| 9 | A | B | C | D | E | F | G | H | I | J | K | L | M | N | O | P | Q | R | S | T | U | V | W | X | Y | Z
INDEX



G   [1] 


GWYNBLEIDD - "Amaranthine"
(MCD 2006 / własna produkcja zespołu)
Sporym zaskoczeniem był dla mnie mail ze Stanów od kapeli, w której grają Polacy. Podałem - a jakże - adres i już po około dwóch tygodniach dostałem materiał do recenzji. Płytkę oprawiono w jakże jesienną szatę graficzną, co oczywiście idzie w parze z dość nastrojową i nostalgiczną muzyką grupy. Znalazłem gdzieś informację, że panowie wzorują się na skandynawskiej i ogólnie europejskiej scenie metalowej lat 90., plus kilkoma artystami zza Wielkiej Wody. Dość ogólne stwierdzenie, ale wystarczy posłuchać pierwszego numeru - od razu moje myśli pobiegły w kierunku OPETH. Nie jest to oczywiście żadną ujmą na honorze, bowiem niejednego ta grupa zainspirowała i niejednego fascynuje. Oczywiście do takiego grania potrzebne są także odpowiednie umiejętności muzyków, a tych chłopakom odmówić nie można. Gitarzyści bardzo sprawnie poruszają się zarówno w partiach ciężkich, typowo metalowych, jak i partiach klasycznych czy solowych, tworząc świetne linie melodyczne wspierane growlingiem lub czystym śpiewem. Muszę przyznać, że takie opanowanie rzemiosła w połączeniu jeszcze ze świetnymi wokalami robi na mnie wrażenie. Utwory pełne są emocji, dość smutne, wręcz jesienne jak cała oprawa płytki, depresyjne i nostalgiczne. Nie chcę zagłębiać się w ten materiał i opisywać każdy numer po kolei, proponuję po prostu zdobyć go od kapeli i posłuchać. Znalazłem wiadomość, że grupa wydała coś dla The End Records, więc zachęcam tym bardziej, na pewno łatwiej będzie zdobyć płytkę, niż tą ep.
ocena: 8/10
www.gwynbleidd.com
www.myspace.com/gwynbleidd
autor: sThor


GALLHAMMER - "Ill Innocence"
(CD 2007 / Peaceville Records)
Zachwycałem się wydawnictwem "The Dawn of..." będącym wizytówką GALLHAMMER, a jednocześnie przedsmakiem debiutu dla zacnej nadzwyczaj firmy Peaceville Records i nie inaczej będzie z "Ill Innocence". Japonki uwolniły z siebie wszystko to, co im w sercach gra, tak więc ich nowy album to prawdziwa prezentacja fascynacji, umiejętności i pomysłów Vivian Slaughter, Miki Penetrator i Risy Reaper opatrzona prawdziwie undergroundowym necro-soundem. Brud, obskurność i nawet drobne potknięcia nie przeszkadzają jednak w obcowaniu z kompletnie poje*aną mieszanką HELLHAMMER, punka, crust, sludge-core'a, black metalu i doom metalu. Właściwie każdy numer na płycie jest z innej beczki, a jednocześnie dzięki temu swoistemu klimatowi od razu da się wyczuć, że gra to jeden zespół. Wgniatający w ziemię, grobowy "At the Onset of the Age of Despair" na początek, a potem kolejno: prawie blackmetalowy "Speed of Blood", zeschizowany "Delirium Daydream", punkowy "Ripper in the Gloom", hellhammerowski "Killed By the Queen", doom'owy "Song of Fall", psychodeliczny "World To Be Ashes", sludge'owy "SLOG" i wreszcie minimalistyczny, funeralny "Long Scary Dream" - te trzy szalone dziewczyny naprawdę pokazują na co je stać. Nie są mistrzyniami swoich instrumentów, muzyka bazuje na prostych, wręcz archaicznych riffach gitar, przesterowanym basie i perkusyjnym chaosie (ha, pozory mylą), ale jest w tym taki oldskulowy urok, który skłoni do wzruszeń nawet największych twardzieli. GALLHAMMER to cholernie spontaniczny i cholernie szczery twór, który nie potrzebuje żadnych studyjnych bajerów, klawiszy czy sampli dla uatrakcyjnienia uzyskanej przez siebie formuły. Żeńskie wokale są, ale nie uświadczycie tu zwyczajnego śpiewu, a nawet prób przypodobania się publice przyzwyczajonej do wypolerowanych produkcji z pop metalem. Dziewczyny wrzeszczą, growlują, skrzeczą, piszczą, wydają z siebie nieludzkie dźwięki - to zdecydowanie nie spodoba się sympatykom symfonicznego, melodyjnego grania. Również za to cenię sobie GALLHAMMER i "Ill Innocence". Ten żeński tercet nie potrzebuje poklasku, stu tysięcy sprzedanych egzemplarzy ich płyt, tras koncertowych w towarzystwie DIMMU BORGIR, fanów NIGHTWISH i w ogóle biznesu muzycznego. Jedna z nielicznych naprawdę undergroundowych formacji. Dla mnie album 2007 roku i ch*j mnie obchodzi co pomyślą sobie inni.
ocena: 10/10
www.peaceville.com
www.gallhammer.com
www.myspace.com/ghammercrust
autor: Diovis


GUTWORM - "Disfigured Narcissus"
(CD 2007 / Anticulture Records & Mystic Production)
GUTWORM podobno gra hybrydę death metalu i metal-core'a. Brzmi dość mało zachęcająco, prawda? W rzeczywistości nie jest aż tak źle, bo mimo wszystko bliżej tym Anglikom do "śmiertelnej" odmiany metalu i ciężkiego core'owego gra w stylu CROWBAR aniżeli do wszystkich tych klonujących siebie wzajemnie kapelek. Jasne, gdyby się uprzeć, to GUTWORM używa podobnych patentów i motoryki co na wielu powstających obecnie płytach z metal-core'm, ale nie nagrali przy tym płyty przewrzeszczanej przez wokalistę, bez wyraźnych linii melodycznych, a po której tak naprawdę kompletnie nic nie pozostaje w pamięci. "Disfigured Narcissus" zawiera naprawdę brutalne fragmenty, nie brakuje blastów, dziwnych riffów i specyficznych "cannibal'owskich" melodii. Słychać, że na swoim drugim albumie GUTWORM stara się mieszać różne wpływy i wychodzić poza schematy agresywnego grania. Zarówno fani PANTERY, MASTODON, nowszego ENTOMBED i wspomnianego już CROWBAR, jak również amerykańskiego death metalu znajdą tu coś dla siebie. Może i nie jest to jakoś specjalnie wyróżniające się wydawnictwo, ale jest nadzieja, że Angole w przyszłości jeszcze bardziej się rozwiną i Zjednoczone Królestwo będzie miało się czym pochwalić. Takim znakiem, by potraktować ich już teraz bardziej poważnie są takie numery, jak szybki, bogaty w gitarowe smaczki i zapadający w pamięć "Omniscient Dreams", diabelnie ciężki "Imperfect Harmony" i przypominający dokonania naszej TRAUMY "Scrape the Blood". Najsłabsze momenty to przydługawe instrumentalne intro i outro, które nie wnoszą nic do całości i śmiało można je pominąć podczas zapoznawania się z "Disfigured Narcissus", a do tego trzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do nieco drażniącej maniery wokalisty. Ale ogółem jest obiecująco.
ocena: 7/10
www.anticulture.co.uk
www.gutworm.com
www.myspace.com/gutworm
autor: Diovis


