplexia
www.xtreemmusic.com
autor: Diovis


KRISIUN - "Southern Storm"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Poland)
Jest dostępny na rynku nowy KRISIUN i wszyscy maniacy death metalu powinni skupić uwagę na tym wydawnictwie, ponieważ jest to najlepsza death metalowa płyta jaka ukazała się w tym roku. Jest ona naturalnym rozwinięciem pomysłów z "AssassiNation", więc nikt nie poczuje się zawiedziony jej zawartością. Ich muzyka nadal posiada wszystkie cechy, które czynią muzykę tercetu, jest techniczna, brutalna oraz megaintensywna. Zespół zastosował dodatkowo kilka rozwiązań aranżacyjnych, które nadają utworom nowego feelingu. Jest w tych utworach więcej przestrzeni, złowrogiej atmosfery. Muzyka KRISIUN zyskała głębi, nie tracąc jednocześnie nic na swej intensywności, stała się bardziej mroczna. Panowie odstąpili nieco od maksymalnego zagęszczania dźwięku, wpuszczając do swych kompozycji więcej powietrza. Zabieg ten sprawdza się znakomicie, ich siła oddziaływania jeszcze bardziej wzrosła. To nadal megatechniczne granie, ale bardziej organiczne, nie pozbawione jednak partii uderzających w słuchacza z siłą tornada. Po "AssassiNation" zastanawiałem się jak daleko mogą pójść w eksplorowaniu muzycznej ekstremy. Okazało się, że dzięki wielkiemu talentowi, niesamowitym umiejętnościom oraz niebywałej inteligencji twórczej stworzyli rzecz naprawdę miażdżącą. Ten zespół nadal się rozwija i zadziwia swą kreatywnością. Nowe kompozycje Brazylijczyków są po prostu genialne. Nie sposób opisać wszystkiego co doświadczycie odpalając ich nowy krążek. Zbyt wiele dzieje się na tej płycie żeby wyrazić to słowami. KRISIUN nie ogranicza się, nie ma oporu przed stosowaniem nowych rozwiązań, czego najlepszym przykładem są kawałki "Contradictions of Decay" oraz "Sons of Pest", które są chyba najlepszym świadectwem zmian zachodzących w muzyce braci Kolesne. Album ten poraża swym majestatem i po wybrzmieniu ostatniego dźwięku pozostawia u słuchacza poczucie, że obcował z prawdziwą sztuką. Produkcyjnie i brzmieniowo materiał ten również powala. Został zrealizowany przez zespół wraz z ekspertem w osobie Andy Classena (Stage One Studio). Takiej jakości dźwięku KRISIUN jeszcze nie miał. "Southern Storm" to jedna z najlepszych płyt death metalowych jakie miałem okazję poznać w moim życiu. Ta płyta w mojej opinii już dziś jest klasykiem, a cztery ostatnie numery utwierdzają mnie w przekonaniu, że progres nadal trwa i aż strach pomyśleć jakich dźwięków będziemy świadkami w przyszłości.
ocena: 10/10
http://www.myspace.com/krisiun666
http://www.krisiun.com.br
http://www.centurymedia.com
autor: Warzych


KRYPT -" Preludes To Death"
(CD 2008 / Agonia Records)
Oj, oj, oj. No i pozamiatane. Przynajmniej na ten rok, jeśli chodzi o black metal. Jakoś nie widzę osobników, którzy byliby w stanie wydrzeć temu duetowi miano NAJWIĘKSZEGO zaskoczenia w dziedzinie bm. Już chyba nic nam zza winkla nie wyskoczy. Bynajmniej o niczym nie słychać. Mimo iż członkowie tej kapeli to nie jakieś hepy z kompletnego zadupia, zaznajomieni w temacie wiedzą kto to. A dla tych co nie wiedzą wystosujemy wielkie fuck off (wzorem Desecratora ze zdjęcia we wkładce). Tyle słowem wstępu. Przejdźmy do sedna. Dawno nie słyszałem już tak ciekawego materiału sygnowanego hasłem True Norwegian Black Metal. Kto by pomyślał, że te tempa jak zardzewiały sierp i proste jak bojowy cep riffy narobią TAKIEGO szumu w dobie wysoce zaawansowanej technicznie "muzyki"??? Chyba tylko jakiś zdehumanizowany, opętany Norweg z zamarzniętym nosem, nie wychylający się poza najbliższy fiord!!! Tylko mi tu kurwa bez obrazy jebana wasza mać!!! To granie wręcz oddycha płucami władcy podziemi. Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięku. Czuć uszami, że panowie Nag i Desecrator mają ten dar tworzenia czegoś z niczego. I te po.... sola ("Worthless")!!! Ewidentna fascynacja baaardzo starą szkołą młócenia śmiercią. Całość toczy się w średnim tempie z odrobiną wyższych biegów (np. "Jeg Hater Deg"). Co wręcz idealnie sprawdzi się w warunkach koncertowych. O ile są takowe w planach. Na dodatek chłopaki nie zamknęli się w schemacie tnbm-u, dbając o wręcz idealne brzmienie całości. Wszystko ładnie słychać i przy okazji zachowano ten specyficzny brud. Dodatkowo cieszy fakt, że taka perła wychodzi pod szyldem Agonii. Brawo, Panowie BRAWO!!!
ocena: 9/10
http://krypt.tsjuder.com
www.myspace.com/krypt666
www.agoniarecords.com
serwer
autor: Narmer