GORESOERD - "Goremarket Mid-Prices"
(CD 2007 / Nailboard Records)
Ten album powinien zostać opatrzony stosownym podtytułem lub chociażby etykietką na opakowaniu: "ortodoksyjnym metalowcom mówimy nie!" :D GORESOERD to taka estońska odpowiedź na naszego rodzimego CREMASTERa. Nie będziemy teraz rozstrzygać sporów na temat tego, kto był pierwszy czy kto jest bardziej oryginalny. Faktem jest, że obie kapele robią sobie jaja nie tylko z tych wszystkich poważnych metalowych kapel, ale mówiąc w skrócie, z wszystkiego. Jako ciekawostkę podam, iż muzykom nie przeszkadza fakt, iż sami udzielają się w innych poważnych projektach czy to death, grind czy black metalowych ;). Estończycy swoją formułę ubrali w dźwięki związane głównie z death metalem i grindem ubarwiając je dodatkowo rock 'n rollowym luzem w kroku :) Nie starają się jednak jak CREMASTER parodiować znane zespoły pod względem muzycznym, ale wolą przemycać akcenty prześmiewcze w samych lirykach. Te są mniej lub bardziej wybitne, lecz jakkolwiek by one nie były zidiociałe, to jednak w pewien sposób ukazują smutną prawdę o nas samych ("Goremarket Mid-Prices"). Fajnie, bo panowie poruszają się też śmiało po tematach objętych społecznym tabu i widać, że wszystkich i wszystko mają gdzieś - dla nich liczy się przede wszystkim dobra zabawa! Najfajniejszą z tych wszystkich rzeczy okazuję się jednak muzyka - tak śmiałego połączenia różniastych gatunków nie słyszałem już dawno. Dodatkowo debiutancki krążek Estończyków powstał w, jak zresztą słychać, profesjonalnym studio, co należy także zaliczyć w poczet plusów. W zasadzie mało co mnie może już zdziwić w tym temacie, ale panowie mają swój pomysł by rozruszać te nieco zastaną scenę i ja się za nimi właśnie dlatego wstawię. Estoński kwintet wie doskonale jak trafić do słuchacza, starają się grać z werwą, a ta ich niepospolita mieszanka stylów dodaje tylko smaczku i aż dziw bierze, z jaką łatwością potrafią po profesjonalnej grindowej masakrze ("IBM (Interrogated, Brutally Mutilated)") odnaleźć się w hard rockowym stylu ("Three of Us"), a nawet country ("Poprock Cowboy")!!! Oczywiście mam nadzieję, że się nie zrazicie przez to do tej kapeli, bo powiem wam szczerze, że nie ma się czego bać. Lepsze takie 'inne' granie niż kolejna bezpłciowa produkcja, która nie wnosi zupełnie nic nowego do muzyki. W tym wypadku macie przynajmniej gwarantowaną dobrą zabawę. A tak zupełnie na marginesie: kto jest za splitem CREMASTER i GORESOERD, hę? :)
ocena: 7,5/10
www.goresoerd.net
www.nailboard.org
autor: kaReL


GRAYCEON - "Grayceon"
(CD 2007 / Vendlus Records & Foreshadow Productions)
GRAYCEON zabiera nas na wycieczkę szczególną. Trudną do nakreślenia, zdefiniowania czy przewidzenia. Bo też ten zespół powołany do życia przez muzyków AMBER ASYLUM (Jackie Perez Gratz) oraz WALKEN (Max Doyle i Zack Farwell) nie daje się umieścić w konkretnej szufladce. Przy użyciu skromnego instrumentarium składającego się z gitary, perkusji, wiolonczeli i głosów porusza się gdzieś między neoklasyczną muzyką, rockiem progresywnym rodem z lat 70-ych i... thrash metalem. Ze względu na używaną tutaj często i gęsto wiolonczelę nie unikną oczywiście porównań do APOCALYPTIKI (ale do kogo ich w końcu porównać, prawda?), ale GRAYCEON to nade wszystko insza inszość, choć i oni używają czasem klasycznych wręcz harmonii, które objawiają się między innymi we współbrzmiących ze sobą żeńskim i męskim głosie oraz wiolonczeli i gitarze. Całość brzmi jak dopracowany jam session, instrumenty brzmią prawie tak jak w sali prób, nie ma żadnego studyjnego udziwniania, nakładania na siebie wielu ścieżek tego samego instrumentu, dzięki czemu sound jest bardzo "żywy", organiczny i naturalny. Sporo tutaj elementów improwizacji, co wynika z naszkicowania głównego tematu, z którego wyłaniają się co rusz nowe wątki. W ten sposób tworzy mało który ze współczesnych zespołów, co zbliża GRAYCEON do tuzów progresywnego grania z lat 70-ych. Dla wielu zda się to bardzo staroświeckie, a nawet archaiczne, jednak paradoksalnie jest w tym jakiś specyficzny urok i progresywność. Zresztą cała płyta złożona z trzech długich i jednego krótszego utworu może się wydawać dla ucha przyzwyczajonego do nowoczesnych form muzycznych i brzmień trochę nudna, monotonna i nie do końca zrozumiała. Ja też z początku miałem dość mieszane wrażenia, bo jakoś gryzły się ze sobą na tej płycie określenie "progresja" z używanym przez muzyków GRAYCEON "językiem" grania. Ale właśnie w tym zderzeniu niemodnych, improwizowanych brzmień z odważnymi w gruncie rzeczy pomysłami jest siła tej płyty. Trzeba się w nią wgryźć, usłyszeć w niej coś więcej niż tylko czasem kojącą, a czasem wściekłą i agresywną muzykę. Koneserzy pokręconej muzy będą mieli całkiem ciekawe zadanie na długie jesienne i zimowe wieczory.
ocena: 8/10
www.grayceon.com
www.vendlus.com
www.myspace.com/grayceon
www.foreshadow.pl
autor: Diovis


GALLHAMMER - "The Dawn of..."
(CD + DVD 2007 / Peaceville Records)
Japonia nie może się poszczycić szczególnymi dokonaniami w świecie metalu. Kilka coś tam znaczących kapel chwały nie przynosi skośnookim wojownikom, którzy chyba wolą rajcować się zespołami z Europy i ze Stanów, często zdradzając przy tym swój nieco dziwny gust. Jedna nowa jaskółka wiosny nie czyni, ale jestem pod przemożnym wrażeniem działającego od czterech lat GALLHAMMER'a. Ten w pełni żeński (!) band odnalazł w sobie oldskulowego, bardzo podziemnego ducha i nie bawiąc się w tworzenie modnych rzeczy, łupią swoje archaiczne nuty aż miło. Już sama nazwa zespołu nasuwa to, z czym mniej więcej mamy do czynienia, bo trzy japońskie diablice oddają w ten sposób hołd kultowemu HELLHAMMER. A dodając do tego inklinacje do pisania numerów zawierających w sobie punkowo-crustowy spontan, blackmetalowy brud, apokaliptyczność doom metalu oraz odniesienia do bardzo wczesnego VOIVOD, mają u mnie wieeeelkiego plusa, bo takie wzorce są bardzo zacne. Prostota tych dźwięków jest wręcz rozbrajająca, a przy tym cholernie szczera. Zebrane na krążku audio nagrania pochodzące z prób i demo do przygotowywanego właśnie debiutu dla Peaceville Records robią wrażenie. Zwłaszcza, gdy skonfrontuje się je z tym, co przygotowano na drugim krążku DVD. Bo tutaj mamy całą esencję GALLHAMMER. Wychodzą trzy kobitki na scenę i po prostu grają. Górująca wzrostem basistka Vivian Slaughter po lewej, niższa od niej gitarzystka Mika Penetrator po prawej, a z tyłu, za zestawem perkusyjnym czarnowłosa Risa Reaper. W trójkę kreują obskurny, chorobliwy i apokaliptyczny klimat, którego wcale nie burzą eksplozje punkowych wręcz kawałków w rodzaju "Blind My Eyes". Najbardziej niesamowite jest jednak to, że oglądając ich występy i słuchając tego co grają mam wrażenie, jak by czas cofnął się gdzieś do drugiej połowy lat 80-ych. Żywioł, energia, prostota! Można by to określić jednym słowem - KULT! Na dysku znajduje się zapis aż sześciu koncertów z lat 2005-2006 (z niektórych mamy zapewne tylko fragmenty), które zagrały w Japonii i nawet jeśli większość z nich została sfilmowana amatorską kamerą, a dźwięk nie nokautuje perfekcją, to i tak dawno z taką uwagą nie oglądałem żadnych występów scenicznych na DVD. Te dziewczyny oddają się swojej pasji w stu procentach... co ja mówię?! w trzystu procentach! Wrzeszczą i growlują jak najęte na dwa wokale (w "Blind My Eyes" nawet na trzy, ale piski wydawane przez perkusistkę pominę może milczeniem) i katują swoje instrumenty, aż im ramiączka od staników spadają ;) Powaga! Zastanawia mnie tylko to, że na każdym z koncertów Vivian ma tego samego t-shirta CELTIC FROST, a Mika - AMEBIX. Ludzie, zrzućcie się na jakieś koszulki w rozmiarze "girlie" i wyślijcie im, to będą miały na zmianę ;)
Tak czy siak, ja już jestem fanem GALLHAMMER i to chyba pierwszy girlsband, który można pokochać za muzykę, a nie za wdzięki tworzących go pań.
ocena: 9/10
www.gallhammer.com
www.myspace.com/ghammercrust
www.peaceville.com
autor: Diovis


GRAVE - "As Rapture Comes"
(CD 2006 / Century Media Records)
Choć GRAVE był zawsze kapelą, którą stawiałem wysoko na piedestale w całokształcie szwedzkiej sceny i światowego death metalu w ogóle, po odejściu Jörgena Sandströma moje zainteresowanie nowymi dokonaniami Grobowca znacznie osłabło. Niespecjalnie udana płyta "Hating Life" nie utrafiła chyba zresztą w gusta wielu dotychczasowych zwolenników formacji, skoro przeszła praktycznie bez echa, a niedługo potem sama kapela postanowiła zwinąć żagle. Wynurzywszy się po kilku latach z niebytu, powróciła z nowym albumem zatytułowanym metaforycznie "Back From the Grave" i choć nie był on może jakimś specjalnym objawieniem w dyskografii zespołu, a co za tym idzie - powrotem w wielkim stylu, słychać było, że chłopaki starają się jakoś wyjść na prostą i przywrócić swojemu szyldowi uzyskane niegdyś uznanie i szacunek. Mały kroczek postępu zrobiony został także na kolejnym wydawnictwie, choć wyraźnie słyszalne było, że do poziomu klejnotów pokroju "Into the Grave" czy "You'll Never See..." płytce "Fiendish Regression" wiele jeszcze brakuje. Jako, że buńczuczne zapowiedzi kapel rekomendujących swoje przygotowywane do wydania materiały o rzekomej i najczęściej niespotykanej dotąd brutalności nowego stuffu nieczęsto mają stuprocentowe pokrycie, z pewną dozą sceptycyzmu odniosłem się także do deklaracji GRAVE, którego członkowie właśnie takowe w ostatnich miesiącach składali. Mając jednak na uwadze wytężoną pracę, jaką muzycy włożyli w ulepszenie swoich umiejętności, czemu wyraz dawała chociażby druga wydana po reaktywacji i wymieniona przed chwilą płyta, uznałem, że szansa na kolejną miłą niespodziankę jest bardzo duża i kierując się zasadą ryzyk - fizyk, postanowiłem świeżynkę "As Rapture Comes" dołączyć do długiej półki ze srebrnymi krążkami, nie spodziewając się nawet, że decyzja ta okaże się co najmniej niegłupia. Nowa płyta Grobu faktycznie jest brutalna, miażdżąca i ciężka niczym dupa zapaśnika sumo. Choć rozpoczynający ją "Burn" nie poraża może od samego początku szybkością galopującego tabunu mustangów, wystarczy odczekać chwil parę, aby następujący po nim "Through Eternity" porządnie przywalił w szczękę. Podobnie sprawa ma się z "By Demons Bred", który zaczynając się leniwym walcowatym wstępem, potrafi przeistoczyć się w pędzącą na oślep i opętaną żądzą zabijania bestię, która zmęczywszy się nieco powłóczy jakiś czas odnóżami, aby po jakimś czasie ponownie kąsać, szarpać i zachłystując się krwią rozrywać na strzępy każdego, kto wejdzie jej w paradę. Takim schematem określić właśnie można konstrukcję "As Rapture Comes" - wolne lub średnio szybkie fragmenty początkowe poszczególnych utworów przechodzą po chwili w zmasowany atak, po którym następuje krótkotrwałe zwolnienie i jatka rozpoczyna się na nowo. Mały wyjątek stanowi może "Battle of Eden", niemal od początku do końca utrzymany w tempie maszerujących złowrogo szwadronów śmierci, notabene jeden z moich faworytów. Zróżnicowanie materiału to kwestia niezwykle ważna, gdyż nawet w brutalnej rzezi wskazane są zwolnienia, a zagrane w sposób przemyślany i nie ślimaczące się niczym doomowe ponuractwa, potrafią tylko materiał urozmaicić. Death metal zresztą jako gatunek pozostający w swej klasycznej formule zaskorupiałym i niereformowalnym, nie posiada jakiegoś ściśle określonego szablonu, gdyż sam jego ekstremizm jest na tyle odczuwalny, że tempa nie odgrywają tu żadnej szczególnej roli, spójrzmy chociażby dla porównania na BOLT THROWER, KRISIUN, CRYPTOPSY czy IMMOLATION. Niby wszystkie z death metalowego tygla, ale różnice zauważyło by się momentalnie, prawda? Nie wiem, czy stwierdzenie moje wydaje się trafne, ale w przypadku GRAVE słychać też wyraźnie, iż trzymanie się wypracowanego szwedzkiego patentu "umpa - umpa" staje się dziś procederem mniej praktykowanym i czerpanie z innych wzorców także ma miejsce w twórczości tegoż zespołu, choć szwedzkie patenty, siłą rzeczy zapisane w umiejętnościach wyssanych z mlekiem matki, nie zanikają, rzecz jasna, całkowicie. To oczywiście tylko moja opinia, z którą co niektórzy mają prawo się nie zgodzić, ale ja osobiście takie wrażenie odnoszę. Inną ważną kwestią, której nie sposób pominąć jest oczywiście brzmienie krążka, które charakteryzuje się przytłaczającą głębią, nadając utworom odpowiednio dołującą i niepokojącą atmosferę. Wypada zaznaczyć, iż "As Rapture Comes" powstał właściwie w dwóch miejscach - muzykę nagrano z pomocą Petera Othberga w sztokholmskim Studio Soulless, rejestracją wokali zajął się zaś Peter Tägtgren w komnatach swojego Abyss. Dwóch Piotrusiów stanęło jednak na wysokości zadania, podobnie zresztą jak cały zespół, czego dowodem jest niniejszy zbiór wakacyjnych przebojów. Nie należy zapominać, iż na liście kompozycji znalazł się także cover, który nie jest, o dziwo, przeróbką żadnego metalowego klasyka, gdyż "Them Bones" pochodzi z repertuaru... ALICE IN CHAINS. Dokonania Alicji W Łańcuchach są mi jednak całkowicie nieznane, więc nie jestem nawet w stanie ocenić jak toto wyszło, ale dla mnie ma to akurat najmniejsze znaczenie, bo nawet i bez tego płytka nie straciłaby na wartości. Cieszy niezmiernie fakt, iż GRAVE złapał nareszcie w żagle pomyślny wiatr i zamiast dryfować ku przeciętności, nawet bez kompasu zacznie płynąć dobrym kursem. Wypada mieć nadzieję, że dla szwedzkiej sceny, a szczególnie dinozaurów Svenska Death Metalu nastały dobre czasy, gdyż z całkiem niezłym albumem zameldował się niedawno DISMEMBER, teraz GRAVE pokazał się od dobrej strony, kto zatem następny? Hmmm... Poczekamy, co też z kolei wysmyczy teraz UNLEASHED...
ocena: 8,5/10
www.grave.se
www.centurymedia.com
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz


GENERAL SURGERY - "Left Hand Pathology"
(CD 2006 / Listenable Records & Mystic Production)
GENERAL SURGERY nagrał swój pierwszy pełen album. Trudno uwierzyć, że to jedynka mając świadomość, że zespół powstał pod koniec 1988 roku. Dotychczas specjalizował się w nagrywaniu różnego rodzaju splitów. Na "Left Hand Pathology" jest bardzo krwiście, moi mili. Posoka płynie strumieniami. Kapela została powołana do życia lata temu w celu atakowania słuchaczy death/grindowym hałasem i cel ten kultywuje po dzień dzisiejszy. Na płycie znalazło się czternaście kompozycji old skulowego death/grindowego młócenia. Jest obleśnie, obskurnie i śmierdzi trupem, czyli wszystko w jak najlepszym porządku. Słuchając każdej z czternastu kompozycji GENERAL SURGERY mam wrażenie, jakbym dostawał ciosy w głowę tępym narzędziem. Jak na grindową szkołę przystało przekaz muzyki Szwedów jest bezpośredni, bez silenia się na dekorowanie muzyki specjalnymi dodatkami, czy wyszukanymi aranżacjami. Muzyka GENERAL SURGERY ma wybijać zęby i zostawiać rany tłuczone na człowieku. Muszę przyznać, że zamierzony skutek panowie osiągają w 100 %. Produkcja materiału nie budzi zastrzeżeń. Jest idealna dla tego typu twórczości. Polecam ten krążek wszystkim miłośnikom death/grindowego grania, szczególnie fanom CARCASS.
ocena: 8/10
www.generalsurgery.nu
www.listenable.net
www.mystic.com.pl
autor: Warzych


GOD AMONG INSECTS - "Zombienomicon"
(CD 2006 / Threeman Recordings)
Yes, yes, yes zakrzyczał premier Marcinkiewicz, gdy usłyszał przemiłe piosenki z "Zombienomicon". Poważnie! Podobno strasznie z bliźniakami się pokłócił. Wiadomo, oni wolą SLAYERA, a nie jakiś tam old skulowy death gore. Mówię Wam, Kaziu oszalał jak usłyszał ten stuff. Chodzą słuchy po mieście, że również większość członków Opus Dei tnie się podczas odsłuchu tej przyjaznej człowiekowi twórczości. Ojciec R. też ponoć nie oponuje i pozwala zabawiać się swym czarnym braciom przy akompaniamencie "Zombienomicon". Myślą chłopaki, że Amerykę odkryli. Co oni tam wiedzą o dobrej muzyce i zabawie. Tylko prawdziwy metalowiec jest w stanie docenić to, co znalazło się na najnowszej płycie GOD AMONG INSECTS, a jest się nad czym zachwycać. Jaki feeling!!! Dźwięki z tej płyty po prostu się chłonie. Nie słucha, a chłonie każdym kawałkiem ludzkiego mięcha i członka. Wspaniałe małżeństwo amerykańskiej i szwedzkiej szkoły grania pierwszych lat ubiegłej dekady!!! Żadnych popłuczyn, czy pseudo żartów. Żywy, autentyczny, bezpośredni przekaz na najwyższym artystycznym poziomie. Kwintesencja tego, co w old skulowym graniu najlepsze! Niewielu potrafi dziś oddać sens takiego grania. Dżentelmeni z GOD AMONG INSECTS potrafią zrobić to znakomicie. Album posiada piękne, masywne, brudne brzmienie walące po plapie jak Żelazny Majk za czasów swej świetności. Marzę o tym, by zobaczyć chłopaków w akcji. Już dziś wiem, że jeżeli będzie mi to dane, odpalę taki headbanging, że moja głowa potoczy się po podłodze i będzie gryzła po członkach wszystkich sztywniaków nie machających banią wraz ze mną. Nie można zostać obojętnym wobec TAKIEJ twórczości!!! Jeżeli pan Kaziu wypruwa sobie bebechy przy piosenkach z "Zombienomicon", to myślę, że i Wy również tak uczynicie. Mam nadzieję, że nie będę zmuszony się za Was wstydzić przed panem premierem... Ja tam jadę do Kazia na imprezę. Podobno jakieś fajne foczki mają być ... Dla pań tez jakiś zdrowy samiec się znajdzie... To jak, jedziecie??? Warunek jest jeden. Bez tego cedesa wstęp wzbroniony. Musicie już dziś zamówić ten sympatyczny album. Niespodziankę stanowi skład personalny tego morderczego kwartetu... To jak, jedziemy razem do Kazika???
ocena: 8,69/10
www.godamonginsects.se
www.threeman.net
autor: Warzych


GORELORD - "Norwegian Chainsaw Massacre (The Final Cut)"
(CD 2006 / Coffin Records)
Zapomnijcie kto tam pogrywa i choćby nie wiem jak gwiazdorski byłby skład - skupcie się tylko na muzyce! Trudne, prawda? No ale co począć? GORELORD uderza z nowym albumem i chcąc nie chcąc trzeba ów fakt zaakceptować. Wymowny tytuł bezczelnie nawiązuje do klasycznych już horrorów, a sama muza to jak zwykle najwyższych lotów death/gore/grind mogący być kojarzony chociażby z ROTTEN SOUND, HEADMEAT, INHUMATE, ale też i z nieśpieszną twórczością ABSCESS czy instrumentalną gęstwiną spod znaku SLIPKNOT. Pełno na "Norwegian Chainsaw Massacre" krwistych plam, odrąbanych kończyn oraz niepohamowanej nienawiści, którą płyta wprost ocieka. Od typowych nadświetlnych "Dying Or Dreaming" lub "Sprayed With Gasoline" zespół przechodzi płynnie w majestatyczne i prymitywne zgniatarki, jak trzyminutowy "Man of Shit", który od połowy staje się progresywnym zlepkiem chorych riffów i dziwnych samplerskich sztuczek. Rozpiżdzający wszystko wokół jest pięcio i pół minutowy hymn "Glorification Of Violance", w którym gitary łapią totalny dół, a wokaliści rzygają na potęgę całym dostępnym arsenałem charkotów, prosiaków, growli, skrzeków i co tam jeszcze w przyborniku metalowego krzykacza jest. Nie brak na płycie prawdziwych hiciorów - takim z pewnością jest "Hammered", prosty i chwytliwy numer, który wypatroszy każdego, podobnie jak jego poprzednik, czyli "Deathbreed" pełen skocznych riffów zachęcających wszystkich do udziału w szaleńczym rytuale mordu. Idealne brzmienie (to zasługa aż pięciu studiów nagraniowych!), jak również wyważone proporcje pomiędzy brutalnością oraz tym, co można by określić mianem "groove" powodują, że płyty słucha się bez większych zgrzytów, ale też i bez jakiegoś przesadnego podniecenia. To po prostu wzorcowy album dla zwolenników takich właśnie chorych klimatów z horrorystyczną otoczką...
ocena: 7,5/10
www.home.no/gorelord
autor: kaReL