KYRCK - "Cherno"
(CD 2008 / Century Media Records & EMI Music Polska)
Na początku małe wyjaśnienie dotyczące wymowy nazwy tego nieznanego dotąd zespołu. Otóż zapisano ją rosyjskim liternictwem i należałoby ją rozszyfrować jako Kursk. Powiadacie, że nie zdziwi was nic i kolejny rosyjski zespół wydawany na Zachodzie też nie? Nic bardziej mylnego, ponieważ za "Cherno" odpowiedzialni są Finowie, którzy nie zważając na animozje fińsko-rosyjskie z przeszłości nagrali bardzo specyficzny, "rosyjski" album. A kto, jak nie ludzi z Północy, mogą zrozumieć istotę uralsko-syberyjskiego klimatu, obie nacje lubią nad wyraz gorzałę, a do tego wokalista KYRCK E. Seppanen studiował na którymś z uniwersytetów w Rosji? I tak to, po nitce do kłębka docieramy do sedna sprawy. Nieźle to sobie wspomniany gościu wraz z eks-gitarzystą SENTENCED S. S. Lopakką, znanym producentem (tu grającym na perkusji) K. H. M. Hillesmaa i basistą J. T. Yia-Rautio wykombinowali. Koncepcja zamyka się (choć nie do końca) w powiązaniu miasta, w którym w czasie II Wojny Światowej rozegrała się największa bitwa czołgów w historii i dziejów nuklearnej łodzi podwodnej, która w 2000 roku zatonęła wraz ze 118 osobami na pokładzie na zimnym morzu Barentsa z posępną, pełną zimnej atmosfery muzyką spod znaku doom metalu. Już samo przyjrzenie się sesji zdjęciowej muzyków, video clipowi do numeru "1917" i wsłuchaniu się w (sic!) napisane w całości w języku rosyjskim teksty oraz odgłosy wydawane przez statek podwodny i jego urządzenia na pokładzie daje pojęcie, że jest to płyta dość zaskakująca i na pewno nietuzinkowa. Połączenie potężnych, sabbath'owskich riffów z melodyjnymi, czasem chrapliwymi wokalizami, przestrzennymi akustykami i rzężącym basem też, pomimo doommetalowej proweniencji, nie należy do banalnych. Czuć tu producencką rękę Hillesmy, który ciężar BOLT THROWER wzbogacił o należną głębię i przestrzenność, a doświadczenia kompozytorskie Lopakki i przekonujące wokalizy Seppanena nadały temu wszystkiemu odpowiedni kształt. "Cherno" nie powinno moim zdaniem podzielić losów statku "Kursk". Cóż z tego, że to nie tak łatwy w odbiorze materiał, jeśli ze świecą szukać ostatnio takich prób zrobienia czegoś oryginalnego z dobrze już znanych składników? I do tego czegoś cholernie przemyślanego.
ocena: 9/10
http://kypck-doom.com
www.myspace.com/kypck
www.centurymedia.com
autor: Diovis


KARELIA - "Restless"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Francuzi obrali sobie łatwą do zapamiętania, charakterystyczną i niejednoznaczną nazwę. Wcześniej podobno grali "symfoniczny heavy metal", ale pewnie nie ma co żałować, że się tego nie słyszało. Po "Restless" też można tak powiedzieć. Teraz, słowami muzyków, grają "dark industrial electro pop metal". Brzmi tragicznie, prawda? Bo w rzeczy samej tu wszystko się ze sobą gryzie i nie wiadomo o co do końca chodzi tym młodzieniaszkom. Czy chcą podbijać listy przebojów, czy wyrwać na swoją muzykę parę małolat, czy jedno i drugie, co logicznie rzecz biorąc często idzie w parze? Jeszcze otwierający płytę "Restless" ma w sobie stępionego, ale zawsze pazura, ale im dalej, tym gorzej. Jakieś techno-bity, banalne refreniki, słodkie melodyjki... kaszana, mówię Wam. Mieli tylko osiem swoich utworów, więc posiłkowali się coverami i w ten sposób trzeba jeszcze odsłuchać wesołkowatą, disco-metalową wersję "Lift Me Up" MOBY'ego i kolejny koszmarek w postaci zupełnie położonej wersji "Loosing My Religion" R.E.M. Naprawdę nie wiem do kogo adresują te swoje wypociny i nie rozumiem co skusiło Season Of Mist, że to wydali. Pewnie skusiła ich magia hipermarketów. Bo wiecie, ta wypełniona pseudo-metalem część sceny coraz częściej przypomina mi wnętrze takiego mega-sklepu, gdzie zewsząd atakują nas promocje, kolorowe opakowania, krzykliwe hasła, a pod tymi przykrywkami kryją się najczęściej gówniane produkty dla mas. A precz mi z tym!
ocena: 1/10
www.karelia.fr
www.myspace.com/kareliaband
www.season-of-mist.com
autor: Diovis