GORILLA MONSOON - "Damage King"
(CD 2006 / Armageddon Music & Mystic Production)
Gorilla Monsoon to pseudonim jednego z legendarnych amerykańskich wrestlerów. GORILLA MONSOON to również nazwa niemieckiej kapeli parającej się ciężkim graniem powstałym w oparach zioła. Może to oznaczać tylko jedno: grają cholernie ciężko, wręcz transowo, ale potrafią też nieźle rozbujać. Takie dźwięki powinny być u nas popularniejsze, ale cóż, u nas nawet CORRUPTION jest odbierane jakoś tak nijako. Dlatego nie wróżę kariery niemieckim "Gorylom" w naszym kraju. A nie można powiedzieć, by ich debiutancki pełnograj, "Damage King", był jakimś przeciętnym wydawnictwem, bo ma w sobie pomysły, które, owszem, wywodzą się w prostej linii od kapel pokroju BLACK SABBATH, CATHEDRAL i KYUSS, ale wszystko jest zrobione z klasą i smakiem. Diabelnie ciężkie riffy, przestery, sprzężenia, mocne uderzenia bębnów, bulgoczący bas, pozornie obojętny głos wokalisty, czasem jakiś psychodeliczny smaczek, a gdzieniegdzie wręcz apokaliptyczne, doom'owe zagrywki. Do tego można jeszcze dodać bujającą rytmikę większości utworów, a nie brakuje też specyficznych melodii, które można zanucić przy lufie lub/i butelczynie czegoś mocniejszego. Może pod koniec płyta trochę nuży i brakuje tej świeżości pierwszych kilku numerów, ale generalnie poziom jest utrzymany w normie i jeśli komuś z Czytelników podobają się dokonania kapel z kręgu stoner rocka, hard rocka czy nawet doom metalu, to kasa wydana na krążek stworzony przez czterech Germańców powinna być inwestycją udaną. Szczególną uwagę zwracam na numery "Delay Priest", "Down Song", "Death Revelation" i "Heavier Than Europe".
ocena: 6,5/10
www.armageddonmusic.de
autor: Diovis


GRAVEN - "The Shadows Eternal Call"
(CD 2005 / Undercover Records)
Wreszcie jakiś przyzwoicie brzmiący black metal! Nawet nie wiecie jaka to ulga móc wreszcie posłuchać czegoś bez zbędnego dudnienia, pogłosu, trzasków i innych takich "wynalazków" epoki nekro-brzmienia. GRAVEN całkiem nieźle sobie poczyna na rodzimej, czyli niemieckiej scenie metalowej. "The Shadows Eternal Call" to kolejna płyta naszych zachodnich sąsiadów, na której moje uszy się nie zawiodły. Wcześniej usidlił mnie już będący przedłużeniem żywota BATHORY - MORRIGAN, nie rozczarowałem się też przy dźwiękach HELRUNAR i tym bardziej jestem rad z pracy jaką na swojej ostatniej płycie wykonała trójka muzyków GRAVEN. Przepisowy chłodek na samym początku sprawnie przenosi nas w TE klimaty, gdzie niepodzielnie króluje mroźny, stosownie odhumanizowany, ale jednocześnie zjadliwy nawet dla początkujących adeptów czarnego rzemiosła black metal. Nie chcę tymi słowami zrazić do Niemiaszków wszelkich prawdziwków, a zaznaczyć tylko, że jeżeli ktoś potrafił zaakceptować dojrzałe oblicze IMMORTAL, ten z pewnością nie powinien bać się konfrontacji z muzyką GRAVEN. To zadziwiające, że tak ciekawą otoczkę zdołali wytworzyć wyłącznie przy użyciu konwencjonalnego instrumentarium, bez jakiegoś nadęcia i pompatycznego klawisza. Potraficie sobie wyobrazić 'At The Heart Of Winter" bez klawisza? Jeżeli tak, to już wiecie jak brzmiałaby ta płyta w pełnym blackmetalowym rynsztunku. Oczywiście nie jest to totalna zrzynka, bo GRAVEN gra zdecydowanie szybciej, ale wsłuchując się w melodie (nie znających pojęcia odsyłam do pierwszego lepszego słownika) generowaną wyłącznie przez gitarę w "Lords of the Winter" czy w te majestatyczne pochody w "Swarm of the Night" dyktowane przez perkmana trudno nie mieć skojarzeń z twórczością akurat tej legendarnej kapeli. Żeby jednak nie był tak tradycyjnie, to pod koniec GRAVEN postanowił złożyć należyty hołd starej szkole thrash metalu. "The Presence of Death", bo o nim mowa, śmiga zadziornie do przodu, utwór aż prosi się o szaleńcze pogo, które byłoby jego dopełnieniem. Niby nic wielkiego, ale fajnie, że zespół pamięta o gatunku, z którego Niemcy niegdyś słynęły. Choć ten kawałek jest zaprzeczeniem tego co wcześniej pisałem, m.in. tych moich nieudolnych porównań, to warto na niego czekać - czysta zajebioza! W black metalu niewiele już pozostało zamkniętych furtek, a GRAVEN zaledwie przekroczył już te dawno pootwierane. Uczynił to jednak z klasą, a jego kolejne "wejście" świadczy nie tylko o dobrym guście ludzi z Undercover, ale też dobrze rokuje na przyszłość, choć wiadomo, że po takich zespołach nie należy się spodziewać rewolucji. W zasadzie mógłby być nawet podobnie skonstruowany - nie długi, nie krótki a w sam raz...
ocena: 7,5/10
alex@undercover-records.de
www.undercover-records.de
www.graven-horde.de
autor: kaReL