KLONE - "All Seeing Eye"
(CD 2008 / Season Of Mist Records)
Oto kolejny wytwór coraz ciekawszej ostatnimi czasy sceny francuskiej. Okazuje się, że w tamtejszym podziemiu działa naprawdę ogrom kapel, którym nie wystarcza "dziobanie" na gitarach oklepanych riffów i grania popularnych metalowych stylów. KLONE sięga po przeróżne środki, tak by spodobać się i tradycjonalistom oraz ekstremistom, jak i tym, co próbują znaleźć coś oryginalnego w ciężkiej muzyce. "All Seeing Eye" to trudny orzech do zgryzienia, bo co rusz można tu usłyszeć coś innego i wiele trzeba przesłuchań, aby to wszystko jakoś ogarnąć. A mamy tu i prawie deathmetalowy ciężar, a to łamańce a la MESHUGGAH lub prog-metalowe zacięcia, a to coś na kształt bardziej radykalnego KORN, a to bardziej klasyczne granie w stylu grunge czy stoner rockowym, a to bardziej nowoczesne, pokombinowane granie charakteryzujące wiele młodych kapel. Gdy dorzucić do tego jeszcze eksperymenty z saksofonem i harfą, prawie że rockowe aranże i różnorakie psychodeliczne odloty, już wiecie, że ten KLONE to nie taka zwykła bułka z masłem. Jak na stosunkowo nieznaną, choć działającą od ponad 10 lat formację, opanowali w stopniu dobrym, a chwilami nawet bardzo dobrym umiejętność pisania kawałków, w których zderzają się ze sobą chwytliwe refreny i miks awangardy z nowoczesnością. No bo weźmy chociażby nie tak znowu mocne i wręcz przebojowe numery, jakimi są "Promises" (kłania się kanadyjski RUSH) czy "Freezing", a obok tego, bez większych zgrzytów egzystują pokręcone i kompletnie pomieszane "All Seeing Eye", "Commonplace" i "Nightime". Albo i to, i to mieści się w jednym kawałku, a przykładem jest "Life Expectancy", które zaczyna się spokojnie i melodyjnie, a w dalszej części dziwaczeje bardziej i bardziej. Czyżby jednak szykowała się zmiana warty na scenie metalowej i teraz właśnie takie eklektyczne twory, jak KLONE zaczną liczyć się coraz bardziej?
ocena: 8/10
www.myspace.com/klone
www.season-of-mist.com
www.myspace.com/seasonofmist
autor: Diovis


KROHM - "The Haunting Presence"
(CD 2007 / Debemur Morti Productions & Pagan Records)
Czekałem na następcę genialnego "A World Through Dead Eyes" prawie trzy lata i zastanawiałem się w jakim kierunku pójdzie tym razem Numinas. Obawiałem się, że zespół straci niesamowity klimat swojej muzyki. Obawiałem się także zbędnego kombinatorstwa, co w przypadku muzyki KROHM zabiło by ją na pewno. Na szczęście tak się nie stało i już pierwsze dźwięki nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia z najwyższych lotów black metalem o samobójczym, wisielczym klimacie. Nie wiem, ale takiej dawki grobowego zimna, wszechogarniającego chłodu i sączącego się zewsząd zła chyba nie każdy jest w stanie wytrzymać. Nie jest to oczywiście muzyka w stylu NORTT czy XASTHUR, ale klimat jak najbardziej zbliżony. Po kilkunastu odsłuchach muszę jednak przyznać, że w porównaniu do poprzedniej płyty, ta jest jakby mniej charakterystyczna. Chodzi mi o to, że tak naprawdę jest bardzo spójna i za którymś już przesłuchaniem odniosłem wrażenie, że słucham jednego kilkudziesięciominutowego utworu. Płyta jest jakby bardziej pokręcona, a co za tym idzie, trudniejsza w odbiorze. Aby wyłapać wszystkie smaczki trzeba jej uważnie posłuchać. Klimat i jeszcze raz klimat. To nie jest płyta, którą włączyć sobie można w samochodzie i z roześmianą miną pognać przed siebie. Utwory trwają po ponad 7-9 minut, wbijając do głowy najczarniejsze sny. Mniej więcej w połowie drugiego numeru ma się wrażenie obcowania z jakimś koszmarem, ale tak naprawdę czyż życie takowym nie jest, a przynajmniej nie bywa czasami?... tak właśnie jest do końca płyty. Nie ma życia, wszechogarniająca beznadzieja, tylko odcienie szarości, tak jak okładka tego materiału... Bardzo mocna płyta, na pewno nie dla każdego, jak zresztą cały ten nurt zwany antihuman czy też suicide black metal. Kolejna płyta, którą szczerze mogę polecić bez wyrzutów "sumienia".
ocena: 9/10
www.debemur-morti.com
autor: sThor