GREY - "The First Shade of..."
(CD 2005 / Avantgarde Music)
Całkiem sporą niespodzianką okazał się bliżej mi nie znany GREY. Z pozoru doommetalowa nazwa, dopiero po odpaleniu krążka nabrała wyrazistszych kształtów. A te okazały się zgoła odmienne niż przypuszczałem. Nie miałem ochoty na wsłuchiwanie się w dźwięki dla sfrustrowanych maksymalnie desperatów (hej, kolego, obrażasz Naczelnego, hehe, który bynajmniej nie należy do desperatów, a często sięga po doom metal - dop. Diovis), więc po części zostałem usatysfakcjonowany muzyką na debiutanckim "The First Shade of...". Oczywiście, jak już zdążyliście się przekonać, nie jest to typowe doommetalowe smucenie, chociaż pewne znaczące elementy tej stylistyki poupychane są w tych utworach. Doommetalowy black metal? Co wy na to? Wiem, brzmi to co najmniej dziwnie, ale uwierzcie, że ciężko mi znaleźć bardziej adekwatne określenie. Po ambientalnym intro w postaci "I" (w sumie są tu trzy takie przerywniki), wkraczają pierwsze riffy "Leaving This Place Once Again", a te z kolei przywołują skojarzenia z KATATONIA. Wrażenie to jednak mija jeszcze szybciej niż się pojawiło i już po paru sekundach dźwięki stają się gęstsze, mocniejsze, wokalista stara się wzorować na ochrypłym, blackmetalowym skrzeku. Zapomnijcie jednak o drastycznych zwrotach, a tym bardziej o gwałtownych przyspieszeniach. Cały album utrzymany jest w nie dość, że w ślimaczych tempach, to jeszcze w atmosferze piekielnej obskurności. OPETH'owym akustykiem rozpoczyna się "I Speak Fluent Evil", a gdy do głosu dochodzą te horrendalne wokale po raz kolejny zastanawiam się, czy jest to black metal z doommetalowym feelingiem, czy może doom metal z lekkim blackmetalowym powiewem... Chyba jednak nigdy nie dojdę do tego, jak to naprawdę z nimi jest, od czego się zaczęło, co chcieli grać i dlaczego nie zdecydowali się na jeden, konkretny rodzaj muzy. Płyta kręci się od dłuższego czasu, a ja raz za razem mam dylemat, bowiem iście blackmetalowo rozpędza się "Hidden Behind Your Sufferings", ale tylko po to, by po chwili wchłonąć nas pod gitarową prasę, miażdżącą nas powolnym i nieźle zakręconym riffowaniem. Muza nieprzystępna, dość minimalistycznie nakreślona, w zasadzie tylko dla zatwardziałych zwolenników obu wspomnianych stylistyk, w przeciwnym razie nie ręczę za szkody poczynione tymi dźwiękami na umyśle. Tak sobie myślę, że całkiem blisko im do pierwszych materiałów HOLY DEATH, które również w głównej mierze opierały się na takim ascetycznym, strasznie ślamazarnym i jednocześnie diabelskim graniu... Tak w ramach ciekawostek - zespół dziękuje innej kapeli, doom'owcom z DOLORIAN za ich album "When All the Laughter Has Gone" - nie wiem dlaczego (pewnie ich w jakiś sposób zainspirował), ale mnie w tym momencie także nie jest do śmiechu! Taka reakcja jest zwyczajnie niemożliwa przy tego rodzaju dźwiękach.
ocena: 7/10
www.avantgardemusic.com
autor: kaReL


GOREFEST - "La Muerte"
(CD 2005 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)
Holender! To, że zaczynam od takiego słowa wcale nie jest zrządzeniem przypadku. O tym, że GOREFEST podźwignął się z grobu dowiedziałem się już pod koniec zeszłego roku i choć wszelakie media zapewniały o rzekomym powrocie do korzennych czasów twórczości ekipy z Eindhoven, nie bardzo wierzyłem, aby grupa mogła jeszcze zaskoczyć zwolenników "Mindloss" czy potężnego "False", nagrywając album dorównujący stylistycznie tym dwom najmocniejszym i chyba najbardziej cenionym pozycjom z jej dyskografii. Na zachętę dostałem jednak od kapeli prezent w postaci całkiem fajnego występu na tegorocznym Wacken, który mojego apetytu ani nie stępił, ani też specjalnie nie zaostrzył, aczkolwiek skupienie się na utworach z trzech pierwszych wydawnictw, spośród których przeważały oczywiście te z wyżej wymienionych płyt, mogło dawać do myślenia, że po dwóch ostatnich, dużo lżejszych stylistycznie i brzmieniowo produkcjach, a co za tym idzie - kilkuletnim rozbracie z działalnością, zespół jest pełen werwy i potrzebuje na nowo kopa, chcąc zdrowo zamieszać w metalowym audytorium. Chłopcom wprawdzie przybyło latek, co niektórym ubyło włosów, jednakże stykając się koniec końców z ich najnowszą wydawniczą propozycją, której tytuł oznacza w języku hiszpańskim śmierć lub coś w tym sensie, odniosłem wrażenie, że do emerytury jeszcze dosyć daleko, a do śmierci tym bardziej. Ci, którzy postawili na nich krzyżyk jeszcze w ostatnich latach "przedśmiertnej" działalności, powinni być chociaż lekko uśmiechnięci, gdyż powracający GOREFEST solidnie wziął się w garść i podpisując ponownie papiery z Nuclear Blast nagrał materiał, który jeśli nie zrobi przesadnej furory, to na pewno trafi w gusta wszystkich, którzy przywykli do tego, czym charakteryzował się niegdysiejszy styl zespołu, gdzie masakrująco szybkie tempa przechodzić potrafiły w rytmy miażdżące i walcowate lub na odwrót. Osobiście wyłapuję mnóstwo podobieństw do "False", gdyż kawałków kojarzących się z "dwójką" nie brakuje - wystarczy tylko nadmienić, że taki chociażby "Man To Fall" bardzo przypomina "The Glorious Dead", początkowe riffy "Rogue State" zalatują lekko fragmentem "From Ignorance...", "Of Death And Chaos" natomiast "smakuje" prawie jak "State Of Mind". "Till Fingers Bleed" przywołuje wprawdzie skojarzenia po części z "Tangled In Gore" i "Horrors In Retarded Mind" reprezentujących "Mindloss", ale skoro zaznaczałem na początku, że i debiut należy do najbardziej uznawanych dzieł Goreografii, nawiązanie to wydaje mi się jak najbardziej trafione. Nie myślcie jednak, że ekipa Jana Chrisa de Koeyera w bezmyślny sposób skopiowała stare patenty, myśląc, że idąc na łatwiznę ponownie zostanie wyniesiona na piedestał. Nawiązanie - jak najbardziej, kopiowanie - nic z tych rzeczy. Kto wsłucha się dokładnie w zawartość "La Muerte", doszuka się pewnie i cech płyt późniejszych, aczkolwiek te, w połączeniu ze wspomnianymi przed chwilą tworzą coś w rodzaju wieloskładnikowej mikstury. Niektóre fragmenty może brzmią nieco rock'n'rollowo, ale urozmaicenia w końcu też są mile widziane. Może nie przez wszystkich, ale przynajmniej przez jakąś grupę. Solą stanowiącą o smaku ostatniego longa GOREFEST jest jednak brzmienie. Hans Pieters, znany chociażby ze współpracy z SINISTER, zasiadając za konsoletą Excess Studio naprawdę stanął na wysokości zadania, nadając "La Muerte" klarowny i wybijający zęby sound. Myślę, że najnowsza oferta Holendrów powinna usatysfakcjonować zarówno zwolenników starszych, jak i nowszych dokonań GOREFEST, gdyż poskładanie wszystkich poznanych już wcześniej gitarowych patentów w zgrabną całość, z dominującym smakiem przypraw "korzennych", powoduje, że muzykę albumu konsumuje się ze smakiem. GOREFEST zdał sobie sprawę z jaką sceną zawsze był i powinien być kojarzony, więc należy tylko trzymać kciuki, aby tak pozostało.
ocena: 10/10
www.nuclearblast.de
www.gorefest.nl
autor: Mikołaj "Manstein" Kunz