KABANOS - "Zęby w ścianę"
(CD 2007 / Fonografika)
W 2007 roku recenzowałem prezentujące dowcip na różnym poziomie albumy CUNTSCRAPE i FALSE GOD. Jeszcze jeden humorny krążek nagrało i wydało własnym sumptem pięciu kolesiów z formacji KABANOS. Jeśli śledzicie to, co dzieje się w serwisie Mroczna Strefa, to być może natrafiliście w dziale "Recenzje" na opis zapowiadającego "Zęby w ścianę" promo, na którym znalazły się m.in. potencjalne hiciory w rodzaju "Wielbłąda" i "Czerwonej Musztardy". Nie dziwota więc, że te kawałki znalazły się również na pierwszym pełno-wymiarowym albumie, bo przecież od jakiegoś czasu podbijają serca fanów na koncertach ;) Już wspomniane tytuły mniej więcej określają KABANOS, który zaczynał jako zespół robiący sobie jaja z utworów innych wykonawców, wykorzystując podkłady muzyczne z twórczości między innymi FAITH NO MORE, NIRVANY czy PARADISE LOST i dodając do tego sample z kultowych komedii Stanisława Barei. Z czasem muzycy poznali tajniki gry na instrumentach i postanowili tworzyć własne dźwięki, a pokłosiem jest właśnie opisywany krążek zawierający 11 numerów trwających łącznie około trzech kwadransów. Myliłby się jednak ten, co przypuszcza, że mamy do czynienia z muzycznym dowcipem. KABANOS to całkiem sprawnie brzmiąca załoga poruszająca się w klimatach mocniejszego rocka a la ACID DRINKERS czy ILLUSION, nie stroniąca też od patentów bliższych heavy metalowi i hard-core'owi. Co prawda nie są mistrzami świata w oryginalności, ale nie na tym polega swoisty fenomen piątki muzyków kryjących się pod jajcarskimi pseudonimami Zenek Kupatasa, Leszek Pszenica, Lodzia Pindol, Zbysław Byledziura oraz Wiesław Gubipała. Siła leży tutaj w tekstach, które ukazują codzienne problemy w krzywym zwierciadle, i to dosłownie krzywym, bowiem panowie posługują się w nich często i gęsto postaciami zwierzątek, żuli i innych wykolejeńców. Swoiste i swojskie mają to swoje poczucie humoru i wbrew pozorom nie posiłkują się wulgaryzmami, za to tematyka połączona z bliskimi kabaretowi wokalami sprawią, że niejeden słuchacz będzie miał wielkiego "banana na ryju". Jak tu się nie uśmiać, gdy słyszymy opowieść o kilkuletniej morderczyni pluszowych niedźwiadków, przygodzie w WC, świniach w parlamencie (tfu, w pierzynie), wyznaniach robaczka, a dodatkowo we wkładce do płyty znalazło się pełne opowiadanie o Małgosi, która jest ukrytą gdzieś w tekstach bohaterką całego krążka? W tym fachu KABANOS nie jest gorszy nawet od Kabaretu Moralnego Niepokoju, Grzegorza Halamy czy Ani Mru Mru.
ocena: 7,5/10
www.kabanos.net
www.myspace.com/kabanos1
autor: Diovis


KRAGENS - "Infight"
(CD 2007 / Locomotive Records & Mystic Production)
Nazwa tego zespołu dotąd kompletnie nic mi nie mówiła. Widocznie nie zdołali się do tej pory przebić poza swoją rodzimą Francję, choć "Infight" to już trzeci album nagrany pod szyldem KRAGENS. Jednak już pierwszy rzut ucha na zawartość tego krążka wyjawia, że stoją za nim starzy wyżeracze, a ponadto przyłożyli się oni do spraw brzmieniowych, co sprawiło, że mamy do czynienia z solidnym kawałkiem muzy spod znaku thrash/heavy metalu. Heavymetalowe korzenie muzyków (w latach 80-ych grali w takich kapelach, jak LYNX, DEMON EYES czy THORIUM) słychać mocno i wyraźnie, chociaż "Infight" to przede wszystkim masywny, thrashmetalowy atak w stylu TESTAMENT i bardziej progresywne zapędy zbliżone do dokonań NEVERMORE czy ich ziomków ze SCARVE (może za wyjątkiem deathmetalowych wpływów). Z tego skrzyżowania wyszła naprawdę dobra płyta, mieszająca klasyczne brzmienia późniejszego JUDAS PRIEST czy thrash'owej szkoły z Bay Area z bardziej współczesnym spojrzeniem na metal. Warto zwrócić uwagę na partie gitar, które wycinają niezłe riffy i kraszą całość smakowitymi, wirtuozerskimi solówkami, a także na wokale, które nie ograniczają się do czystych zaśpiewów a la Bruce Dickinson, Geoff Tate (QUEENSRYCHE) czy Warrel Dane (NEVERMORE), ale sięgają po cały wachlarz deathmetalowych growli i wściekłych wrzasków, co na pewno urozmaica ten album. Klawisze z kolei zostały użyte dość oszczędnie i są tu tylko tłem, ozdobnikiem i dodają materiałowi epickości. O brzmieniu już wspomniałem, jednak tak dla informacji podam, że miksami i masteringiem zajął się Duńczyk Tue Madsen w swoim Antfarm, co gwarantuje wysoką jakość, ale przy tym daje sound, który zanadto przypomina inne dziełka tego producenta. Cały czas zaznaczam, że to płyta solidna, dobrze brzmiąca, mimo to mam zarzut, że Francuzi zanadto uciekają się do środków i narzędzi wykorzystywanych już przez innych. Takie kawałki, jak "Deaf And Blind" czy "Ten Treasons We Fight" zanadto brzmią jak TESTAMENT ze swoich ostatnich albumów, "The Falling Man" to takie QUEENSRYCHE w bardziej metalowej oprawie, a "Mask of the Damned" i "Metallize" to prawie stuprocentowo czysty NEVERMORE. Gdyby nie te zbyt wyraziste zapożyczenia, ocena byłaby na pewno wyższa.
ocena: 7/10
www.locomotiverecords.com
www.kragens.com
www.myspace.com/kragensmetal
autor: Diovis


KRUX - "II"
(CD 2006 / GMR Music & Foreshadow Productions)
To niesprawiedliwe, że KRUX jest tak mało znany, nie tylko zresztą w naszym kraju. Nie tylko gra w tym zespole kilku znanych muzyków ze Szwecji, ale przede wszystkim tworzą oni muzykę na wysokim poziomie, choć niestrawną dla każdego metalowego ekstremisty. Na zachętę zacznę od prezentacji twórców zaangażowanych w powstanie drugiego albumu KRUX. Na wokalu Mats Leven znany choćby ze współpracy z YNGWIE MALMSTEEN'em czy THERION (przy okazji ostatniego albumu "Gothic Kabbalah"). Gitary obsługują eks-muzyk ENTOMBED i GRAVE, obecnie skupiający się głównie na swoim zespole THE PROJECT HATE Jorgen Sandstrom oraz udzielający się swego czasu w ARCH ENEMY, TIAMAT i OPETH Fredrik Akesson. Bas to domena pomysłodawcy powstania KRUX, czyli Leifa Edlinga z CANDLEMASS, bębni Peter Stjarnvind, do niedawna jeszcze muzyk ENTOMBED, a obecnie zasilający skład NIFELHEIM (nazw pozostałych bendów, w których się udzielał nie będę wymieniał, gdyż jest tego za dużo). Całości dopełnia eks-klawiszowiec CANDLEMASS Carl Westholm. Różnie to jest z tymi supergrupami, jednak spokojnie mogę napisać, że w tym przypadku wszystko zagrało jak należy. "II" to klasyczny doommetalowy album, nawiązujący po części do dokonań CANDLEMASS, a po części do hardrockowego grania w stylu lat 70-ych. Wystarczy posłuchać tych specyficznie zbudowanych utworów, w których są i charakterystyczne, nie przekombinowane gitarowe riffy, klasyczne wokale (Mats Leven to rzeczywiście jeden z najlepszych wokalistów w swojej kategorii!), smakowite solówki (także na klawiszach), potężna sekcja rytmiczna i ciekawie budowany klimat. Warto w tym miejscu wspomnieć o fenomenalnie wkomponowanych w kilku miejscach partiach melotronu, co jest dość rzadkim przypadkiem w muzyce metalowej. Większość numerów jest utrzymana w średnich i wolnych tempach, ale KRUX nie chce się ścigać z nikim, oni po prostu najlepiej się czują w takiej muzie i to da się odczuć. Zaskakujące jest to, że w kilku momentach gitarowe riffy przypominają ENTOMBED z pierwszych dwóch płyt, a w "Sea of Doom" jest motyw, który przypomina... AUTOPSY (!). To kolejny dowód na to, że wiele death- i doommetalowych kapel inspirowało się i wciąż inspiruje BLACK SABBATH. Zresztą KRUX można określić jako nieco uwspółcześnioną wersję ojców ciężkiego grania. Na "II" jest sporo nawiązań do twórczości Sabbathów z czasu, gdy wokalistą był Ozzy Osbourne, ale też i z czasów Ronnie Jamesa Dio. Takie "Sea of Doom" mogłoby się spokojnie znaleźć na "Mob Rules", jak i na którejś z wczesnych płyt RAINBOW, w którym nota bene również śpiewał wspomniany Dio. Takich cacek i nawiązań do odległej, acz zacnej historii hard rocka i metalu jest tutaj dużo więcej i każdy, kto choć trochę ceni sobie stare krążki z ciężką muzą będzie zachwycony najświeższą pozycją w na razie ubogiej dyskografii KRUX. Gdyby tak jeszcze trafili oni do jakiejś ciut większej firmy wydawniczej, która dba o dystrybucję swoich wydawnictw na całym świecie, założę się, że szwedzka formacja zaznaczyłaby bardziej swoją obecność na scenie metalowej. Dobrze jednak, że "II" jest dostępna w Polsce dzięki Foreshadow i tam odsyłam zainteresowanych, bo naprawdę warto mieć ten album w swojej kolekcji.
ocena: 8,5/10
www.kruxdoom.se
www.myspace.com/kruxdoom
www.gmrmusic.se
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