GORELORD / WURDULAK - "Drunk, Damned & Decayed"
(DVD 2005 / Red Stream & Pagan Records)
Można było się spodziewać, że któregoś dnia nie tylko Killjoy i NECROPHAGIA doczekają się DVD, ale także ich "partnerzy w zbrodni" z rozlicznych projektów, w których macza palce charyzmatyczny lider "Zjadaczy Trupów". I tak też się stało, oto bowiem ukazał się dysk bardzo specjalny, na którym zebrano nie tylko muzykę dwóch spokrewnionych ze sobą bandów. Ale po kolei... Po wybraniu opcji GORELORD na początek możemy obejrzeć dwa video clipy: "The Stench of Flesh Decomposing" oraz "Butcher Bob". Ten drugi ma nawet horrorystyczną oprawę i fabułę, co ma swoje rozwinięcie w innej części DVD i o tym opowiem za chwil kilka. Z kolei WURDULAK przygotował również dwa clipy: "Sin Eater" (trochę głupawy i epatujący farbą na ścianie, hłehłe) oraz "Severed Eyes of Possession", będący zlepkiem różnych obrazków, w tym nudnymi zbliżeniami kamery na wkładkę do płyty rzeczonego WURDULAK'a. Ciekawsze rzeczy dzieją się w tak zwanych dodatkach. Mamy na przykład film obrazujący pracę nad debiutem "Ceremony In Flames" w norweskim studiu w marcu 2001 roku i drugi, z kolejnego roku, gdy nagrywano "The Severed Eyes of Possession". Humory panom dopisywały (a warto w tym miejscu wspomnieć, że w skład tej supergrupy wchodzą/wchodzili Killjoy, Frediablo, Ihizahg, Iscariah, Fug, Maniac i Jehmod, czyli persony znane ze składów IMMORTAL, NECROPHAGIA, MAYHEM, GORELORD i kilku innych), więc poza obrazkami z sesji mamy różne ciekawe ujęcia, a już szczególnie ubawić się można, gdy Maniac śpiewa jakiś jazzowy kawałek przy akompaniamencie pianina i gitary akustycznej. Co dalej? Dużo wygłupów w norweskich barach i na różnych domowych imprezkach, czasem mało zrozumiałych (klienci wrzeszczący i szepczący ze zgrozą "Ola Foss"), a czasem po prostu zabawnych (pijany i śpiący Iscariah, Killjoy jako hairdresser). Potem wyjaśnia się, że ojcem Frediablo jest znany w Norwegii szansonista Bjorn Prytz i mamy obrazki ze spotkania Killjoya z tym starszym już gościem. Szczytem głupoty (lub surrealizmu - jak kto woli) jest filmik "Kuk a Las Vegas", w którym Killjoy i Frediablo obsesyjnie wręcz poruszają tematy związane z męskim członkiem (hehe), a ich ulubionym zajęciem jest trzepanie kapucyna przy horrorach. Prawdziwym rarytasem jest natomiast zrealizowany w 1999 roku krótki horror "Butcher Bob", z którego fragmentów złożono później video do utworu WURDULAK'a (czyli solowego projektu Frediablo). Trzeba przyznać, że jak na niskobudżetową produkcję zrobiono nadzwyczaj ciekawy obraz, w którym krew leje się często i gęsto, a wymyślne sposoby zadawania śmierci przez Rzeźnika Boba i jeszcze jednego kolesia przypominają horrory klasy B. O samej fabule nie będę opowiadał, bo zanudzilibyście się czytając recenzję, a potem nie byłoby przyjemności bycia zaskoczonym o co chodzi w tym krótkim filmie. Dodatkowo mamy jeszcze na DVD galerię zdjęć, trailery DVD NECROPHAGII, ujęcia z sesji zdjęciowej i kilka innych drobiazgów. W sumie dobrze ponad 2 godziny oglądania, jakość różna (w niektórych ujęciach amatorskie użycie kamery wychodzi niestety na niekorzyść), ale dla wszystkich fanów Killjoy'a, GORELORD, WURDULAK i tym podobnych klimatów gratka jest to niezwykła.
ocena: 8/10
www.redstream.org
autor: Diovis


GIZMACHI - "The Imbuing"
(CD 2005 / Mayan Records/Sanctuary & Mystic Production)
Z przykrością stwierdzam, że przemysł muzyczny sięga swoimi obleśnymi mackami również po cięższe dźwięki. Roadrunner inwestował w masę nu-metalowych badziewi, Metal Blade uporczywie karmi fanów metal-core'm, a tak zacna w sumie firma, jak Sanctuary wydaje na terenie Europy debiut amerykańskiego GIZMACHI. Grupę odkrył Clown (lub jak kto woli #6) ze SLIPKNOT i nic dziwnego, że dokonania jego podopiecznych plasują się gdzieś w okolicy nu-tone'owego grania. Pierwszy na płycie (notabene najciekawszy moim zdaniem) "The Answer" zaczyna się jak jeden z utworów nieodżałowanego ALICE IN CHAINS, by dalej uderzyć już graniem gdzieś z pogranicza DEFTONES i SLIPKNOT. To ta sama estetyka łączenia melodyjnych wokali z wrzaskami, a wszystko to przy akompaniamencie nisko nastrojonych gitar i łupającej nu-metalowe rytmy perkusji. Owszem, są na "The Imbuing" przebłyski, które mogą się spodobać nawet fanom bardziej ekstremalnych dźwięków, ale summa summarum całość jest tak "politycznie poprawna", że może z czasem zemdlić. Tym bardziej, że większość numerów trwa ponad 5 minut i tak naprawdę nie odstają one od norm ciężkiego, rockowego grania, jakie przeżywa teraz w Stanach swój renesans. I cały czas pojawiają się przy słuchaniu skojarzenia ze wspomnianym już SLIPKNOT. Na całe szczęście GIZMACHI nie bawi się w nadużywanie sampli i inne modne, komercyjne zagrywki. Niestety, wokale chwilami słodzą i nadają się do zagrania w MTV dla zilustrowania jakichś pokazów skateboardingu, ale wiadomo - Amerykanie myślą innymi kategoriami i pośród setek tysięcy potencjalnych fanów ostrzejszego grania znajdą się adoratorzy kolejnego "twardego" bandu z image'm bardziej pasującym do punkowego składu. Pomijając już jednak aspekty czysto estetyczne i komercyjne, da się "The Imbuing" posłuchać ze dwa-trzy razy. Potem już mało kto będzie pamiętał o tym zespole i o tej płycie. No chyba, że zdarzy się cud i GIZMACHI stanie się jedno-, dwu- lub trzysezonową gwiazdką...
ocena: 6/10
autor: Diovis
www.gizmachi.net