KRONOS - "The Hellenic Terror"
(CD 2007 / Xtreem Music)
A to się porobiło. Kapela z Francji nagrywa w Polsce. Jeszcze kilka ładnych lat temu kwestia nie do pomyślenia. Cóż, jakość jak najbardziej zachodnia, a ceny jak najbardziej wschodnie ;). Poprzednia płyta KRONOS porządnie mną wstrząsnęła i z chęcią do niej wracam. Minęły trzy długie lata i oto mamy kolejny wyziew, w postaci "The Hellenic Terror". Generalnie grupa nie zmieniła zbytnio swojego oblicza. Nadal jest to brutalny death metal, technicznie jak najbardziej poprawny, technicznie zaawansowany, chodzi o instrumentalistów rzecz jasna. Czy jednak płyta ta jest lepsza od poprzedniczki? Cóż, myślę, że jednak nie. Pierwsze moje skojarzenie, kiedy zacząłem odsłuch tego materiału , to wrażenie, że obcuję z kolejna płytą trójcy VADER, DEACPITATED lub KATAKLYSM. Brakuje mi na tej płycie świeżości "Collosal Titan Strife". Nie oznacza to oczywiście, że płyta jest zła, zapewne niejedna kapela marzy aby zbliżyć się do takiego poziomu, jaki reprezentuje KRONOS. Szkopuł w tym, że poprzednia płytą chłopaki postawili sobie naprawdę wysoko poprzeczkę, której tym materiałem na pewno nie przeskoczyli. Świetna płyta, posiadająca jednak owo małe ale, które nie pozwala mi powiedzieć, że kapela rozwija się czy inne tego typu banialuki. Co z tego, że rzeczywiście w każdym utworze coś się dzieje, pełno w nich zakrętasów, zmian tempa, wirtuozerskich solówek. Obawiam się, że stanęła w miejscu, a death metal to nie tylko popierdalanie paluchami po gryfach jak Paganini na skrzypkach. Troszkę brakuje mi klimatu, chyba przez ta sterylną produkcję. Maniakom mięcha i technicznego, brutalnego death metalu polecam. Mocna pozycja w zbiorach!
ocena: 8/10
www.kronos-titan.net
www.xtreemmusic.com
autor: sThor


KALOT ENBOLOT - "MCCCXLVII"
(CD 2007 / EastSide)
Ze sporymi nadziejami czekałem na pełny i przy tym debiutancki materiał przygotowany przez krajową formację o nazwie KALOT ENBOLOT. Dwuutworowe promo ukazało ten młody band w bardzo korzystnym świetle i jeśli mam zdradzić swoją ocenę już na wstępie, to album mnie nie zawiódł. I nie zawiedzie wszystkich tych, którzy nie uważają black metalu za jedynie słuszny tylko wówczas, gdy "leśne brzmienie" łączy się z bzyczącymi lub pierdzącymi gitarami oraz nieczytelnymi skrzekami wokalisty ;) Trójka muzyków z KALOT ENBOLOT stara się jak może połączyć tradycyjne skandynawskie granie z polskim "duchem" i pokazać, że i w takim graniu kunszt, klimat oraz różne smaczki mają swoje zasadnicze znaczenie. I że przy tym może to wyjść naprawdę ciekawie. Obok znanych z "Promo 2006" "Siege of Caffa" i "Legions of the Pestilence" są tutaj jeszcze cztery, równie rozbudowane utwory, w tym cover IMMORTAL'a "At the Heart of Winter". Ten ostatni może nie poraża czymś wybitnym, ale nie pamiętam żadnej innej wersji tego zacnego numeru. Zresztą pasuje do zawartości tej płyty, bo jeśli już umiejscowić gdzieś konkretnie twórczość tria KALOT ENBOLOT, to oscyluje ona gdzieś między starą "Norwegią", black/death metalową sceną szwedzką z lat 95-97, epicką stroną BATHORY czy ENSLAVED i polskimi formacjami ze sceny pagan metalowej, a do tego mamy też odrobinę thrash'owych riffów wplecionych tu i ówdzie. To oczywiście silne uproszczenie, bo prościej mówiąc, "MCCCXLVII" to połączenie partii bardziej jadowitych i surowych z monumentalnymi, trochę akustycznych fragmentów (przoduje w tym instrumental "Stray Dogs of Despair") oraz melodyki. Wokalnie też jest dość bogato, bo obok wrzasków i gardłowych pokrzykiwań często pojawiają się też melodyjne zaśpiewy. Całość materiału bardzo zgrabnie i czytelnie brzmi, co dla fana gęstych dźwięków (a tutaj ich nie brakuje) ma duże znaczenie. Ważne w przypadku tego albumu jest też to, że pomimo sporych umiejętności instrumentalnych muzycy nie popisują się wirtuozerią, skupiając się raczej na emocjonalnym graniu i ciekawym budowaniu poszczególnych kompozycji. A dodając jeszcze, że opisywane wydawnictwo to koncept-album dotyczący początków pochodu Czarnej Śmierci w Europie w 1347 roku (stąd też taki, a nie inny tytuł), nie muszę dodawać, że to dość szczególna pozycja i może się spodobać naprawdę szerokiej rzeszy słuchających różnych odmian ekstremalnego metalu.
ocena: 8/10
www.eastside.onestop.net
conclusion@poczta.onet.pl
svarte@bcx.pl
autor: Diovis


KEEN OF THE CROW - "Hyborea"
(CD 2007 / Grau Records & Foreshadow Productions)
Ledwie świat zdążył usłyszeć o KEEN OF THE CROW, a już doszły mnie słuchy, że grupa zawiesiła działalność po odejściu trzech z pięciu muzyków, w tym głównego kompozytora - gitarzysty Seth'a Arthur'a. A tak się dobrze zapowiadało... Po zamknięciu rozdziału pod tytułem MORGION, sekcja rytmiczna tego doom'owego bandu (Justin Christian i Rhett Davis), wsparta przez trzech mniej znanych muzyków z Kalifornii, stworzyła nową formację, a ta w okresie około półtora roku nagrała demo, mini-album i opisywanego właśnie pełnograja, który ukazał się w marcu 2007 roku. "Hyborea" to naprawdę duża dawka mrocznej, inteligentnie zrobionej i dość oryginalnej muzy. I w pełni zgadzam się z opisem wydawcy, że to umiejętnie połączone "najlepsze momenty z MORGION, CANDLEMASS, PRIMORDIAL i NEUROSIS". No, może z tym ostatnim bym dyskutował i zamiast NEUROSIS dorzuciłbym do tej listy raczej OPETH i NOVEMBERS DOOM. Ale faktem jest, że głównym fundamentem dla tych dźwięków są rzeczy z pogranicza epickiego, monumentalnego i generalnie ponurego metalu, a na taki miks trafia się ostatnimi czasy dość rzadko. Tym bardziej, gdy jest zagrany na tak wysokim poziomie, jak na "Hyborea". Podoba mi się tutaj różnorodność stylistyczna, która nie ogranicza się do podobieństw do wymienionych wyżej kapel. Mamy tu i niemalże blackmetalowe momenty, i deathmetalowe growle, doom'owy ciężar oraz melancholię, trochę akustycznych pasażów i niebanalne melodie. Naprawdę mocnym punktem całości są wokale. Dan Ochoa odwalił kawał dobrej roboty, bo wyszły mu zarówno growle i wrzaski, jak i partie śpiewane czystym głosem. Na krążku przeważają dość długie kawałki (od 6 do 9 minut), ale i kilka krótszych też się przytrafiło, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że obcujemy z jednym kawałkiem pociętym na kilka czy kilkanaście części.
PS. Justin i Rhett ostrzegają na swojej stronie www, że ich profil na MySpace został "skradziony" i zawiera nieprawdziwe newsy, które można znaleźć jedynie na www.keenofthecrow.net.
ocena: 9/10
www.keenofthecrow.net
www.myspace.com/keenofthecrow
autor: Diovis