GODLESS TRUTH - "Desperation"
(CD 1998 / Deadsun Records)
Nie wiem jaki ma sens podsyłanie do recenzji wydanego w 1998 roku krążka, do tego już dawno wyprzedanego. Ale powiedzmy, że nie będę się zastanawiał nad motywami tej "zbrodni" ze strony francuskiej Deadsun Records i podam kilka faktów na temat tej płyty. GODLESS TRUTH to kapela z sąsiadujących z nami Czech, powstała jeszcze w pierwszej połowie ostatniej dekady ostatniego stulecia, a swoje pierwsze oficjalne nagrania datuje na 1995 rok. I z tej chyba sesji pochodzi gro materiału zawartego na "Desperation". Poza tym, że brzmią jakoś tak kulawo (chociaż nagrań dokonano w jednym z lepszych w owym czasie czeskich studiów nagraniowych, Barbarell), to prezentują się całkiem ciekawie. Może pomysły na początek utworów powielają się, a i w samych kawałkach dzieje się niewiele, ale wiedząc, że to były początki tej pepickiej brygady idzie im to wybaczyć. Porażką jest jednak umieszczenie trzech tych samych utworów po sobie (tytułów nie znam, bo wydawca zapomniał o tym, a nigdzie nie mogłem tego znaleźć). Jak na moje ucho, te trzy wersje nie różnią się nawet od siebie (!). A ten numer brzmi ciekawie, i jak większość pozostałych, brzmi jak bardziej ubogi krewny DEATH. Dwa bonusowe nagrania na "Desperation" to efekt kolejnej sesji nagraniowej z lata 1997 roku i poza nieco inną (co nie znaczy, że lepszą) produkcją wiele się nie zmieniło. I tak się zastanawiam, czy był sens pisania tej recenzji, skoro jedyną metodą na zdobycie tej pozycji pewnie i tak będzie poszukanie jej na dużych giełdach, gdzie "Ruscy" handlują nawet nie wydanymi płytami... Oceny nie wystawiam, bo po co?! PS. Ostatnie kopie tego albumu można jednak dostać w dystrybucji Pagan Records.
ocena: -/10
http://deadsun.free.fr
autor: Diovis


GRAVE FLOWERS - "Incarcerated Sorrows"
(CD 2005 / Firebox Records)
Do tej pory uważałem większość wydawnictw ze znaczkiem fińskiej firmy Firebox (jak i pododdziału Firedoom) za godne uwagi, a niektóre z nich nawet na swój sposób wybitne. Czy byli to dewastatorzy z TOTAL DEVASTATION, czy też bardziej doomowate klimaty PANTHEIST - coś interesującego w tych nutach było zapisane. Chciałbym to samo napisać o szwedzkim GRAVE FLOWERS, tym bardziej, że zespół prowadzony przez Matte Andersona ma już za sobą pełną płytę "Solace Me" wydaną przez Serenades Records przed pięcioma laty, a działa w sumie od ponad 10 lat. Początek najnowszego wydawnictwa pt. "Incarcerated Sorrows" brzmi dość obiecująco i da się wyczuć podobieństwa do goth-metalowego EVEREVE (melodyka, głos wokalisty), w drugim utworze, "Lackrosy", słyszymy nawet zgrabnie skonstruowany żeńsko-męski duet wokalny, gdzieś tam przemykają partie pianina i akustycznych gitar. Jest całkiem ładnie i nie tak mrocznie jak na okładce płyty przedstawiającej powyginane drzewo w świetle księżyca. A potem to się rozpływa w banalnych, powtarzających się motywach i trochę zbyt monotonnym wokalu Matte. Wszystko trochę ożywia się w "Save Me Or Destroy Me", prawdziwą gotycką perłą jest też pojawiające się już prawie pod koniec "Your Memory Lives On", ale poza tym "nuda, panie, nuda". Da się przewidzieć co się zdarzy w kolejnym utworze, klawisze z gitarą tworzą coraz bardziej toporne melodyjki oparte na ogranych szablonach, które może zauroczą konserwatywnych Niemców lub nastoletnie fanki WITHIN TEMPATATION, ale na pewno nie zachwycą wytrawnych fanów szeroko pojętej muzyki. Trzeba jeszcze pochwalić gitarowe solówki, choć w połączeniu z wcześniej wspomnianymi wadami tej płyty stają się tylko potwierdzeniem, że GRAVE FLOWERS należy do jakiejś tam trzeciej ligi gotyckiego grania i można ich postawić w jednym rzędzie z LACUNA COIL, DARKSEED, GODGORY czy EPICA...
ocena: 4/10
www.firebox.fi
autor:Diovis


GRAVEWORM - "[N]utopia"
(CD 2005 / Nuclear Blast Records & Mystic Production)
Nie miałam okazji słyszeć wcześniejszych albumów Włochów (i jednej Włoszki) z GRAVEWORM, ale chyba nadrobię te zaległości, ponieważ trochę mnie zainteresowali swoją "twórczością", zaprezentowaną na najnowszym wydawnictwie (co nie oznacza, że "[N]utopia" powaliła mnie na kolana! Wręcz przeciwnie, kieruje mną zwykła ciekawość!). "The Machine" - kawałek otwierający płytę - brzmi wprawdzie ciekawie i troszkę intrygująco. Na wstępie trochę black'owego wrzasku, death'owego ryku, naparzana bębnów i wszystko rusza w szaleńczym tempie. Już po chwili orientujemy się, że mamy do czynienia z ekstremalnym połączeniem black i death metalu. Swoją rolę odegrały również klawisze, które wniosły do całości trochę melodii. Drugi utwór trochę mnie rozczarował, gdyż już pierwsze dźwięki nasunęły skojarzenia do poczynań IN FLAMES. Kolejne dwa lub trzy utwory w moim odczuciu za bardzo trącą jakimś "new-graniem", zdominowanym przez death'owy, a nawet hard core'wy wokal. Dalej niestety bez większych zmian - jest nudno, każdy utwór utrzymany w tej samej tonacji. "[N]utopia" to album, który określiłabym jako mix DIMMU BORGIR i IN FLAMES, z odrobiną hard-core... Nie wszystkim takie mieszanki pasują, ja w tym przypadku należę do tej grupy, której nie podoba się styl reprezentowany przez GRAVEWORM.
ocena: 5/10
www.graveworm.de
autor: Trinity


GRIMOND - "Nocna wizyta"
demo 2004
Thrash/heavy metal w wykonaniu GRIMOND nie zachwyca niczym specjalnym. Trochę tutaj KATa, odrobina METALLIKI i KINGA DIAMONDA, kompozycje zwyczajnie bez większego ognia, choć przyznać muszę, że poprawnie utwory zrealizowano i nagrano. Co z tego jednak, skoro muzyka nie przystaje zwyczajnie do obecnych standardów aranżacyjnych. W ogromie przytłaczających nas zewsząd dźwięków "Nocna wizyta" wypada marniutko i trzeba się z tym pogodzić. Znaczącym minusem jest tutaj wokalista, który niestety wyznaczył sobie zadanie, któremu nie potrafił sprostać, kalecząc niejako ogólny zamysł kompozytorski. Pisane po polsku teksty tylko wzbudzają u mnie śmiech politowania, bo słychać, że panowie traktują temat śmiertelnie poważnie, ale nie potrafią go w odpowiedni sposób przekazać. Siłą rzeczy dochodzi do nieco karykaturalnej sytuacji, gdzie muzyka nawet i trzyma poziom, natomiast inne elementy mocno kuleją lub w ogóle pozbawione są trzymających je w pionie kończyn. Nie wiem, może są jeszcze ludzie spragnieni takiego grania, ale z całym szacunkiem nie upatrywałbym ich w młodych ludziach, który ostatnimi czasy stają się coraz mniej wybredni. GRIMOND owszem może i trafia w gusta pracujących, mających już nawet rodziny nieco starszych, wychowanych na klasycznym wymiataniu wyrośniętych metalowców, jednak nawet wtedy nie ma sensu pchać materiału w media, bo one właściwie nie są przygotowane na spotkanie z taką muzyką. Taka jest prawda i ja się jej wcale nie wypieram, ale zgodnie z tytułami "Nadszedł czas" na inne dźwięki i wydaje się, że heavy metal w takiej wersji powinien udać się na swoje "Miejsce spoczynku"...
ocena: 4,5/10
www.grimond.com
autor: kaReL



G   [1]