KILL THE ROMANCE - "Take Another Life"
(CD 2007 / Locomotive Records & Mystic Production)
Zapotrzebowanie na melodyjne metalowe granie jest dla mnie zdumiewające. Wytwórnie na morgi podpisują zespoły parające się melodyjnym metalowym graniem we wszelkiej postaci. Ssanie na tego typu dźwięki jest zadziwiające. Trend, fenomen rynkowy, a może po prostu sprawdza się teoria mówiąca, że siła muzyki zaklęta jest w dobrych melodiach? Naprawdę nie wiem, co jest powodem takiego stanu rzeczy. Wiem natomiast z doświadczenia, że istnieje mnóstwo zespołów wykonujących ten rodzaj muzyki na wysokim poziomie. Jednym z nich jest również KILL THE ROMANCE. Zasadniczym problemem tego zespołu i większości jemu podobnych jest brak własnej tożsamości. Gdyby ogromną większość tych kapel połączyć ze sobą, powstałaby po prostu bezimienna masa. Brak jakichkolwiek przejawów własnej inwencji twórczej jest dla mnie, przede wszystkim jako fana, czynnikiem dyskredytującym twórczość danego zespołu. Po napisaniu tej recenzji nie wysłucham już nigdy więcej "Take Another Life", pomimo że jego zawartość to kawał rzetelnej i zawodowej melodyjnej death/thrashowej muzy. Rzetelność i zawodowe podejście do tematu, to dla mnie atrybuty obecnie nie wystarczające by czerpać satysfakcję ze słuchania tego typu muzyki. Nie wiem, może jestem zbyt wymagający...? Wolałbym, żeby Ville Hovi zrezygnował w przyszłości z agresywnych partii wokalnych, a gitarzyści Antti Kokkonen i Tomi Luoma z tych melodefowych partii ala Gothenburg school. Ville posiada znakomity czysty i wszechstronny wokal, który doskonale sprawdziłby się w bardziej klasycznych formach metalowej sztuki!!! Koledzy gitarzyści również posiadają potencjał nie mniejszy niż wokalista. Klasyczne heavy i thrash metalowe partie są obecne na tym albumie i wtedy robi się naprawdę ciekawie!!!!!!!!!! Chłopaki powinni do bólu słuchać BLACK LABEL SOCIETY, NEVERMORE, DIO, IRON MAIDEN, TESTAMENT i zmienić muzyczny kurs. "Take Another Life" to debiut kapeli, więc nie wykluczone, że w przyszłości dojdą do podobnych konkluzji. Druga część albumu napawa mnie optymizmem. Bardzo bym sobie życzył, by zaskoczyli mnie przy okazji wydania swego drugiego krążka.
PS. Mam nadzieję, że ten klękający pan na okładce nie czyni tego co myślę, by otrzymać kolejne życie...
ocena: 6/10
www.myspace.com/killtheromance1
www.killtheromance.com
www.locomotiverecords.com
autor: Warzych


KABANOS - "Wielbłąd"
(Promo CD-EP 2006 / własna produkcja zespołu)
"Różne listy ludzie piszą - zwykłe, polecone" - jak to stoi w pewnej starej piosence. Także do Mrocznej Strefy trafia trochę przesyłek, a w nich muzyka różna i różniasta. Głównie z kręgów metalowych i okolicznych, ale czasem przydarzy się coś z innej półki. Tako też się stało, gdy wyciągałem ze skrzynki kopertę, a w niej znalazłem promocyjną epkę pochodzącej ze stolicy naszego kraju formacji KABANOS. Na pierwszy rzut oka spodziewałem się jakiegoś punka lub jajcarskiego core'a, tymczasem panowie o dźwięcznych pseudonimach (o tym za chwilę) wycinają kawałek solidnego rocka z humorzastymi tekstami. Tak więc udało mi się odgadnąć przynajmniej to, antycypując co zawiera ta mała płytka. Można się o tym przekonać oglądając rysunkową okładkę, na której widnieje kolo z trzema krowami zamiast baloników. Zresztą motywy zwierzęce przewijają się w tekstach i tak mamy tu "Wielbłąda" (w dwóch wersja; jedna singlowa) i "Świnie w Pierzynie". Do kompletu można by jeszcze dorzucić tak modne ostatnio "Kaczki", ale takowych nie odnotowałem w tekstach ;) Mimo pozorów, słowa piosenek nie są tak głupie, jak by to wynikało i odnoszą się do codziennych spraw ukazanych w krzywym zwierciadle. Od strony muzycznej KABANOS proponuje nie nazbyt skomplikowane rockowe granie z lekkimi odcieniami funky i pseudo-rapu, które pojawiają się raczej dla podkreślenia tekstów niż wynikają z podążania za panującymi na scenie trendami. Chwilami przypominają mi taki działający przed prawie dekadą zespół PIVO, choć podobieństwo jest wyłącznie ze względu na muzykę. O właściwy sound zadbał eks-gitarzysta ACID DRINKERS, a od jakiegoś czasu podpora GUESS WHY - Perła, stąd zawartość "Wielbłąda" może się kojarzyć również z tymi kapelami. Warto też odnotować pseudonimy muzyków, którzy stworzyli tę promocyjną epkę: Zenek Kupatasa (paszcza), Leszek Pszenica (pobrzękałka), Lodzia Pindol (podbrzękałka), Zbysław Byledziura (gruBas) i Wiesław Gubipała (wbijak na pałki). Nie "ośmielam" się oceniać tej płytki, bo jak by nie patrzeć, pochodzi ona z nieco innej półki niż większość recenzowanych u nas rzeczy, jednak nie odradzam zapoznania się z tymi czterema utworami, zapraszam też na stronę www zespołu (całkiem pomysłowo zrobiona) oraz na koncerty. A wkrótce ma się ukazać pełny materiał pt. "Zęby w Ścianę".
ocena: -/10
www.kabanos.net
kabanos@kabanos.net
autor: Diovis

INDEX   K   [1]